Nowosolanin w barze bywa bardzo różny

Żyją z tego, że oferują ludziom możliwość zrelaksowania się, odpoczynku, zapomnienia o problemach. Nad klientem muszą się pochylić, zadbać o niego, żeby następnym razem, kiedy będzie szukał odpoczynku lub zabawy, wybrał właśnie ich miejsce. Barmani i kelnerki, bo o nich mowa, choć nie mają lekkiej pracy, lubią ją. Jak się im pracuje? Jaki jest nowosolski klient w barze? O tym poniżej.

Choć niełatwa to praca, choć chwilami nawet ciężka, moi rozmówcy zgodnie przyznają, że spełniają się w pracy. – Jeśli ktoś to lubi, jeśli kocha to jest fajna rzecz. Wymaga jednak dużo wyrzeczeń – mówi Michał Prus, który od dwóch lat prowadzi nowosolską Anomalię.

 
Po co w ogóle ludzkość chodzi do baru? Dlaczego jedni wolą kupić czteropak w sklepie i się delektować nim przed telewizorem, a inni wolą zapłacić za to samo więcej i sączyć w barze?

 
Chodzi chyba o ludzi, o kontakt z innymi osobami. Bar jest przestrzenią neutralną, tu wszyscy są  niejako równi. Zasady są banalnie proste, jest gospodarz, który przyjmuje gości pod swój dach, a reszta to goście. Hierarchia jest zatem prosta i czytelna.

 

Przykazania dla klientów:
Szanuj barmana swego i pracę jego
Nie wnoś alkoholu ani innych rzeczy z baru konkurencyjnego
Zachowaj umiar w mowie i piciu
Pamiętaj, że napiwek to rzecz święta
Nie wynoś szklanek z baru swego
Nie ucz barmana drinków robić
Nie targuj się
Nie przesiaduj po godzinach otwarcia baru
Szanuj innych klientów, którzy w barze są
Pamiętaj, że bar to nie ring i swoje sprawy załatwiaj poza nim

Nie było gdzie pójść

Michał Prus do pracy za barem się przygotowywał, robił kursy barmańskie we Wrocławiu i Poznaniu, ma też znajomych barmanów, stąd wiedział, jak ta praca wygląda od kuchni. Pochodzi spod Poznania, do Nowej Soli przyjechał dwa lata temu i otworzył Anomalię. Dlaczego Nowa Sól? Tu mieszka jego brat i bratowa. – I kiedy przyjeżdżałem do Nowej Soli odwiedzić brata, zawsze mieliśmy problem, gdzie wyjść. Postanowiliśmy otworzyć swój bar – opowiada M. Prus.

 
Wydaje się przecież, że praca w barze jest prosta: otwierasz, nalewasz, nakładasz coś na talerz, zbierasz, kasujesz pieniądze, a jak się robi późno, zamykasz. – To nie jest tak, że wlewasz do szklanki wódkę i colę i to jest koniec. Cała sztuka barmańska bardzo poszła do przodu, to są bardziej skomplikowane rzeczy – mówi Patrycja Anczurowska z Anomalii.

 

– Pracuje się popołudniami i nocami i to bywa trudne. Ale największym plusem tej pracy jest kontakt z ludźmi, poznawanie nowych ludzi z różnych środowisk. Minusy? Głównie godziny pracy,

 
Barman bywa też psychologiem, ludzie przychodzą się wygadać i to widać od razu po niektórych klientach, szczególnie mężczyznach. Tak jak kobiety otwierają się np.: u kosmetyczki czy u fryzjerki, mężczyzna lubi wygadać się w barze. Trzeba być obeznanym w kilku różnych płaszczyznach, od sportu, przez politykę, trzeba umieć się odnaleźć w rozmowie z klientem, mieć wspólny język – mówi M. Prus.

 
Można mówić o tych plusach pracy z ludźmi, ale nie wszyscy przecież są mili, kulturalni i spokojni. Ten aspekt to chyba najtrudniejsza część pracy za barem. – Są sytuacje, za które płacę nerwami. Ale to trzeba dopilnować, jeślibym na coś lekko przymknął oko, udał, że czegoś nie zauważam, klient wykorzystałby to i następnym razem robiłby to ze zdwojoną siłą. Lepiej to w zalążku zdławić, jeśli jest potrzeba, klienta wyprosić, jeśli jest jakaś eskalacja, to się dzwoni po policję itd. To jest też ważne dla pozostałych klientów, kiedy widzą, że mogą się u nas czuć bezpiecznie, że reagujemy natychmiast na wszystkie nieakceptowane zachowania – mówi M. Prus.

 
W Anomalii pierwszym problemem po otwarciu baru byli nieletni, którzy próbowali sprawdzić, czy da się tutaj kupić alkohol nie mając 18 lat. – My tego bardzo pilnowaliśmy i szybko się okazało, że niepełnoletni alkoholu u nas nie kupią, że żądamy dowodu osobistego. Echo tej sytuacji było ciekawe, kiedyś przyszła do nas grupka młodych ludzi, chcieli wziąć drinki dla całej grupy, ale sprawdziliśmy, czy wszyscy są na pewno pełnoletni. I się okazało, że tylko jedna z tych osób była pełnoletnia i drinków nie było. Jeden z klientów, który był świadkiem tej sytuacji, pogratulował nam takiego podejścia i powiedział, że sam ma niepełnoletnią córkę i jeśli ona będzie zamierzała do nas przyjść, to jest spokojny o to, że alkoholu na pewno nie kupi. To są budujące zdarzenia. Budujemy tym na pewno swoją renomę i dajemy jasny sygnał, na co nie pozwalamy – opisuje sytuację M. Prus.

 
Właściciel Anomalii zauważa, że nowosolanie to klienci specyficzni. – Jest dużo klientów kulturalnych, wiedzących, czego w barze nie powinno się robić, mających szacunek do naszej pracy. To jest na pewno ponad 90 procent naszych klientów. Ale zdarzały się osoby, które są niepożądane. Zazwyczaj już po pierwszej wizycie wiadomo, z jakim klientem ma się do czynienia, bo ci specyficzni, trudni klienci od początku próbują nas sprawdzać, badają, jak zareagujemy na takie czy inne ich zachowanie. My jesteśmy tutaj dwa lata, wydaje mi się, że kiedyś takich trudniejszych klientów było więcej. My klientów po prostu uczymy pewnych standardów, ludzie, którzy do nas przychodzą, po jakimś czasie wiedzą, czego od klienta oczekujemy – mówi M. Prus.

 
Bolączki, z jakimi najczęściej miał do czynienia z nowosolskim klientem? Próby wnoszenia własnego alkoholu, głośne przeklinanie, walenie rękami w stół, krzyki, gburowatość. – Nie mieliśmy jako takiej bójki, bo takie sytuacje pacyfikujemy w zarodku, wyprasza się klientów, jeśli nie skutkowało, wypraszałem całą ekipę, z którą klient przyszedł i wtedy się uspokajali. Zawsze też schodzę na dół prosić o ciszę tych, którzy zeszli np.: zapalić papierosa przed lokalem. Tutaj dookoła mieszkają przecież ludzie, sąsiedzi i rozumiem, że mieszkanie w sąsiedztwie baru może być uciążliwe, żeby uniknąć nieporozumień z sąsiadami, muszę też zadbać o ich spokój.

 
Bywają też klienci wybitnie ciężcy, zazwyczaj tacy, którym wydaje się, że posiadanie większej gotówki czyni z nich klientów specjalnych, że mogą sobie pozwolić na wiele więcej niż inni, właśnie dlatego, że mają pieniądze. – Nie można na takie coś pozwolić, trzeba z ludźmi rozmawiać i z góry ustalać proste zasady: jakie zachowania są ok, a jakich nigdy nie zaakceptujemy – wyjaśnia.

 
Bywa, że pracuje po kilkanaście godzin, zaczyna pracę od objazdu hurtowni z warzywami, hurtowni z alkoholem, potem pojawia się w Anomalii, przygotowuje ciasto na pizzę. Zaczyna o 10:00 rano, kończy pracę około północy, a podczas weekendów jeszcze później. Jak mówi, z dobrymi klientami można siedzieć bardzo długo, kiedyś jedna grupa tak się zasiedziała, że bar zamykał o 9:00 rano, kiedy ludzie szli do kościoła.

 
– Nowa Sól, tak samo jak nowosolski klient się zmienia. Myślę, że jeszcze parę lat nam brakuje, żeby było idealnie. Grupka takich klientów, którzy są problemowi, zmniejsza się. Brakuje nam trochę klientów w tygodniu, ale wiadomo, to nie jest duże miasto, nie ma studentów. Ale mamy grupę klientów, którzy zostali naszymi przyjaciółmi. Zawsze możemy na nich liczyć, oni na nas i przyznam, że gdybym miał jeszcze raz otwierać bar, zrobiłbym tak samo – podsumowuje Michał Prus.

