Nie wszyscy Indianie są czerwonoskórzy, część druga [HISTORIA]

Wróćmy na chwilę do tego, co czytałeś tydzień temu. Tu i ówdzie, w okolicy, jacyś źli grasują zbóje, straszą bronią, biją, grabią. Nikt nie wie, kto to, choć gdyby sitami eliminacji cedzić, kto na pewno to nie jest, wykluczyć a priori wypadałoby księży, ministrantów, nauczycieli, gospodynie wiejskie, dzieci, a także tych, którzy z racji przynależności zawodowej wydają się takim działaniom nie sprzyjać: regularnym wojskom, urzędnikom, milicjantom. Ale zaznaczyłem w ostatnim zdaniu przed tygodniem, że mimo ogromnej niedorzeczności, tymi zbójami byli milicjanci. No ale jak to jest możliwe, zapytasz. Odpowiem Ci, że w tej historii wiele rzeczy, które – bardzo słusznie – uznajesz za niemożliwe, były na porządku dziennym

Z całym moim uwielbieniem dla westernów nie pamiętam takiego, w którym jakikolwiek szeryf po służbie ściągałby kapelusz, do szuflady chował gwiazdę, a potem ubierał pióropusz, brał łuk i na konno oklep gnał w noc napadać na osadników. Taki scenariusz byłby po prostu niedorzeczny i niezgodny z kanonem, przynależny raczej nie rzeczywistemu światu, a pokrętnej wyobraźni Quentina Tarantino.

Ale pod koniec 1948 roku we wrocławskim więzieniu przy Kleczkowskiej to nie trzej wyimaginowani bohaterowie, ale trzej młodzi mężczyźni siedzieli w celach. Trzej niedawni milicjanci i złoczyńcy jednocześnie. Trzej kowboje i Indianie jednocześnie.

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE „TYGODNIKA KRĄG”

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media