Strach jest ten sam. Ludzki

W czasie tych 25 lat, odkąd wychodzi Tygodnik Krąg, datę 14 lutego, czyli „wyzwolenie” Nowej Soli, próbowaliśmy ugryźć na różne sposoby. Wspomnienia kombatantów, szczegółowe opracowania historyczne, raz z zoomem zbliżonym na Nową Sól, raz z oddalonym na szersze spojrzenie w temat. Ale w tym temacie trudno ponownie wymyślić proch.
Rok temu pokazaliśmy te lutowe dni 1945 roku oczami Paula Thiele, masarza z Freystadt, czyli Kożuchowa, oraz pokazaliśmy, jak na Dolnym Śląsku bardzo skomplikowanie sprawy wyzwoleńcze się miały. „Fala zła” w tytule wspomnianego artykułu bardzo dobrze oddawała charakter tamtych wydarzeń.
Ale jako mieszkańcowi Nowej Soli jedna sprawa nie dawała mi spokoju. Skoro w 1939 roku mieszkało w Neusalz 17.113 osób, to co się z nimi stało w 1945 roku? Niby wiadomo – „w wyniku rozpętanej i przegranej II wojny światowej przez Niemców miasto przyłączono do Polski, zaś jego niemiecką ludność wysiedlono w nowe granice Niemiec” – tyle z Wikipedii.
Kiedy któryś ze znajomych kupi mieszkanie w starym, poniemieckim jeszcze budownictwie, zawsze mnie korci poszukać, kto tam do wybuchu wojny mieszkał, czym się zajmował. Tego typu zapędy mam mocno rozbuchane, wskutek długiego już obcowania w tym środowisku, całkiem sprawnie się w tym poruszam. I zawsze po tych poszukiwaniach zadaję sobie pytanie: co z tym człowiekiem stało się w któryś z lutowych poranków 1945 roku? Zabili? Sprawili cierpienia jego rodzinie? Wysłali pociągiem w głąb Związku Radzieckiego do pracy? Deportowali za Nysę? A może sam uciekł z rodziną, pociągiem lub furmanką, na piechotę. Jeśli tak, to którędy, gdzie.
Można to oczywiście skwitować krótko: zaczęli, to się doigrali, zapłacili za swoje winy. I zapomnieć.
Teraz pomyśl. Pomyśl, że musisz uciekać z dziećmi przez śnieg i mróz, bo przyjdą ludzie ci niechętni i was zabiją. Że siedzisz skulony w piwnicy, słyszysz jak świszczą nad twoim domem i wybuchają gdzieś blisko artyleryjskie pociski. Że drżysz z niewiedzy, co przyniesie kolejna godzina. Że płonie dom sąsiada, a on leży zastrzelony, choć jeszcze dzisiaj rano ściskałeś mu rękę i rozmawialiście. I to właśnie tutaj, w tych codziennych, znanych ci dekoracjach – w tych domach, wśród tych ulic, parków.
Bez względu na to, w jakim języku to myślisz, strach jest ten sam. Ludzki.

Jedno zdjęcie i pewna gazeta
Zdjęcie z lata 1944 roku. Przydomowy ogródek. Po ścianie domu pną się maliny. Na środku jest huśtawka. Siedzi na niej młoda, ok. 30-letnia uśmiechnięta kobieta w białej sukience z kołnierzykiem. Na kolanach trzyma, ja wiem, trzy- czteroletnią dziewczynkę, w lekkiej sukience, ze wstążkami w warkoczykach, przysłaniającą lekko dłonią oko, bo patrzy pod słońce. Po dwóch stornach huśtawki stoją chłopcy, starsi nieco od dziewczynki na kolanach kobiety na huśtawce. Gołe klaty, krótkie spodenki, uśmiechnięci, mrużą oczy od słońca. Tylko mama ma buty. Dzieciaki są właśnie wyrwane z jakiejś zabawy na ogródku na okoliczność zdjęcia.
Daleko, daleko w tle są budynki. Rozpoznawalne – wieża zegarowa fabryki Gruschwitza, zarys bryły hal, kominy. Między domem a fabryką jest pole, a dalej, jeszcze przed fabryką – domyślasz się – tory kolejowe.  
Za pół roku, 29 stycznia 1945 roku, ta kobieta z trójką dzieci będzie stąd uciekać. Pierwsza próba się nie powiedzie, pociąg był zapchany, nie dało się już wejść. Wracają do swojego domu na ówczesnej Ernst-Moritz-Arndt-Straße, dziś to ul. Saperów. 31 stycznia, kiedy od dwóch dni słychać już wyraźną kanonadę dział za Odrą, udaje się im wsiąść do pociągu i wyjechać z Neusalz. Przez Gorlitz i Drezno dojeżdząją do Langensalza. Neusalzkie rodziny trafiają do okolicznych wsi. Czwórka ze zdjęcia znajduje tymczasowe miejsce u rolnika Otto we wsi Merxleben. Tam 6 kwietnia pojawiają się Amerykanie. Dla rodziny tak kończy się wojna.
W czerwcu, już po kapitulacji Niemiec, wśród uciekinierów z Neusalz krąży plotka, że będą mogli wrócić. Nikt z władz jej nie dementuje. Koniec końców okazuje się, że powrót do ojczystej Neusalz to mrzonka, rodzina trafia do zniszczonego przez walki Magdeburga. Stąd, wiedząc już, że nie ma szans na powrót do domu, trafiają do Schackensleben. Pokój 4 na 5 metrów będzie im domem na wiele lat.
Kto jest na tym zdjęciu? Z lewej strony huśtawki stoi Hartmut, kobieta na huśtawce to Lisbeth, na kolanach trzyma córkę Brunhild, z prawej strony stoi Siegfried. Tata, głowa rodziny, w tym czasie służy w Wehrmachcie. Rodzina ma nazwisko Schorsch.
Siegrfried, ten z prawej strony fotografii, urodził się w Neusalz 27 marca 1938 roku. I to do niego, do pana Zygfryda, w sumie nawet nie pamiętam dlaczego, ale jakiś powód musiałem mieć, napisałem w lipcu 2016 roku wiadomość zakończoną słowami „szukam wspomnień, opisów tras, losu mieszkańców Neusalz z 1945 roku. Może mi Pan pomóc? Pozdrawiam serdecznie”.
Na odpowiedź czekałem do następnego dnia. Tak zaczęła się nasza korespondencja z Panem Zygfrydem. Dowiedziałem się, że od 2009 roku bywa w Nowej Soli, że ma bardzo dobry kontakt z naszym urzędem, a także z rodziną, która po wojnie zamieszkała w jego rodzinnym domu przy ul. Saperów. „Takie relacje czynią nasze emocje czystymi. To dobrze, że możemy podzielić się nimi w przyjaźni i wzajemnym szacunku” – napisał 31 stycznia, w 72. rocznicę wyjazdu jego rodziny z Neusalz. Ale od Pana Zygrfryda dostałem coś jeszcze.
W lutym 1961 roku został wydany 15 numer gazety „Neusalzer Nachrichten” – „Aktualności Nowosolskie”. Gazetę wydawano w okolicach Luneburga pod Hamburgiem. O co chodzi? Niemcy, którzy w 1945 roku w styczniu i lutym opuścili swoje rodzinne miasto, nadal utrzymywali kontakt, żyli niedawną historią. Po prostu tęsknili, zostawili przecież swoje ukochane, rodzinne miasto. Chcieli kultywować pamięć o Neusalz, przecież ci ludzie się znali, pracowali razem, byli sąsiadami.
Wspomniany numer czasopisma nie jest jakimś kosmicznym znaleziskiem, jego treść znana jest naszym, lokalnym muzealnikom, pojawia się choćby w spisach bibliograficznych. Ale osobiście nigdy treści tam zawartych nie miałem okazji poznać. W sierpniu od Pana Zygfryda dostałem wiadomość z załącznikiem, a był nim plik z „Aktualnościami Nowosolskimi” z lutego 1961.
A tam? Kilka żywych i obrazowych wspomnień mieszkańców Neusalz właśnie ze stycznia i lutego 1945 roku. I to im chciałbym oddać teraz głos.