Ciężkie życie kelnerki

Moja kolejna rozmówczyni, która nie chce występować pod nazwiskiem, rzuca nieco światła na inny aspekt pracy w barze, w charakterze zarówno barmanki, ale też kelnerki. Od razu zaznacza, że praca kelnerki jest dziś o wiele trudniejsza niż praca barmanki. – Pracowałam w jednej z dyskotek i to jest tragedia. Tłum ludzi, dużo pijanych, dużo naćpanych, ze strony szefostwa żadnego zabezpieczenia bezpieczeństwa. Obmacywanie, podszczypywanie, obłapianie, niewybredne propozycje były na porządku dziennym, a szefostwo mówiło, że mamy o siebie zadbać same. Ochroniarze zamiast nam pomóc, trzymają ze swoimi kolegami, którzy bywają nachalni, wulgarni – mówi nowosolanka.

 
Co dziwne, stwierdza, że na wulgarne propozycje, komentarze dotyczące wyglądu, nie ma co reagować, trzeba się przyzwyczaić. Jak można się do tego przyzwyczaić? – Może dlatego, że to jest norma, kiedy się słyszy takie rzeczy codziennie po kilkanaście razy, człowiek się przyzwyczaja. Dotykanie, obłapianie jest dużo gorsze, a jeśli zareagujesz np.: uderzając kogoś za to w twarz, to bywa, że ten ktoś zaczyna ci grozić – opowiada.

 
Sądzi, że problemem są ludzie, którzy uważają się za lepszych od innych, a już na pewno lepszych od kelnerki, która musi biegać za marne grosze ze szklankami, żeby zarobić. Nie mają dla ich pracy żadnego szacunku. – Dla mnie to po prostu zwykłe chamstwo. Można mieć poczucie własnej wartości, nawet wysokie, ale trzeba umieć się zachować. Bardzo często są to też popisy przy kolegach, jeśli jest grupa mężczyzn, to klepnięcie kelnerki czy barmanki w tyłek wydaje się wielkim wyczynem. Nie wiem, czym się kierują – opowiada.

 
Dobre aspekty? Napiwki, podziękowanie za pracę, kontakt z drugim człowiekiem. – Do baru przychodzą panowie, siadają, zaczyna się rozmowa, wtedy zdarza się, że człowiek zaczyna się zwierzać. W godzinę opowiada mi całe życie, choć człowieka nie znam. Liczą czasem na dobre słowo, na pociesznie, na powiedzenie czegoś miłego – opowiada.

 
Standardowy nowosolski klient? – Jak wszędzie, są klienci fajni, mili, uśmiechnięci, pogadają, czasem zostajemy nawet znajomymi. Druga grupa to zwykły klient, standardowy, który przychodzi, zachowuje się ok, ja go obsługuję. I trzecia grupa, ludzie chamscy, uważający się za lepszych, bo np.: mają pieniądze. Przyjdzie i mi rzuca stówą w taki sposób, że bar prawie się łamie. Jakbym w życiu banknotu stuzłotowego nie widziała. Może chcą się stówą popisać. Bywają też klienci chamscy, ordynarni, czasem kończy się to na głupich, sprośnych tekstach. Mi nie wypada być jako barmance niegrzeczną dla klienta. Ale miałam sytuację, w której nie wytrzymałam, sprzątałam w lokalu, po coś się schyliłam, a w tym czasie facet włożył mi rękę pod fartuch. Dostał w twarz. Smutna sprawa. Bardzo przykra – opowiada.

 
Czemu tak jest, że kelnerki czy barmanki budzą w niektórych klientach takie zachowania? Bo przecież nie zachowują się tak w stosunku np.; do sprzedawczyń w piekarni. – Nie wiem. Jedni nabroją, potem przeproszą. Ale są też tacy, że jednego dnia koleś drze na mnie mordę, bo nie chcę dać mu numeru telefonu, a potem, jak mówię mu, co zrobił i jak się zachowywał, nie jest mu nawet głupio, mówi, że on taki jest. I czuje się jeszcze dumny – rozkłada ręce. Wspomina też klientów, którzy składają niedwuznaczne propozycje, a potem widuje ich z żonami i dziećmi spacerujących po mieście.

 
Przyznaje, że jest też kłopot z klientami, którzy żądają, by barman siedział po godzinach. – Zwykle pytam, czy gdyby jego jakiś kierownik kazał mu zostać w pracy pół godziny, czy godzinę dłużej, czy też by chętnie został. A ja muszę przecież jeszcze posprzątać i iść do domu, przecież też mam jakieś swoje życie poza barem – opowiada.

Od 12 lat na froncie

– Kiedyś ludzie mieli więcej czasu i chyba więcej pieniędzy. Nikt nigdzie nie gonił, ani za pieniędzmi, ani za firmą, nie było komórek, tego pędu. Ludzie szli do lokalu, to nie było gdzie usiąść. Życie było spokojniejsze, ludzie w knajpach po prostu odpoczywali – wspomina Piotr Dukowski, od 12 lat prowadzący Rampę.

 
Przyznaje, że początek miał arcytrudny, że 12 lat temu Nowa Sól była o wiele trudniejszym miastem do prowadzenia baru. – Przed weekendem zawsze szedłem z sercem w gardle, co się dzisiaj będzie działo, kto się pojawi. Bywało naprawdę ciężko – wspomina.

 
Dziś, po 12 latach jest inaczej. – Bo jak wchodzi taki 19- czy 20-letni pan świata, który uważa, że wszystko może, i widzi jak tu siedzi taka banda nieco starszych panów, pewnych siebie, siedzących w sumie przy różnych stolikach, ale razem, rozmawiających ze sobą czy grających w lotki, bo się zebrało 15 osób na meczu w darta, to nie jest już tak pewny siebie – mówi P. Dukowski.

 
Wie, że ludzie mają różne charaktery, że każdy jest inny, że nie każdy musi się z każdym lubić. – Popatrz na nasz ligę w darta. Osiem zespołów, 50 facetów, tyle grania i nigdy się nic nie działo, jest rywalizacja, bywa nerwowo, ale nikt nigdy nie przekroczył pewnych zasad – mówi.

 
Dodaje, że żeby bar działał, trzeba w to włożyć dużo pracy. – Trzeba klienta czymś zachęcić, żeby przyszedł i tak go obsłużyć, żeby wrócił. Walczy się o klienta, u mnie są turnieje w bilard, w darta, żeby czymś cały czas ludzi zachęcać. Ci ludzie, którzy do mnie przychodzą, lubią coś robić, grać w coś, darta, bilard, czy pokera, a nawet w pingponga tu graliśmy. Klienci mają u mnie zajęcie – wyjaśnia.

 
Nowosolski klient? – Piwo i biała wódka. Tego idzie najwięcej. Tequilę weźmie ktoś raz w tygodniu. Kiedyś, jak chciałem być taki światowy i zrobiłem klientowi drinka z żubrówki z kawałkiem jabłka, cynamonem itp., żeby tak światowo było, to się pytał, czy coś mi wpadło do tego drinka. Choć czasem szczególnie panie pokuszą się o jakiś bardziej skomplikowany drink – śmieje się P. Dukowski.

 
Zaznacza, że są klienci, którzy z powodu różnych grzeszków z przeszłości nie mają do baru wstępu. Że najważniejsze, to zagwarantować klientowi spokój i bezpieczeństwo, za wszelką cenę, bo ludzie wolą wracać do miejsc, gdzie czują się bezpiecznie. – Od samego początku współpracujemy z firmą ochroniarską, jeśli coś się dzieje, zazwyczaj raz w roku jest taka sytuacja, naciskam guzik i za chwilę przyjeżdżają auta z ochroną. Mi nie wypada się z klientem szarpać, wyzywać. Ja muszę zapewnić bezpieczeństwo innym klientom, spokojnie czekać na przyjazd ochrony, studzić emocje. Jestem starszym gościem, z dwójką dzieci, z firmą, ja się nie będę przecież z jakimiś młodziakami szarpał czy bił – wyjaśnia.

 
– Ja to lubię po prostu robić, zawsze chciałem mieć klub bilardowy. Lubię słuchać ludzi, lubię patrzeć, że się dobrze bawią, to jest dla mnie najważniejsze. Lubię, jak klient wychodzi uśmiechnięty i mówi „cześć Piotrek, było super, do zobaczenia”. Będę walczył, jak najdłużej się da. Myślę, że udało się zrobić bar z klimatem, który ma swoich stałych klientów i jeśli nawet przyjedzie go zamknąć, to będą nas dobrze wspominać. I gdybym cofnął się w czasie o te 12 lat, zrobiłbym to samo, otworzyłbym lokal, może jakieś szczegóły bym zmienił – mówi P. Dukowski.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *