„Jesteśmy więźniami we własnym domu”

Od blisko 60 lat państwo Majcher mieszkają w kamienicy przy ul. Kościelnej. Teraz chcą się wyprowadzić. Podupadli na zdrowiu. Nie są w stanie o kulach wchodzić na najwyższe piętro

Po ślubie są 58 lat, przy Kościelnej wprowadzili się tuż po zawarciu związku małżeńskiego.

Wtedy mieli po 20 lat. – Nie było problemu, żeby wnieść żonę po schodach do góry – wspomina z uśmiechem 81-letni dziś Jan Majcher. I właśnie tak, bez większych kłopotów, przeżyli wiele dobrych lat.

Dzisiaj słońce dla państwa Majcherów nie świeci już tak mocno. Lata zrobiły swoje, zdrowie się pogorszyło, przybyło zmartwień. – Mam problemy z wchodzeniem i schodzeniem. Pojawiły się już w 2004 r. Poruszam się o dwóch kulach. Teraz miałam iść na operację drugiego biodra. Jedno mam zrobione, w kolanie też mam endoprotezę. Miałam już dwa dni temu się stawić, ale jeszcze jakoś wytrzymam. Ale to nie tylko z chodzeniem mam trudności, z sercem też – mówi Władysława Majcher, rok młodsza od swojego męża.

– Jak udaje się pani pokonać tych kilkadziesiąt stromych, drewnianych schodów? – pytam, bo ode mnie wdrapanie się na górę wymagało nieco wysiłku. Klatka schodowa prowadząca do mieszkania państwa Majcher jest ciemna. Drewniane stopnie są wyrobione, śliskie. Wejście na najwyższe piętro, gdzie mieszka pani Władysława z panem Janem, od zdrowej osoby wymaga nie lada sprawności.

– Trzymam się drewnianej poręczy i jakoś powolutku idę. Dość długo idę, ale się udaje – mówi W. Majcher. Jej mąż choruje na serce. – Generalnie jestem schorowany i wyeksploatowany. Jeździłem samochodem przez całe życie. Pełniłem wiele społecznych funkcji. Teraz chciałoby się jakoś normalnie funkcjonować, dostać i wydostać z mieszkania. A dzisiaj to my tak naprawdę więźniami jesteśmy we własnym domu – mówią.

Majcherowie mają własnościowe mieszkanie o powierzchni ok. 50 mkw. Chcieliby się zamienić z kimś na lokal znajdujący się na parterze. – Ale zależy nam, żeby była jakaś komórka albo garaż, żebym miała gdzie trzymać moje dwa wózki inwalidzkie. Nie chcemy iść na gorsze. Żeby standard był podobny, żeby była łazienka – mówią.

Małżeństwo nie ma nikogo, kto by im pomógł w skomplikowanej dla nich procedurze. Chcieliby, żeby gmina wykazała chęć pomocy. Mają żal do kożuchowskiego magistratu. – Zabrali nam na początku roku połowę podwórka. Musieliśmy rozbierać komórkę. Taki byłem zły na burmistrza, a znam go od małego. Pod nami kupione zostało mieszkanie i nam kazali opuścić podwórko. Całe je oczyścić. Ale później zgodzili się na pół. A teraz ta połówka jest cała zarośnięta chwastami. Nikt tam nic nie robi. A my to podwórko trzymaliśmy od prawie 50 lat i utrzymywaliśmy je w pięknym stanie – opowiadają.

Zapytaliśmy o tę sytuację w gminie. Jak twierdzi burmistrz Paweł Jagasek, grunt w podwórku ul. Kościelnej należy do gminy. Mieszkańcy go dzierżawią. – Jeśli chodzi o ogródek, to nie ma tu o czym mówić. Odbyło się w tej sprawie spotkanie z mieszkańcami i państwo Majcher wyrazili zgodę – mówi P. Jagasek i dodaje: – Każde mieszkanie ma możliwość wydzierżawienia części podwórka, o ile taka możliwość istnieje. Z reguły umowa zawierana jest na rok.

Co do mieszkania – burmistrz jest chętny do pomocy. – Gmina nie ma co prawda możliwości prawnych, żeby w tej sytuacji zainterweniować, ponieważ mieszkanie jest własnością prywatną. Możemy dać ogłoszenie na naszej tablicy, że chcą sprzedać lub zamienić, kupić coś innego na parterze na wolnym rynku. Jestem pewny, że szybko uda się ten problem rozwiązać. Wszyscy muszą tylko chcieć współpracować – dodaje P. Jagasek.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Anna Karasiewicz

Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *