Po naszej interwencji miejsce w przedszkolu w Miłakowie znajdzie trójka dzieci. - Kamień spadł mi z serca – cieszy się matka jednego z nich.
Danuta Marek mieszka w Miłakowie. Codziennie wstaje o 6.00 rano. Budzi 5-letniego synka Sebastiana, robi mu śniadanie, ubiera i odprowadza na przystanek. Chłopiec o 6.45 autobusem jedzie do przedszkola w Nowym Miasteczku. W domu, całkiem sama, zostaje śpiąca niespełna dwuletnia córeczka pani Danuty. - Nie mam jej z kim zostawić (ojciec dzieci pracuje w Poznaniu – dop. red). Gdyby coś jej się stało, to bym sobie tego nie wybaczyła. Nie mówię już o tym, że pewnie poszłabym do więzienia – mówi kobieta.
W ub. czwartek Sebastian nie pojechał do przedszkola. Jego siostra Kornelia obudziła się chwilę przed wyjściem z domu na autobus. Zaczęła płakać. - Musieliśmy zostać w domu – mówi pani Danuta. Kobieta nie kryje, że jest rozżalona sytuacją. Pomimo tego, że Sebastiana obejmował w tym roku obowiązek przedszkolny, chłopak nie znalazł miejsca w placówce w Miłakowie. Po naszej interwencji ma się to zmienić.
Sołtys robi spotkanie
Przedszkolem w Miłakowie na zlecenie gminy administruje Fundacja Porozumienie Wzgórz Dalkowskich. - Z tego co się orientuję, ustalenia między gminą a administratorem były takie, że pierwszeństwo mają dzieci z Miłakowa. Skoro tak, to dlaczego matka od nas ze wsi musi wozić dziecko do Nowego Miasteczka, podczas gdy rodzice z Nowego Miasteczka wożą dzieci do nas. Coś tu jest nie tak – denerwuje się Ireneusz Wilimberg, sołtys Miłakowa. To on zorganizował spotkanie, które w piątek odbyło się w urzędzie gminy. Do jednego stołu usiedli D. Marek, sekretarz gminy Krzysztof Podhajecki oraz Przemysław Maksymów z Fundacji Wzgórz Dalkowskich. W spotkaniu uczestniczył także dziennikarz Tygodnika Krąg. W rozmowie okazało się, że pani Danuta nie złożyła formalnego wniosku o przyjęcie dziecka do placówki w Miłakowie. - Zadzwoniłam w kwietniu i pani, z którą rozmawiałam powiedziała, że wciągnie mnie na listę. Nie wiedziałam, że trzeba złożyć pisemny wniosek – tłumaczyła kobieta. Odpowiedział jej P. Maksymów: - Nie składając pisemnego wniosku nie dopełniła pani wymogów formalnych – zaznaczył. - U nas cały problem polega na tym, że nie mamy otwartych naborów. Grupa może liczyć maksymalnie 15 osób, bo na tyle podpisaliśmy umowę z urzędem marszałkowskim, który finansuje projekt. W tym roku dokooptowaliśmy tylko dwójkę dzieci – dodał. - Oboje są z Nowego Miasteczka, więc czemu dla mnie nie było miejsca – ripostowała matka Sebastiana.
Na sercu lżej...
- Zamiast się licytować, znajdźmy wyjście z tej sytuacji – powiedział Krzysztof Podhajecki, sekretarz gminy Nowe Miasteczko. Zaproponował, żeby synka pani Danuty i jeszcze jedno 3-letnie dziecko z Miłakowa dokoptować do obecnej grupy. Zaznaczył, że gmina wzięłaby na siebie opłacanie wyżywienia dla tych dzieci. Z kolei P. Maksymów zaznaczył, że Fundacja wzięłaby na siebie pozostałe koszty związane z powiększeniem grupy. - Jestem już po wstępnych rozmowach w urzędzie marszałkowskim, mam ustną deklarację, że uda się to przeprowadzić. Mam nadzieję że gmina także dotrzyma danego słowa w kwestii wyżywienia. Odział poszerzymy prawdopodobnie nawet o trzy miejsca, więc załapie się jeszcze jedno dziecko więcej niż ustaliliśmy w piątek – zaznacza P. Maksymów. Temat ma być formalnie załatwiony w ciągu dwóch najbliższych tygodni. - Dobrze, że gazeta się w to włączyła, to na pewno pomogło. Ulżyło mi, czuję że kamień spadł mi z serca – uśmiecha się D. Marek.
Mariusz Pojnar
|