Fight or Die, czyli wrażliwość grafficiarza [REPORTAŻ]

– Jedni palą papierosy, inni piją, jeszcze inni zwiedzają, a my malujemy. Jest milion rzeczy, które może robić człowiek – mówi jeden z grafficiarzy uczestniczących w Fight or Die. Impreza na stadionie razem z „Nie pompujesz – nie jedziesz” w skateparku promowała w Nowej Soli kulturę uliczną

Łukasz jest ze Zbąszynka. Na ścianie maluje swoją ksywkę. Kiedy rozmawiamy, jest w trakcie tworzenia. Jak pytam, jaka to ksywka, odpowiada, że nie powie. Tak robi kilku innych z grafficiarzy, których spotykam na Fight or Die. Dlaczego? Prawdopodobnie niektórzy w przeszłości robili wrzuty w nielegalnych miejscach i nie chcą mieć problemów.

– Maluję, odkąd pamiętam – wspomina Łukasz. – Pierwsze napisy powstawały już w podstawówce. Jakieś proste, typu słowo „Metallica”. Najpierw robiłem to na kartce, a pod koniec lat 90. w ogóle wciągnąłem się w to. Przyjeżdżały do nas pociągi z Poznania czy Zielonej Góry, wtedy poznawałem twórczość lokalnych grafficiarzy. Sam zacząłem malować i tak to trwa do dzisiaj. Ja maluję na legalnych ścianach – podkreśla.

– Dlaczego to robisz? – pytam.

– Po pierwsze, trzeba to poczuć. Jak ktoś tego nie czuje, to nie będzie tego robił. U mnie się zrodziła miłość do graffiti i jest silna, nadaje życiu sens.

SKR (to ksywa artystyczna) jest z Poznania, gdzie kultura hip-hopowa trzyma się mocno. To miasto Pei, DonGuralesko, WSRH czy Palucha. – Jak byłem jeszcze dzieckiem, zafascynowała mnie kultura hip-hopowa. Po szkole trzeba było przecież coś robić, poszedłem w twórczość streetartową. Że Poznań jest miastem znanych raperów, dało się to w jakimś stopniu odczuć, ale street art stricte nie jest aż tak związany z rapem, ale raczej z szerzej rozumianą kulturą – podkreśla SKR. – Miałem różne zadania do zrobienia, robiłem tego coraz więcej, a później przeszedłem z płaskich obrazów na przestrzenne. To mi się spodobało i do dziś to robię.

Poznaniak namalował w Nowej Soli telefon z jęzorem i pigułką. – Symbolizuje narkotyk odurzający ludzi w dzisiejszych czasach. To ma pokazać ich zachłyśnięcie się technologią – tłumaczy mi SKR.

Kolejny grafficiarz, którego mijam, pochodzi z Warszawy. Jest nieufny wobec dziennikarzy. Uśmiecha się i mówi: – Nie wiem, czy mogę z mediami rozmawiać. Raczej nie jestem medialny.

Po chwili droczenia jednak opowiada: – Dla mnie graffiti jest fajną formą spędzania wolnego czasu, spełniania swoich zainteresowań. Z samym malowaniem wiąże się zwiedzanie różnych nowych miejsc, branie udziału w inicjatywach społecznych, spotykanie na swojej drodze nowych ludzi. Zaczęło się to bardzo dawno temu, pochodzę z miasta, gdzie wychodziło czasopismo „Ślizg”. W latach 90. pojawiały się tam zdjęcia graffiti z mojego miasta, a ja mogłem je podziwiać u siebie na żywo jadąc autobusem. Z dwoma koleżkami zajaraliśmy się. Miałem wtedy 12-13 lat. W tamtych czasach nie było nas nawet stać na farby, ich zdobycie było dla nas nie lada wyczynem. Każdy ma swój nałóg. Jedni palą papierosy, inni piją, jeszcze inni zwiedzają, a my malujemy. Jest milion rzeczy, które może robić człowiek. W Nowej Soli jestem już drugi raz, jest super. W zeszłym roku też byliśmy i też było w porządku.

Warszawiak podkreśla, że „na graffiti raczej nie zarobisz, chyba że jesteś artystą, który maluje równocześnie obrazy itd.”. – Nie o to też chodzi, żeby zarabiać na tym kasę, tylko to jest sposób na życie. Jak dziennikarstwo, fotografia, wędkarstwo – precyzuje.

To daje Łukaszowi energię”

Jednym z nowosolskich grafficiarzy na Fight or Die, imprezie organizowanej przez Łukasza Karasia i Stowarzyszenie PARK, był Jakub Szczypczyk. Na jednej ze ścian namalował żuczka. Z graffiti zaczął wcześnie, w piątej klasie podstawówki. Przez chwilę chodził do szkoły w Zielonej Górze i tam miał kolegę, który jeździł na rolkach. – I coś malował sobie na kartkach, chociaż wtedy nie widziałem jeszcze jego prac. Złapałem bakcyla, zacząłem malować na ścianach, potem to się przerodziło w płótna, obrazy olejne – i to teraz najczęściej robię, chociaż nie mam na to już tyle czasu. Samo graffiti maluję tak naprawdę raz do roku na FoD – mówi „Szczypior” i dodaje, że „jara się formą takich imprez, gdzie mogą się spotkać ludzie z całej Polski”: – Nawet nie chodzi o to, co kto namaluje, tylko wszyscy ze sobą rozmawiają, wymieniają się jakimiś doświadczeniami, poglądami. Klimat jest najważniejszy, a przy okazji można namalować jakiś fajny obrazek. To jest forma sztuki, wyrażania siebie.

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE „TYGODNIKA KRĄG”

Nie pompujesz – nie jedziesz”

Równolegle z FoD w skateparku odbyła się impreza „Nie pompujesz – nie jedziesz” – ściganie na pumptracku. Warsztaty poprowadził też fantastyczny zawodnik Szymon Godziek. Imprezy dotował m.in. urząd miasta Nowej Soli.

Poniżej wyniki nowosolan.

Kat. dzieci, przejazd eliminacyjny:

2. Dominik Poturnicki

3. Dawid Depta

5. Aleksander Nowicki

11. Konrad Lange

Amator:

Niesklasyfikowani: Jakub Hliwa, Mateusz Łukasik

3. Mateusz Tyczyński

Pro:

8. Kacper Jakubas

10. Wojciech Spochacz

11. Kamil Bandurowski

13. Aleksander Marchwiński

16. Jakub Ostrowski

17. Igor Ratajczak

Hulajnoga, eliminacje:

1. Maksymilian Szymański

5. Krystian Krupa

6. Kornel Nowak.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *