Jak z ojcowizny zrobić agroturystykę

Sezon wypoczynkowy już za pasem. Przed nami w pierwszej kolejności majówki łączone często z otwarciem sezonu grillowego, a potem urlopy, na które czeka wielu. O urokach urlopu z dala od miejskiego zgiełku, w harmonii z naturą nie trzeba przekonywać, bowiem z roku na rok na taki wypoczynek decyduje się coraz więcej osób.

Jak podaje Gazeta Prawna, liczba noclegów udzielonych w Polsce w kwaterach agroturystycznych i pokojach gościnnych przekroczyła 2 mln w 2012 r., co oznacza wzrost o ponad 10,6 proc. w porównaniu do 2011 r. – wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego.

Takich gospodarstw przybywa w całej Polsce, także u nas. W czwartek odwiedziliśmy Agroturystykę u Kazika, która mieści się w Mirocinie Dolnym. Ciekawostka jest taka, że jest to miejsce, które powstało na bazie ojcowizny nowosolanina Kazimierza Ekierta. Wspólnie z synem Mariuszem i synową Katarzyną stworzyli wkładając  sporo serca, pracy i pieniędzy w miejsce, które doceniono w konkursach na najładniejsze gospodarstwo agroturystyczne organizowanych przez Lubuski Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Kalsku. W latach 2015-2016 Agroturystyka u Kazika została tam wyróżniona, znajdując się w dziesiątce najładniejszych nowych gospodarstw w województwie lubuskim. W czym tkwi urok tego miejsca? Skąd wziął się pomysł, żeby wejść w agroturystykę? O to pytamy jego właścicieli.

Motywacja

Cofnijmy się jakieś 50 lat. – Do Mirocina Dolnego trafiliśmy, bo powstała tu filia Państwowego Ośrodka Maszynowego, w którym ojciec przepracował ponad 40 lat. Rodzicom zaproponowano mieszkanie –  albo w Nowej Soli, albo tu na wsi. Ludziom z wioski wiadomo, trudno byłoby się przeprowadzić do miasta. Ojciec przez 42 lata był kierowcą. Na emeryturze musiał sobie traktor kupić, który codziennie odpalał o godzinie 5.30. Pytano się go nieraz, po co, na co? Tak jak dziecko musi dostać mleko, tak on musiał posłuchać tego silnika stojącego przed domem na wsi – wspomina nowosolanin Kazimierz Ekiert.  

Kiedy jego rodzice ostatecznie od państwa zakupili gospodarkę kilkunastohektarową w Mirocinie Dolnym, chodził do podstawówki. – Człowiek tu spędził piękne chwile życia, jest co wspominać, ale te wspomnienia zostawmy na inną okazję… – uśmiecha się nasz rozmówca, który dom rodziców opuścił w połowie lat 70. – Wywędrowałem z domu w 1976 roku. Poszedłem do wojska. W 79. roku zostałem szczęśliwym mężem, a rok później urodził się mój syn Mariusz. W połowie lat dwutysięcznych wędrówka się skończyła, bo tu wróciłem. W 2006 roku zmarł mój ojciec i trzeba było podjąć decyzję, co zrobić z domem po rodzicach – wspomina okres sprzed dekady Ekiert, który o losach domu miał zdecydować z bratem. – Decyzja była trudna, stan dzisiejszy, do stanu poprzedniego, to było niebo a ziemia. Dom był do kapitalnego remontu – podkreśla nasz rozmówca.

– Nie kusiło was, żeby to sprzedać? – pytamy.
– Byli kupcy na to, ale byłem przeciwny. W 2008 roku doszedłem do wniosku, że chcę to wyremontować i odrestaurować. Przytoczę fakt, że akurat dzieci były w Norwegii w tym momencie. Była opcja, tak zupełnie niewiążąca ich czasowo w kwestii powrotu, że w przyszłości mogliby tu zamieszkać. Tak pojawiła się dodatkowa motywacja, że można im to podszykować. Ostatecznie brat zrzekł się praw do domu i przepisaliśmy to wszystko na mnie. W sądzie podczas sprawy spadkowej zapytano mnie, czy mam jakiekolwiek kwalifikacje rolnicze. I tu przydał się kurs rolniczy, który ukończyłem w roku 1980, na który mam świadectwo ukończenia. Wtedy kompletnie się nie spodziewałem, że może to się kiedyś przydać. Minęło tyle lat i dziś mogę powiedzieć, że jestem rolnikiem – uśmiecha się Ekiert senior, który nabywając gospodarkę w pierwszej kolejności musiał zmierzyć się z remontem domu.

Pomoc przyjaciół

Początki nie były łatwe. – Przyjechałem tu któregoś dnia i chyba pół dnia myślałem, od czego tu zacząć. Gdzie nie popatrzyłem, wszystko się sypało. W końcu zapadła męska decyzja. Zaczynamy od najbliższego poniedziałku. I ruszyliśmy – uśmiecha się K. Ekiert.
Zakasał rękawy i zaczął kapitalny remont. – Zaczęliśmy od dachu, potem trzeba było to ocieplić. Przeróbek żadnych wielkich nie robiłem, więc projektant nie był mi potrzebny. Jak na to patrzyłem, to były momenty, w których wydawało mi się, że podjąłem się misji niemożliwej, ale powoli krok po kroku, szedłem do przodu – wspomina najcięższe prace nasz rozmówca
 

–  Fundamenty domu są na kamieniach. W pewnym momencie tak zacząłem ryć wokół domu, że aż jeden z moich kolegów zwrócił mi uwagę, żebym przestał obkopywać te kamienie, bo się dom przewróci – śmieje się Ekiert-senior. Dodaje, że od samego początku miał obok siebie życzliwych ludzi, którzy wspierali go w działaniu. – Pomagało mi dwóch wspaniałych przyjaciół – Darek i Robert, wspaniali ludzie, budowlańcy, którzy pokazywali mi, co, jak, w jakiej kolejności należy zrobić. Jak przystępowaliśmy do tego wszystkiego, zostały tylko mury. Zbijaliśmy wszystko do gołej cegły, wybieraliśmy ziemię, żeby to wszystko potem docieplać. To była orka od rana do nocy, czasem nawet w niedzielę. Jak przyjeżdżaliśmy tu z żoną na samym początku, kuchnia była w remoncie. Zanim przywiozłem kuchenkę gazową, dwa obiady gotowaliśmy w garnku na cegłach. Czułem się, jakby to była jakaś prehistoria – śmieje się Ekiert.

„Do Polski jestem przybity gwoździami”

W 2011 roku Ekiert senior wspólnie z Mariuszem i jego ówczesną narzeczoną Katarzyną podjęli decyzję, że warto zastanowić się nad planami na przyszłość, chociaż młodym w Norwegi, układało się bardzo dobrze.  
 

– Tam życie było spokojniejsze. Szliśmy do pracy na 8-10 godzin. Kiedy z niej wychodziliśmy, można było o niej zapomnieć, zupełnie się odciąć. Zaczynało się inne życie. Można było korzystać z relaksu, wypoczynku, ze sportu. Weekendy mieliśmy wolne. Jak szef pytał, czy przyjedziemy do pracy w sobotę, z uśmiechem na twarzy mogliśmy spokojnie odmówić. Tu, w Polsce, byłoby z tym trudno, bo potem okazałoby się, że szefowi się to nie podoba. Tam jest inaczej. Ale mimo wszystko do kraju ciągnęło. Ja to się śmieję, że do Polski jestem przybity gwoździami. Ten kraj ma wszystko, ma się do niego ogromny sentyment. Tu są wspaniali ludzie. Do tego gram sobie w piłkę, która jest moją pasją od dziecka, zajmuję się rolnictwem, mam swoje 10 hektarów, prowadzę agroturystkę, jestem wśród swoich i mam rodzinną stabilizację. Kwestia powrotu była więc oczywista, ale musieliśmy wiedzieć, co chcemy robić po powrocie – wspomina Mariusz Ekiert.

Zapadła decyzja, że skoro dom leży w „tak pięknych okolicznościach przyrody” – w bliskości lasu, w obecność rybiego stawu, to może warto byłoby pójść w kierunku agroturystyki. I tak się stało. Od tamtej pory rozkręcają swoją działalność.

„Jest to miejsce wszelakich spotkań integracyjnych oraz imprez okolicznościowych. Można pojeździć Quadem, zrobić wycieczkę rowerową do starowiecznego Kożuchowa z pięknie zachowanymi murami obronnymi, zamkiem, fosą – tutaj odbywają się turnieje rycerskie. Przyjedź już dziś, weź ze sobą przyjaciół” – zachęcają na swojej stronie internetowej Katarzyna i Mariusz Ekiertowie, którzy od 2012 roku są pełnoprawnymi właścicielami Agroturystyki u Kazika.  – Ja u nich jestem tylko dozorcą – śmieje się Ekiert-senior.

Historie jak z telenoweli albo z „Domu nad rozlewiskiem”

Młodym pomysł na życie bardzo się podoba: – Poznaliśmy mnóstwo fajnych ludzi. Któregoś razu, kiedy było takie małżeństwo z Łodzi, przyjechali do nas na grilla moi rodzice, żebyśmy sobie posiedzieli. W którymś momencie z góry zszedł ten nasz gość z gitarą na szyi. Zawołaliśmy go, żeby z nami usiadł. Jego żona przyniosła śpiewniki i tak do 4.00 rano siedzieliśmy w garażu i śpiewaliśmy piosenki – opowiada K. Ekiert.
Jej mąż dodaje: – Mieliśmy u siebie takiego Piotrka z Nowego Tomyśla. Jak wyjeżdżał od nas, on ryczał i ja ryczałem. Po trzech miesiącach tak się do siebie przywiązaliśmy. Ja do dziś do niego mówię wujek, a on do mnie stryjek – uśmiecha się młodszy z rodu Ekiertów. I dodaje: – Mamy kolejne małżeństwo z Torunia, które przez długi czas starało się o adopcję dziecka z Książa Śląskiego. Zatrzymali się u nas, bo ta procedura jest trudno do przejścia, a bardzo im zależało, żeby to się udało. I tak się złożyło, że po miesiącu dostali dziecko. Mówili, że to chyba dar od Boga. To pokazuje, że niektóre sytuacje u nas są jak z telenoweli albo „Domu nad rozlewiskiem”… – komentuje Mariusz.

Ekiert-senior, były policjant drogówki, który kiedyś łapał kierowców łamiących przepisy drogowe, dziś chce do siebie i swoich dzieci przyciągać turystów: – Przez 32 lata pracowałem w Zielonej Górze i zastanawiałem się, co ja będę robił na emeryturze. Była taka niepewność, jak wygląda to życie emeryta. Teraz mamy wszyscy zajęcie. A że lubimy ludzi, tym chętniej czekamy na tych, którzy chcą skosztować naszej pajdy z pieca chlebowego ze smalcem i którzy chcą spróbować prawdziwego, wiejskiego życia…
Mariusz Pojnar
Monika Owczarek

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *