Uciekłam z Auschwitz [REPORTAŻ]

Stanisława Ortyl: – Wiedziałam, że wtedy, w 1942 roku, moim jedynym wyjściem jest ucieczka. Zdawałam sobie sprawę, że w jej trakcie mogą mnie zabić. Było mi już wszystko jedno

Późnym popołudniem hitlerowcy otoczyli wioskę. Była jesień. Miałam 13 lat i mieszkałam we wsi Dąbrowa na Lubelszczyźnie. Wtedy zostałam złapana i wywieziona do obozu pracy.

Byłam w domu z siostrą młodszą o siedem lat. Matka pracowała w polu. Ojciec już nie żył. Ja z pola wróciłam wcześniej, przemoczona, bo padał deszcz. Zdjęłam sukienkę i suszyłam ją przy piecu, kiedy weszli żołnierze. „Zabieraj się, jedziesz z nami” – krzyknął jeden z nich. Założyłam tę mokrą sukienkę. Wyszłam boso.

Moja siostra czuła strach, uczepiła się mnie i została kopnięta przez uzbrojonego żołnierza. To był Ukrainiec w mundurze, którego nie potrafię już określić. Pewnie był z armii Własowa.

Weszli do każdej chałupy we wsi. Potem konnymi wozami zawieźli nas do pobliskiego Annopolu. Tam byli też ludzie złapani w innych wioskach. Stamtąd ruszyliśmy do Lublina, gdzie załadowali nas do bydlęcych wagonów.

Trafiliśmy na Majdanek. Byliśmy tam jakiś tydzień. Posortowali nas, rozdzielili kobiety od mężczyzn. Przeprowadzili badanie. Nie zostaliśmy spisani ani ponumerowani, bo czekaliśmy na kolejny transport.

Do Oświęcimia.

Nagel

Po tym, jak już wyszliśmy z tych wagonów, całą noc maszerowaliśmy do samego obozu Auschwitz. Prowadzili nas Niemcy z bronią i psami. Nad ranem dotarliśmy przed biuro. Wydali nam koc, miskę i łyżkę. Nie dostaliśmy żadnych ubrań.

Odbyło się kolejne badanie. Orzekli, że jesteśmy zdrowi, czyli zdolni do pracy. Wszyscy mi mówili, że nie dadzą mi ausweis, karty pracy, że mnie cofną, bo jestem za młoda i za mała. Stało się inaczej.

Wysłali nas do baraków na piętrowe koje. Dostaliśmy jeszcze ubrania, na których była czerwona litera P.

Nie byliśmy „typowymi więźniami”, jak choćby ci w baraku obok – polityczni. Byliśmy ludźmi przeznaczonymi na roboty.

Grupa, w której pracowałam, nazywała się Nagel. Liczyła 84 osoby. Razem ze mną do obozu trafili ludzie z mojej wsi.

Praca przynosi pokój”

Codziennie o 5.00 była pobudka. Pod eskortą żołnierzy z psami szliśmy do pracy poza terenem obozu. Układaliśmy chodniki, wałowaliśmy powierzchnię.

W ciągu dnia mieliśmy jedną przerwę na posiłek, dostawaliśmy zupę. Po powrocie do obozu szliśmy do okienka i dawali nam kawałek chleba i czarną kawę.

Stanisława Ortyl

Odbywały się apele, na których uświadamiano nas, że „praca przynosi pokój, przywróci go i jest najważniejsza”.

Nie było żadnych kąpieli, od czasu do czasu posypywano nas proszkiem, by nie było wszy. Niemcy bardzo się bali, że się zarażą.

Jedyna szansa

Byłam najmłodsza w baraku i grupie pracowniczej. Niedożywiona, ciągle przeziębiona, bo przecież była zima. Zaczęłam chorować, bolały mnie nerki i pęcherz. Zresztą doskwierają mi do dziś.

Ubywało mi sił, których i tak nie miałam wiele.

Byłam tak słaba i wycieńczona… Wiedziałam, że wtedy, w 1942 roku, moim jedynym wyjściem jest ucieczka. Zdawałam sobie sprawę, że w jej trakcie mogą mnie zabić. Było mi już wszystko jedno.

Miałam plan. Chciałam wykorzystać jedyną szansę ucieczki.

Piękny pies esesmana

Opowieść 94-letniej dziś Stanisławy Ortyl, z domu Mazurkiewicz, 21 lat temu po raz pierwszy spisała Maria Zalewska, jej córka.

Siedzimy w domu pani Marii w Bytomiu Odrzańskim. Razem z nami jest też Anna Kluz, druga córka byłej więźniarki Auschwitz. – Dobrze, że wtedy to spisałam, bo mama pamiętała dużo więcej. Dziś się zapomina – mówi Zalewska.

Pani Stanisława starannie miesza herbatę, podejmuje wysiłek i opowiada: – Rano krzyczeli do nas aufstehen! Macie się szybko ubierać. Esesmani nosili takie oficerki, a w rękach mieli nahajkę. Uderzali nią po swoich butach. Taką mieli zabawę. Zależało od człowieka, bo jeden strzelał sobie po butach, a drugi, podły, uderzał więźniów po plecach. Gdybym zapłakała, dostałabym drugi raz. Ludzie mają różne charaktery, obojętnie czy to Niemiec, Ruski, czy Polak. Żołnierz na bramie miał pięknego psa, który chodził mu po gazetę – taki był mądry. Ale z obozu pamiętam – pani Stanisławie szklą się oczy – przede wszystkim ten głód. Wiele innych rzeczy można zapomnieć, ale głodu nie. Pamiętam też bramę. Za nią czasem grała orkiestra, a z głodu umierały małe dzieci.

Pani Maria: – A teraz są takie czasy, że chlebek z szyneczką leży na ziemi. Mama nas zawsze uczyła szacunku do chleba. Przyrzekła sobie w Oświęcimiu, że jak przeżyje obóz, w jej domu nie zmarnuje się nawet okruszyna chleba. Tata zawsze mocno ostrzył noże i kiedyś chciałam ukroić sobie malutką kromeczkę z piętki i odkroiłam sobie palec… Do dziś mam pamiątkę.

Nie chciała wracać

W Oświęcimiu w tamtym czasie zaczynało się ludobójstwo. „Nie znamy dokładnej daty rozpoczęcia masowej zagłady Żydów w KL Auschwitz. Pojedyncze, nieliczne jeszcze transporty zaczęto uśmiercać w komorze gazowej przy krematorium I w obozie macierzystym prawdopodobnie już jesienią 1941 – czytamy w książce »Auschwitz. Nazistowski obóz śmierci«. – Na szerszą skalę zaczęto przywozić transporty Żydów ze Śląska po konferencji w Berlinie-Wannsee. Początkowo uśmiercano tych ludzi, podobnie jak radzieckich jeńców wojennych, w kostnicy przy krematorium obozowym. Transporty przybywały koleją na znajdującą się w pobliżu obozu rampę wyładowczą, skąd pod eskortą esesmanów prowadzono nowo przybyłych na dziedziniec krematorium. W tym czasie zamykano wszystkie drogi dojazdowe oraz przejścia, po których nikt nie miał prawa się poruszać. Ofiary po rozebraniu się wprowadzano do kostnicy – komory gazowej. Mówiono im, że udają się do łaźni, a po kąpieli i dezynfekcji otrzymają posiłek i zostaną skierowani do pracy. W momencie wpuszczenia gazu, w celu stłumienia krzyków i jęków konających ludzi, włączano silnik podstawionego specjalnie w tym celu samochodu. Po pewnym czasie włączano mechaniczną wentylację, następnie po przewietrzeniu komory gazowej więźniowie z obsługi krematorium przystępowali do palenia zwłok”.

Pani Stanisława: – Bałam się, że któregoś dnia to my pójdziemy do gazu. Mimo że byłam młodziutka, zdawałam sobie sprawę, że takie rzeczy się dzieją.

– Kiedyś chcieliśmy pojechać z mamą do muzeum w Oświęcimiu. Nie chciała – mówi Anna Kluz. – Dawniej, zimą, po domach schodziły się kobiety i wspólnie szykowały pościele. Wtedy rozmawiały o wojnie. Mama opowiadała o obozie.

Ucieczka

Tą szansą na ucieczkę było ogromne zamieszanie w obozie podczas szykowania transportu na roboty do Hamburga. Wtedy uciekłam wraz z 18-letnią Wiesławą Dumą, moją koleżanką z Dąbrowy.

Jak? Zaczęli rozdzielać na transport. Też byłam przydzielona do wywózki, ale nie było mnie w spisie. Rano przy wyjściu do pracy w całym tym zamieszaniu uciekłam z tą dziewczyną na najbliższą stację w Oświęcimiu.

We wsi Brody zdjęłam ubranie z obozu, poprosiłam o nowe i je dostałam. Kobieta, która dała mi ubranie, obozowe wzięła do spalenia. Miałam w nim kartę pracy z obozu. Do domu nas nie wpuścili, bali się. Dali nam kawałek chleba i kazali uciekać.

Szliśmy piechotą do Krzeszowic. Tam wsiadłam do pociągu do Krakowa, później do Lublina i stamtąd do Kraśnika. Potem, nocą, doszliśmy z powrotem do Dąbrowy.

Wróciłam do rodzinnej wsi, ale większość czasu służyłam i ukrywałam się po obcych gospodarstwach. Bałam się, że Niemcy spełnią swoją groźbę. Obiecywali, że jeśli znajdą osobę, która uciekła z obozu, zastrzelą ją i spalą dom.

Kiedy uciekłam? Nie potrafię dziś wskazać dokładnej daty. W domu byłam 8 marca 1942. Podróż mogła trwać cztery doby plus jeden dzień marszu do wioski.

Dokumenty

W lutym 2001 roku Stanisława Ortyl napisała list do Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Poprosiła o potwierdzenie, czy jej dane znajdują się w archiwum muzeum.

Po miesiącu dostała odpowiedź, którą podpisał Jerzy Wróblewski, ówczesny dyrektor muzeum: „(…) we wsi Dwory k. Oświęcimia w okresie od kwietnia 1941 do stycznia 1945 znajdowała się fabryka pod nazwą IG Werk Auschwitz, będąca pod zarządem niemieckiego koncernu IG Farben Industrie. Jednym z podwykonawców była firma budowlana Nagel. Archiwum nie posiada wykazu nazwiskowego przymusowo zatrudnionych w niej osób”.

Rodzina pani Stanisławy nie dała za wygraną. Napisała do Międzynarodowego Biura Poszukiwań w niemieckim Bad Arolsen, gdzie jest największe na świecie archiwum danych osobowych z czasów II wojny światowej. Pod auspicjami Międzynarodowego Czerwonego Krzyża gromadzi dane ofiar prześladowań, osób przemieszczonych, jeńców, robotników przymusowych i ofiar obozów koncentracyjnych.

W odpowiedzi przeczytała, że pracownicy proszą o cierpliwość, bo „w ostatnim czasie jest bardzo dużo podobnych pytań”.

Kiedyś Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie wypłacała odszkodowania ludziom, którzy ucierpieli w czasie okupacji. Dlatego Maria Zalewska zaczęła szukać dokumentów dotyczących pobytu jej mamy w obozie Auschwitz. Wtedy spisała jej wspomnienia. Potwierdzenie z Bad Arolsen przyszło dopiero w październiku 2007 roku. W liście czytamy: „Stanisława Mazurkiewicz została 12 lutego 1943 roku zarejestrowana w biurze pracy w Bielitz obok Oświęcimia”.

Dlaczego w dokumencie jest 1943 rok? Dziś trudno powiedzieć. Być może to wynika z bałaganu w niemieckich papierach – pani Stanisława mogła zostać wpisana do rejestru dużo później. Ale biuro poszukiwań potwierdza jasno: była tam podczas II wojny światowej na robotach przymusowych.

Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie wypłaciła Stanisławie Ortyl odszkodowanie za pobyt w obozie. Tysiąc złotych.

Radny i opowieść o innym więźniu

Tę historię poznałem dzięki Adrianowi Hołobowiczowi, radnemu Bytomia Odrzańskiego. – Jak usłyszałem o tej ucieczce, nie mogłem w nocy spać – przyznaje. – Zastanawiałem się, co pani Stanisława czuła w tym obozie, jak potoczyły się jej losy. Chciałbym przywrócić pamięć i ocalić od zapomnienia historie „zwykłych niezwykłych ludzi”, którzy trwale wpisali się w dzieje Bytomia Odrzańskiego i nie tylko. Z czasem przekopywanie się przez historię stało się moją pasją. Dziękuję mieszkańcom, którzy coraz śmielej dzielą się swoimi wspomnieniami i otwierają swoje domowe archiwa. To jest budujące. Pokazuje, że to, co robię, ma sens. Wspólnie kierujemy też coraz więcej wniosków do IPN, by groby ich bliskich wpisać do specjalnej ewidencji weteranów walk o wolność i niepodległość.

