|
Makowski naprawi oko
i wraca do Tajlandii
- W Europie nie można walczyć w rękawicach ważących poniżej ośmiu uncji. Jak zobaczyłem, że trener wnosi przed walką te sześciouncjowe, pomyślałem, przecież jak Taj trafi, to mnie zabije - opowiada Tomasz Makowski. Wrócił z Tajlandii, spotkaliśmy się i pogadaliśmy
Jak się leci trenować do Tajlandii? Makowski pierwszy raz trenować i walczyć do ojczyzny muay thai poleciał w 2007 roku. Od tego czasu Tajlandia to stały efekt przygotowań Mistrza Świata. Ma tam kilka zaprzyjaźnionych campów, gdzie oczekują go z otwartymi ramionami. Umawiają się, kiedy „Maku” przyleci, zapewniają trenerów i czekają. W tym roku „Maku” zdecydował się trenować systemem dwóch treningów, mocny trening rano, spokojniejszy po południu. - Tak trenują Tajowie, stąd taki pomysł. Pierwszy trening jest morderczy, drugi jest techniczny - wyjaśnia krótko Makowski.
Mistrz Świata z Nowego Miasteczka zadowolony jest ze sparringpartnerów. - Akurat w czasie mojego pobytu było wielu zawodników z mojej kategorii wagowej. Wielu Tajów akurat przygotowywało się do walk w stolicy, trenowali w tych samych campach, co ja i była okazja powalczyć, razem potrenować - opowiada.
Nowe przystanki
Pierwsze dni Makowski spędził w zaprzyjaźnionym campie Sor Vorapin w Bangkoku. Potem wylądowali na Phuket, największej wyspie Królestwa Tajlandii. Tam trenował w dwóch miejscach, w gymie Sinbi i gymie Lion. - Chciałem potrenować tam, gdzie Sornchai, stąd wybór Sinbi, Lion jest również uznanym gymem - mówi Makowski.
Warto zwrócić większą uwagę na ten pierwszy gym. Zajęcia prowadzą w nim legendy muay thai, arcymistrzowie, którzy na swoim koncie mają tytuły mistrzowskie i pierwsze miejsca rankingowe na największych arenach muay thai - stadionach Lumpinee i Rachadamnern, zawodnicy, którzy w swojej karierze walczyli z takimi ikonami tego sportu jak Buakaw. - Już tam miałem propozycje walk, ale odpuściłem, nie byłem jeszcze przygotowany, dopiero wszedłem w siłę po grudniowej walce. Choć cały czas próbowali mi wmówić, że jestem już gotów, ale trzeba brać poprawkę, pewnie mieli poustawiane jakieś gale. Zaczęli też już obiecywać pieniądze, jak się słyszy "zarobimy dobre pieniądze”, trzeba to rozumieć, że zarobią je oni. Ja się nie czułem na siłach jeszcze, żeby poważnie powalczyć - opowiada zawodnik. Z Phuket po dwóch tygodniach Tomek przeniósł się na Koh Samui.
Jak w domu
- Na Koh Samui co roku wiedzą, że przylatuję. Mają wcześniej terminy, jestem z nimi cały czas w kontakcie. Też interesują się, co słychać u zawodników, wiedzieli wszystko o grudniowej walce z Tajem, potem gdzieś ją nawet oglądnęli - mówi Makowski. Camp WMC jest ośrodkiem treningowym dla zawodników z czołówki światowej. Przylatują, trenują w najlepszym towarzystwie, z najlepszymi trenerami. Tomek zawsze tam trenuje, czuje się w tym campie jak w domu.
W Tajlandii ogromny wpływ na rozwój kariery ma promotor. Im więcej ma kontaktów, im jest ważniejszą personą w tajskim świecie walki, ma więcej narzędzi do wypromowania swojego zawodnika, „wsadzenia” go w najlepsze gale z najlepszymi rywalami. Tomek zaznacza, że promotor z Koh Samui, który już wcześniej organizował mu walki, to osobistość bardzo znana. Dodatkowo w tym roku Makowskiego po raz drugi w historii pod swoje skrzydła wziął Nokweed, ikona muay thai.
- Kiedy pojawia się gdziekolwiek, ludzie okazują mu szacunek. Jego nazwisko otwiera wszystkie drzwi. Przed walkami jego pomocnicy nie czekali nawet na słowo, on wskazywał głową, ręką, gestem i oni wiedzieli co robić, posłuch ma niesamowity - mówi „Maku”.
Nokweed zajmuje się trenowaniem zawodników, bardzo rzadko jest w domu. Makowski wspomina, że kiedy jego trener miał lecieć do rodziny, wybrał walkę Tomka. - Zamiast być dłużej w domu, wolał być przy ringu. Bardzo się zżyliśmy. Pamiętam taką scenę, kiedy trzeba było się pożegnać przed wylotem, przyszedł, uściskaliśmy się serdecznie, nie powiedział nawet słowa, było mu chyba ciężko, od razu mnie pogonił, odwrócił się na pięcie, wsiadł na motor i pojechał - wspomina Tomek.
