|
Mała retrospektywa w styczeń 2008, a potem, w podsumowaniu, refleksja dosyć nowa
Najpierw cytat. Tekst poniższy napisałem w styczniu 2008 roku.
Od kilku dni mam w głowię taką oto scenę: Miejsce akcji – chodnik w centrum miasta, no, nawet plac Wyzwolenia. Jest wczesny, mroźny ranek. Ludzi niewielu, przemykają zakutani w czapki, kaptury i szaliki. Słychać jedynie, jak buty chrupią na oszronionym chodniku, z nielicznych ust wydobywają się kłęby pary. W centralnym punkcie placu pojawia się pies. Załóżmy, pararatler, pseudojamnik, w każdym bądź razie jest to pies z gatunku tych małych, złośliwych, często szorstko nastroszony albo łysiejący, z krzywymi ząbkami, krótko mówiąc z tych, kiedy patrząc na nie litość walczy w nas z poczuciem niesmaku. Pies obiera tę tajemniczą pozę, która do pewnego momentu każe nam sądzić, że za chwilę zwierzę wykona przewrót w przód. Do fikołka jednak nie dochodzi. Miast gimnastycznych szaleństw przed oczami staje nam akt wiadomy, symfonia fizjologii, brutalna acz jednoznaczna. W trakcie, w międzyczasie, kiedy grawitacja jeszcze nie dopełnia dzieła a koniec psiego ciała jeszcze to i owo przytrzymuje, zza rogu wyskakują dwie przeurocze, ryże, gadatliwe suczki rasy zwykłej, podwórkowej, nieopisanej i wielogatunkowej. Jedna patrząc na akcję kolegi psa na chodniku z lekkim strachem, z emocjami sięgającymi nawet przerażenia, mówi przejęta: „Co on robi! Za to można dostać mandat!”. Druga, spokojniejsza, jakby wtajemniczona, mówi z przekąsem: „on się mści za sylwestrowe petardy”. Ostatnimi czasy problem psów był jednym z głównych problemów forum tygodnika. Narzekali ci, którym poczucie estetyki świata podczas spacerów niszczą porozwalane tu i ówdzie pozostałości niestrawionego pokarmu. Narzekali właściciele czworonogów, ich podopiecznym okres sylwestrowo-noworoczny rokrocznie przynosi katorgę, bo ludność odpala huki od rana do wieczora, a psy wyją i szczekają jakby wieszcząc, czy też węsząc nadejście apokalipsy. Szkoda fiksujących zwierzaków, nie każde z nich to pies Cywil, który nie pęka nawet jak walą z haubicy. Męczą sie właściciele czworonogów i sąsiedzi. Petardy, wycie, ujadania, walenie szczotką w sufit, tupanie w podłogę, sielanka świąteczno-noworoczna, czas odpoczynku jak się patrzy. Problem jest faktycznie spory, w pamięci mej są wiosny, kiedy tak jak śnieg topniał, tak echa wszelakich Pedigree czy innych Dog Chow-ów zakwitały na skwerach i były to pierwsze tak zwane przebiśniegi. Widok jest dla oka nieczuły. Z drugiej strony rozumiem problem właścicieli psów, bo czasami nie ma czasu by wyjść ze zwierzakiem w ostępy odległe od ludzkich siedzib, by cudzej wrażliwości nie szlachtować widokiem pozostałości po radościach psiego smaku. Nieposiadający psów nawołują posiadających do sprzątania po zwierzakach, ale wątpię, czy na szerszą skalę jesteśmy do tego cywilizacyjnie przygotowani. Bo kiedy po parku przechadza się pani w eleganckim płaszczu, w zamszowych, delikatnych rękawiczkach, z posągowo pięknym chartem na smyczy, ostatnią rzeczą, która by tutaj pasowała, jest psia kupa w garści. Skoro mam charta i płaszcz piękny, jasne jest chyba, że nie jestem człowiekiem, który babra się w odchodach. Tym bardziej cudzych. Społeczna szkodliwość psich nieprzemyślanych przecież poczynań jest nikła, w wersji katastrofalnej materializuje się tylko w szorowaniu podeszwą o trawnik. Gorzej, kiedy gdzieś tam po parkowych trawnikach chcą pohasać dzieciaki, bo szaleństwo zabawy, przewracanki, fikołki mogą skończyć się, nie kryjmy, odzwierzęcym choróbskiem. Być może z psami jest jak z petardami, trzeba się umieć z nimi obchodzić. Tak jak w pierwszym przypadku niewprawna obsługa zakończyć może się malowniczą pętelką na kikucie ręki, tak w drugim przypadku skupiamy na sobie niepotrzebny gniew tych, którzy nie cierpią widoku psich odchodów. Przełamać się trudno, by wziąć w garść obleczoną w torebkę rzecz ciepłą, parującą. Proponuję traktować to jak petardę, wziąć szybko do ręki i wyrzucić. Oczywiście do kosza. To chyba tak naprawdę żaden wstyd. I na pewno ręki nie urwie.
Tyle wspominania sprzed lat trzech.
Jak co roku, śniegi schodzą i wyłazi to, co wyłazi. Rok w rok to samo. Można ustawiać w parkach zestawy, można robić wymyślne kampanie, wszystko mozna robić, Polak psiego odpadu po metaboliźmie nie podniesie. Będzie się rozglądał, że to nie on, nie jego pies, nie tutaj, nie robi. Wszyscy są zbulwersowani, kiedy ziemia co krok ściele się tym syfem. Najlepiej byłoby łapać właścicieli, kazać im płacić i w ramach odstrzaszacza kazać im w to wdepnąć. Ale spokojnie, po co te nerwy.
Inna sprawa, jak się już dramat zdarzy i się wdepnie. Pytanie, co robi ten i ów kiedy to i owo ma na nodze? Kulturalniejszy pójdzie na ubocze, w jakiś trawnik sprawnym ruchem wmasuje bieżnik, ale są giganci, którzy robią co? Ano podchodzą do pierwszego lepszego krawężnika, do schodów wiodących do sklepu, bo jak są schody, to są powierzchnie kanciaste i wystarczy jeden precyzyjny szast-prast, but prawie czysty, a na schodzie sterczy coś między zwiniętym plackiem a rulonem. A i jeszcze zwyzywają od cór Koryntu tych od psów, a i psom samym nie szczędzą słów gorzkich. Ale spokojnie, po co te nerwy.
Można zwalać wszystko na psy, radzę tylko zaobserwować pewną prawidłowość. Chodniki, place, otwarte trawniki, to raczej poligon psich wojen z trawieniem. Ale proponuję zajrzeć pod podszewkę, pójść jakimiś skrótami, między krzakami, zerknąć za kioski, za przystanki, w miejsca bardziej ustronne. Do czego zmierzam? Nie, to nie jest sprawa nagle zmuszonych fizjologią dzieci, rzekłbym, nie ten kaliber.
Jak możemy od społeczeństwa wymagać sprzątania po psie, skoro nasza ojczyzna to kraj, w którym wielu obywateli w wielu okazjach, nie wiem, czy dla sportu, czy z racji jakichś tajemniczych zrządzeń losu, po prostu wali na dworze. Jaka część parkowych "przebiśniegów" jest dziełem zwierząt, a jaka partyzantów spod sklepów, którzy spędzają dzień na powietrzu? Chodzą do domów? A może do publicznych toalet, za które trzeba płacić? Nie, walą w plenerze, a co bardziej wrażliwi na ziąb i powiewy wiatru są w stanie zaczaić się nawet w klatkach schodowych.
Codziennie rano, kiedy idę do pracy, skaracam sobie drogę, raz, potem drugi. Co rano mam do czynienia w tych miejscach z ponocnymi zjawiskami nowymi, nowa butelka po nalewce i nowy ślad ludzki, który wygląda w ten deseń, jakby ktoś właśnie wypatroszył tam dzika. To nie są żadne ostępy z dala od cywilizacji, to są np: krzaki przy wiadukcie, to są przerwy między garażami, to sa miejsca ustronne jedynie w nocy.
Czego oczekiwać od opiekunów psów, skoro żyjemy w kraju, w którym część populacji - przepraszam, będę brutalny - sra po krzakach.
I pytanie brzmi, czy za takie akcje też są mandaty?
Marek Grzelka
|