Adrian Hołobowicz trafił też na historię innego mieszkańca gminy, Stefana Falerowskiego, który urodził się w 1901 w Gnieźnie. W 1918 r. brał udział w powstaniu wielkopolskim. Został odznaczony m.in. Krzyżem i Medalem Niepodległości.

Stefan Falerowski

– We wrześniu ‘39, po wkroczeniu Niemców do Polski, ze względu na wykonywany zawód urzędnika i powstańczą przeszłość podporucznik ewakuował się z Poznania na wschód. Pamiętajmy, że od samego początku wojny Niemcy likwidowali polską elitę, do której też się zaliczał – opowiada Hołobowicz. – Niestety, podczas ucieczki został złapany przez będących w tym czasie w sojuszu z Niemcami Sowietów. Trafił do obozu jenieckiego, skąd udało mu się uciec do rodziny w Mielcu. Tam zaczął pracę w byłej X Wytwórni Płatowców nr 2 PZL Mielec-Cyranka, którą Niemcy nazwali Flugzeugwerk Mielec (FWM). Fabryka początkowo zajmowała się remontem samolotów transportowych Junkers-52, żeby później produkować zespoły do samolotów Heinkel He-111 i He-117. W zakładzie prowadził działalność dywersyjno-sabotażową, która została rozpracowana przez Gestapo. Trafił za to do więzienia, z którego uciekł. Obawiając się jednak o życie najbliższych, zdecydował oddać się w ręce Niemców.

I tak trafił do Auschwitz 28 stycznia 1943. Tam zachorował na tyfus.

Hołobowicz: – 17 stycznia 1945 w obozie zarządzono ewakuację około 56 tys. więźniów. Wśród nich był również Stefan Falerowski, który trafił do Sachsenhausen – został uznany za przydatnego do pracy. Tam przebywał do 22 kwietnia 1945. Tego dnia polskie oddziały 2. Warszawskiej Dywizji Piechoty im. Henryka Dąbrowskiego i Armia Czerwona wyzwoliły obóz.

Po wojnie Falerowski najpierw zamieszkał we Wschowie, później przeprowadził się do Bytomia Odrzańskiego. Żył tu aż do śmierci w 1982. Spoczywa na tutejszym cmentarzu.

Stefan Falerowski siedzi pierwszy w dolnym rzędzie od lewej

– Wniosek o wpis grobu Stefana Falerowskiego też został złożony do specjalnej ewidencji weteranów walk o wolność i niepodległość – zaznacza Adrian Hołobowicz.

Niemiecki duchowny

Wróćmy do pani Stanisławy. W lutym 1945 r. zmarła jej mama. – Bardzo cierpiała – wspomina. – Przychodzili jacyś znachorzy, ale nie dało się jej uratować. Zmarła w łóżku, a ja patrzyłam na to z siostrą i malutkim braciszkiem.

Maria Zalewska: – Nikt nie chciał wywieźć zwłok, bo wszystko było zaminowane. Mama z dwójką rodzeństwa przeszła swoje. Znowu dopadł ich ten głód.

Pomieszkiwali u ciotki. – Nie była dla nas dobra – mówi pani Stanisława, która – żeby przeżyć – pracowała m.in. w wielkim majątku kawał drogi od rodzinnej wioski. Do pracy chodziła nocą w drewniakach.

Po wojnie zaczęła się masowa wędrówka Polaków ze wschodniej części kraju na Ziemie Odzyskane. Razem ze swoim rodzeństwem i wujkiem, Władysławem, pani Stanisława pojechała do Dobrzejowic – to pierwsza wieś za gminą Bytom Odrzański. Jej przyszły mąż, Stanisław, starszy o 15 lat, mieszkał u kuzynostwa w domu obok.

Pobrali się w lutym 1947 roku w kościele w Brzegu Głogowskim. Jej mąż pojechał na Lubelszczyznę i zabrał na zachód Zosię i Janka – siostrę i brata pani Stanisławy.

Małżeństwo przeżyło razem 54 lata.

– Nadal nie lubię Niemców – nie kryje była więźniarka obozu koncentracyjnego, gdy powoli kończymy rozmowę. – Ale przeżyłam ich Hitlera i Auschwitz-Birkenau. A wie pan, że ślubu w Brzegu Głogowskim udzielał nam jeszcze niemiecki duchowny?

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content