Reklama

Biuletyn Informacji Publicznej

logo_bip

Rzetelna Firma

Rzetelna Firma

Jesienna deprecha PDF Drukuj Email
Wpisany przez Marek Grzelka   
czwartek, 24 listopada 2011 12:59

Obraz_225Jak to się zwykle zaczyna? Zawsze, co roku przychodzi taki dzień, że się wie, że się wciąga nosem powietrze i już wiadomo że przyszła. Jesień. I po tej chwili wszystko jest już inaczej.

Najpierw są ślizgi, powłóczyste jęki chwil smutku, jak zetlałe blaski świateł samochodów brodzących w chłodnej wodzie mroku. Nieuzasadnione, bardziej nostalgiczne niż tragiczne. Takie miękkie, pierwsze pędy rosnące w środku. O ile można by je pielęgnować, gdyby tylko na to był czas, to jednak gęstnieją w dzikie chaszcze, bo człowiek zajęty jest przecież codziennym życiem. I z czasem krzak, który już zrobił się w środku, zaczyna wpływać na integrację ze światem. Na dezintegrację.

Dziwnym trafem to, co dotychczas było znośne, staje się nieznośne. Dzień po dniu, kropla po kropli napełniasz się smołą. Choć ratujesz się ciętą ripostą w sytuacjach konfliktowych, to w środku buzują bąbelki w spienionej krwi jak w naprędce odkręconej butelce Wody Grodziskiej. Do notorycznego wkurzenia dochodzi totalne zmęczenie. Przestaje się chcieć. Każde poranne wstawanie to wystawianie twarzy na kopa w ryj. Bo się zdarzy na pewno, wiesz to. I najlepiej oczywiście byłoby to wszystko zalać paroma głębszymi w tężejącym wczesnym wieczorze, ale i to się nie sprawdza. Nie ratuje przed jutrem, a wręcz przeciwnie, czyni je dodatkowo bardziej nieznośnym.

Najlepiej byłoby to przeczekać, ale obok na drugim programie właśnie leci twoje życie a jego przeczekać się nie da, nie istnieją oazy w czasoprzestrzeni, gdzie można by przycupnąć jak w przytulnym, ciepłym pokoiku.

I nawet kiedy kładziesz się spać, to po dwóch godzinach nie wiedzieć czemu budzisz się i wiesz, że do rana będziesz się męczyć próbując zasnąć, nie uda ci się, a zachce dopiero, jak trzeba będzie wstawać. Rozpatrujesz w myślach w malignie rozmaite za i przeciw, że w sumie jakoś sensu zabrakło, wysypał się z rozprutego woreczka, uciekł dziurawą kieszenią.

I wtedy zaczynasz w myślach szukać tych prastarych sposobów, nocnych mostów nad rzekami, może mocnych sznurków, bo pistoletowa szybkość, tak romantyczna, jest nieosiągalna. Ale dochodzisz do puenty, że przecież są ci wszyscy oni. I że nie możesz. Choć chciałbyś.

Więc wstajesz. I kolejny dzień kęs po kęsie zżerasz te wszystkie ciemne chmury. Trochę lepiej jest, gdy rozpalasz w kominku, ta chwila jasności i ciepła, której tak brak, i mowa tu nie tylko o pogodzie. Ale szczęśliwym się jest w jednym tylko momencie.

Kiedy śpisz i kiedy nic ci się nie śni.

Marek Grzelka