Nokweed ma taką pozycję, że nie każdy może u niego trenować, bo chce. On obserwuje zawodników trenujących w gymie i wybiera sobie tych, którzy najbardziej wpadną mu w trenerskie oko. Tak samo było z Tomkiem, Nokweed wypatrzył go i wziął pod swoje skrzydła. Przygotował do walk, był z nim w narożniku. I w ogóle wszyscy byli dosyć zszokowani, że zajął się zawodnikiem spoza Tajlandii, nie zdarza mu się szkolić obcokrajowców. - Szef campu nic nie może mu narzucać, to Nokweed wybiera sobie zawodników, z którymi chce pracować. Tak jest, koniec, kropka, bo to jest Nokweed. Gdzie się razem nie pojawiliśmy, wszędzie mu się kłaniają, na stadion wchodzi jak do siebie. Kiedy pojawiam się w campie, bierze mnie na pierwszy trening i już wie, w jakiej jestem dyspozycji. Na następny trening przynosi mi już termin walki, bo wie, ile nam potrzeba czasu bym był gotowy do walki. Nie można pokazać słabości podczas zajęć, dopóki nie padniesz, masz zasuwać na najwyższych obrotach. Ale jest niesamowity - mówi Tomek.
Dzieci na treningach, krew w ringach
Oglądamy zdjęcia. Jedno z nich przykuwa uwagę, obok trenujących zawodników widać postać dziecka, ale w stroju treningowym, jak pozostali na zdjęciu. - A to syn jednego z trenerów. Ledwo nauczył się chodzić, już zaczął trenować - wyjaśnia Tomek. Na kolejnym zdjęciu z treningu w tle widać Vlada Konskyego, zawodnika który w grudniowym pojedynku w Nowej Soli pokonał Michała Szmajdę. - Vlado to świetny zawodnik, potwierdził to swoją walką, na której byliśmy. Vlado walczył z zawodnikiem, z którym niedawno przegrał Paweł Jędrzejczyk i pokonał Taja w czwartej rundzie po bardzo dobrej walce. Naprawdę, geniusz - opowiada Tomek.
Tomek ma też sporo zdjęć spoza ringu czy treningowej sali. - Też potrzeba odpoczynku, zawsze znajdzie się czas na plażę, wycieczki w ciekawsze miejsca - mówi.
Oglądamy filmy z walk Tomka. Pierwsza, którą okupił kontuzją łuku brwiowego. Jego rywalem był Konlek Sindontry. Maku po kilku sekundach posyła rywala na deski. Jednak Taj się podnosi, zaczyna się wymiana. W którymś momencie Tomek zostaje trafiony szybkim prawym łokciem, momentalnie pojawia się krew. Gong wieńczy rundę, zbliżenie na "Maka” w narożniku, lekarz coś tam grzebie w dziurze w brwi i zerka gdzieś w sufit. - Tam jest tak, że lekarz swoją decyzję uzależnia od tego, co mu pokaże promotor. Zerknął, otrzymał pewnie sygnał "gramy dalej” i zezwolił na kontynuowanie walki - śmieje się Makowski. Rusza druga runda, po jednym z klinczów Taj dostaje kolanem w głowę i już się nie podnosi. Z "Maka” leje się krew, ale kibice szaleją. - Ludzie wchodzą na ring, chcą robić zdjęcia, przybiegają dziennikarze, spodobało im się to, że mimo kontuzji wygrałem. Tam jest szaleństwo, inny świat - mówi Mistrz.
Druga walka nie trwała długo, choć zapowiadała się na ciężką przeprawę. - W Europie nie można walczyć w rękawicach ważących poniżej ośmiu uncji. Jak zobaczyłem, że trener wnosi przed walką te sześciouncjowe, pomyślałem, przecież jak Taj trafi, to mnie zabije - wspomina Tomek. Walkę chciał skończyć jak najszybciej. Gong, Makowski doskakuje do rywala, ja w myśli liczę ciosy. Po szesnastym (w ciągu jakichś ośmiu sekund) Taja pada na deski. Wstaje, Maku, doskakuje i odcina mu światło. Nokweed wchodzi na ring z uniesionymi rękami, jest dumny z tego, co pokazał Tomek.
Muay thai to morderczy styl walki. W Tajlandii tylko walczy się tak, że rywal pada, jest znoszony a czasem nawet nie przeżywa walki. Tymczasem, jak oświecił mnie Tomek, zakazane tam są walki MMA. Bo za brutalne?
Trzeba się podleczyć
- Po pierwszej walce, w której doznałem kontuzji, przy niemal każdym, najlżejszym treningowym uderzeniu w lewy łuk brwiowy, pojawiała się krew w oku. Dlatego pobyt w Polsce chcę trochę przedłużyć właśnie z powodu oka, chcę, żeby zobaczył to specjalista w Poznaniu, żeby to dokładnie zaleczyć. Potem wracam do Tajlandii. - mówi Tomek. Bliznę na brwi ma prawie na całej jej długości i kiedy patrzy, korzysta z prawego oka, lewe po prostu szwankuje.
- Pojawiły się propozycje dobrych walk w Hong Kongu, Kambodży. Zaleczę kontuzję, odezwę się, że jestem gotów, zgrają wszystkie terminy i można lecieć. Miałem walczyć w Paryżu, ale do tej walki nie dojdzie, po prostu nie dogadaliśmy się finansowo tak, jak powinno być - zdradza najbliższe plany Tomek.
Nie kryje, że myśli już o gali grudniowej w Nowej Soli. - Chcemy, żeby była jeszcze lepsza, niż poprzednie. W ringu na pewno zobaczymy nowosolan, zarówno tych już znanych jak i debiutantów. Niby czasu jest sporo, ale już trzeba zacząć koło tego chodzić - mówi T. Makowski
Marek Grzelka
 - W Europie nie można walczyć w rękawicach ważących poniżej ośmiu uncji. Jak zobaczyłem, że trener wnosi przed walką te sześciouncjowe, pomyślałem, przecież jak Taj trafi, to mnie zabije - opowiada Tomasz Makowski. Wrócił z Tajlandii, spotkaliśmy się i pogadaliśmy.
|