Nigdy nie zapomnę tych kolumn uciekinierów
„Bolesne wspomnienia o 13 lutego 1945” – Bernhard Scharn (właściciel olejarni, zamieszkały przy Eichamtstrasse 11, dzisiejsza ulica Kupiecka – dop. red.)
W lipcu 1944 zaczęto obsadzać bojowe bunkry nad Odrą. Na granicy landu zaczęto kopać okopy i rowy przeciwczołgowe. Z Nowej Soli mężczyźni, kobiety i dziewczęta zostali zawiezieni do Sławy i Wschowy. Tam musiano aż do zimy w bardzo wyczerpującej ręcznej robocie wykonywać prace ziemne. Wkoło naszego miasta rodzinnego na łąkach i przy starych promach na Koserzu zostały przygotowane rowy obronne, na lewym brzegu Odry postawiono „hiszpańskich rycerzy”, czyli zapory przeciwczołogowe i druty.
Pod koniec października został powołany Volkssturm. Nowa Sól wystawiła cztery kompanie, w których więcej było inwalidów niż osób gotowych do tego typu zadań. Bez umundurowania, bez wyposażenia.
W styczniu oficjalna prasa podawała, że marsz Rosjan zostanie spowolniony, ale 20 stycznia front obronny został przełamany. W najwyższym pośpiechu zaczęli być ewakuowani cywile. Nigdy nie zapomnę tych kolumn uciekinierów i jeszcze dziś moją dusze przepełnia głęboki żal – wozy, piesi, dzieci w wózkach, w śniegu i mrozie, bez wyżywienia tworzyli długie kolumny i na wieczór szukali noclegów, żeby choć trochę schronić się przed zimnem.
W Nowej Soli rozpoczęła się ewakuacja zakładów, a także kobiet i dzieci. Według moich szacunków w mieście zostało 4 – 5 tys. mieszkańców. Sformowano oddziały Volkssturmu i pojedyncze grupy Wehrmachtu, które powinny bronić Neusalz.  W nocy z 2 na 3 lutego rosyjscy zwiadowcy osiągnęli Lubięcin i Lipiny i przez Stany zmierzali do Odry. 3 lutego o 6:00 rano wysadzono most kolejowy nad Odrą koło Stanów. Przed południem rozgorzały walki. Słabe oddziały Wehrmachtu w okolicach Siedliska i Przyborowa trzymały się jeszcze parę dni, 9 lutego uciekły za most na Odrze w stronę Nowej Soli. 10 lutego rano wysadzono nasz nowy most nad Odrą. W nocy na 11 lutego uciekli z Neusalz przedstawiciele partii i ostatni urzędnicy. W południe odjechał ostatni transport uciekinierów.
Odra była pełna wody, piętrzyły się kry. Rosjanie ostrzeliwali nasze miasto zza Odry bez konkretnego celu. Pocisk, który spadł na Friedrichstrasse (ul. Witosa – dop. red.) kosztował życie piekarzową Hocke. Nieznana mi kobieta z córką zginęły na placu przed dworcem kolejowym.
11 lutego zapalił się magazyn fabryki szczotek Geschego (szczeciniarnia przy ul. Ceglanej – dop. red.) Opróżniono pojemniki z gazem w miejskiej gazowni, wysadzono zwrotnice kolejowe. Postawiono zapory przeciwczołgowe, a w procie zatopiono niektóre barki. W murze fabryki Gruschwitza i murze cmentarza wybito otwory strzelnicze i przygotowano miejsca dla strzelców. Na ścianach domów i na chodnikach wypisano hasła, które miały podnieść morale obrońców miasta.
Rosjanie przyszli od strony Kożuchowa do gospody „Gute Zeit” i odbili na Rudno, gdzie była kompania Wehrmachtu, ale wycofała się z dużymi stratami. Silne oddziały nadchodziły od strony Nowego Miasteczka, stamtąd nad miastem gwizdały pociski. Duża część fabryki nici płonęła, płomienie rozświetlały okolicę. Salwy artyleryjskie i „katiusze” uderzyły na dworzec, ul. Kożuchowską, Kupiecką i św. Barbary. Około 16:00 zapaliła się wieża naszego katolickiego kościoła, o godz. 21:00 zawaliła się. W ciemności Rosjanie szli od strony Starego Żabna i przez teren fabryki Gruschwitza wchodzili do miasta.  Ostrożnie przemieszczające się oddziały rosyjskie około 22:00 dotarły do urzędu miasta. Oddziały mające bronić miasta wycofały się wcześniej do Zielonej Góry. Obsada bunkrów nad Odrą została zapomniana i z trudem szliśmy w ukryciu w kierunku Niedoradza przez Koserz. Za nami widzieliśmy płomienie w naszym mieście. Straciliśmy naszą ojczyznę, a rozbuchana soldateska według własnego uznania plądrowała i okradała nasze domy. Z krwawiącym sercem wspominamy dziś nasza piękną ojczyznę.

Szukaliśmy ukrycia w bunkrach
Bernhardt Deul (kowal zamieszkały przy ul. Karlstrasse 9, dzisiejsza ul. Traugutta – dop. red.)
Na parę tygodni przed wejściem Rosjan do Nowej Soli zostałem z mojego miejsca pracy w hucie Krausego powołany do Volkssturmu. Nasze wyposażenie było skąpe, miałem cywilne ubrania, jako ochronę przed zimą dostałem płaszcz SA. Na początku broni nie wystarczało, podczas patroli i służby wartowniczej przekazywaliśmy ją sobie. Nasza kwatera znajdowała się najpierw w szkole na Koserzu (dawne budynki szkoły nr 3 przy dzisiejszej  ul. Chrobrego dop. red.). Potem zostaliśmy przekwaterowani do zajazdu Wiener Gasthof na Placu Floriana.
Dzień przed uderzeniem Rosjanie otworzyli oni ogień ze swoich dział zza Odry. My wtedy akurat rozdzielaliśmy chleb w Wiener Gasthof. Wtedy jeden z pocisków, który powinien uderzyć prawdopodobnie w wieżę kościoła, przetoczył się na Breitestrasse (ul. Szeroka dop. red.), obok domu Schniberów. Chłopka Jeschke ze Studzieńca przyjechała się spotkać z mężem, który był w naszym Volkssturmie, przyjechała wozem z dwoma końmi. Została wtedy śmiertelnie trafiona. Spłoszone przez eksplozję konie pognały z wozem nie wiadomo gdzie.

Nocna ucieczka
Robert Schulz (robotnik, zamieszkały przy Breitestrasse 7, dziś ul. Szeroka – dop. red.)
23 stycznia przed południem na placu sportowym przy Oberschule (za ogólniakiem – dop. red.) zwołano batalion Volkssturmu z Kożuchowa i Nowej Soli. Stan kompanii 2 Weinera wynosił 133 ludzi. Kompania o 15:00 przeszła na kwaterę do pomieszczeń szkolnych na Koserzu. 30 mężczyzn zakwaterowano w domku strzeleckim w Otyniu. Biuro kompanii było w biurze posiadacza tartaku Karla Starkera w Neue Kusser Muhle (nieistniejący dziś budynek restauracji przy Czarnej Strudze za mostkiem przy ul. Zielonogórskiej dop.red.)
24 stycznia wieczorem Kompania otrzymała rozkaz obsadzić linię bunkrów. Dzień później przekwaterowano nas do Nowej Soli, dwie kompanie do Wiener Hof, trzecią w bootshause „Mowe” (dzisiejszy budynek przystani kajakowej dop. red.) Z powodu pogody, zasypanych dróg, trudno było ludziom się zmieniać na posterunkach oraz dostarczać im pożywienie.
31 stycznia lewe skrzydło kompanii po raz pierwszy miało w zasięgu wzroku wroga. 10 lutego Wehrmacht pozostawił swoje pozycje. Ok. 16:00 -17:00 miał miejsce pierwszy ostrzał na Nową Sól, pojawili się pierwsi ranni. O 21:00 w Wiener Hof na zawał serca umarł Reinhold Anders, którego 11 lutego pochowano w Nowej Soli.
11-12 lutego. Po południu wzmocniony ostrzał, szczególnie wejścia do portu. Scherbelberg (dziś Harcerska Górka  – dop. red.) została mocno ostrzelana.13 lutego, nocą, woźnica przywiózł rozkaz, by się zebrać i wycofać do fabryki kleju. Pod kierownictwem leutnanta Dullina pomaszerowaliśmy do Czasławia.

Pocisk w ogródku
Otto Schelhaas (uttenkolonie 10, dziś okolice ul. Parkowej i Parku Kopernika – dop. red.)
10 lutego 1945 Neusalz została pierwszy raz ostrzelana z kierunku lasu nad Odrą. Było wielu zabitych. Celem wrogich dział była wieża kościoła, na której podejrzewali, że jest stanowisko obserwacyjne, a większość pocisków spadało właśnie na domy w okolicach parku. Wieży nie trafili, ludzie uciekali z miasta. 12 lutego wznowiono ostrzał, tym razem od strony Kożuchowa. Most na Odrze był już wysadzony. O 14:30 pierwsze pociski spadły do mojego ogródka, uciekający jeszcze nie osiągnęli piwnic, by się schronić, kiedy pocisk zniszczył mieszkanie. Środkowa ściana przewróciła się, rozerwane zostały meble, ubrania, mieszkanie u góry i na parterze. Ostrzał  trwał do nocy i nie było żadnego domku w kolonii, który nie zostałby trafiony.
Nocą e przez miasto zaczęli iść Rosjanie, trwało to do południa następnego dnia. Potem rozpoczęło się plądrowanie i mordy, wielu mieszkańców straciło życie. Piszący te wspomnienia został postawiony pod ścianą, życie zawdzięczał innemu z Rosjan. Następnego dnia wszyscy, którzy zostali w mieście, musieli zebrać się na rynku do budowy mostu.

W kościele było słychać szloch
„Luty w Neusalz” – pani Gollasch.
Większość nowosolan już opuściła miasto. Było zimno, a tłumy uciekinierów całymi dniami przekraczały przez most Odrę. Braliśmy tych przemarzniętych ludzi z ulic i pozwalaliśmy im ogrzać się w sklepach i domach.
Na Friedrichstrasse (dziś Witosa – dop. red.) mieliśmy piwnicę, przygotowaliśmy ją do zamieszkania. W nocy słyszeliśmy odgłosy dział, koło północy zrobiło się ciszej. Wyszłam schodami z piwnicy, na moje zdziwienie zobaczyłam, że wieża kościoła płonęła. Było jasno jak w dzień.
W porannej szarudze maszerowały oddziały Rosjan, byli dobrze wyposażeni, ubrani w amerykańskie ubrania (prawdopodobnie chodzi o Lend-Lease Act z11 marca 1941 na mocy którego Stany Zjednoczone mogły udostępniać innym rządom dowolne produkty ze sfery obronności, w tym – jak tutaj – umundurowanie – dop. red.) Kolejni żołnierze, posiłki, nie budzili już zaufania, mieli filcowe a nawet damskie buty, wyglądali jak dzikusy, zaczęliśmy się bać. Wkrótce musieliśmy oddać wszystkie radia, maszyny do szycia i rowery. Dzień i noc odbudowywano most na Odrze, przy rwących potokach wody. Ja w tym czasie miałam ponad 50 lat i obierałam ziemniaki, a moje siostry szyły dla Rosjan koszule. Byli też dobrze nastawieni Rosjanie, ale człowiek musiał się chronić, a wieczorami przychodził na nas strach. Zmienialiśmy nasze miejsce pobytu.
Któregoś razu wieczorem, przyszedł oficer rosyjski z tłumaczką. Po długich rozmowach wziął moją szwagierkę i poszli na Kurschnerstrasse (ul. Kuśnierska). Tam przyszedł jego kolega do towarzystwa. Wszystko było jasne. Szybko schowaliśmy się w piwnicy.
Jako wierzący mieliśmy wsparcie naszego pastora Piwowara, wszyscy się u niego chowali, a on nie pytał o wyznanie. Kiedy pierwszy raz śpiewaliśmy w kościele Schubert messe (pieśń religijna liturgii luterańskiej dop. red.) w kościele było słychać szloch. Zdumiewające było, jak ludzie w potrzebie sobie pomagali i odnajdowali. Na wiosnę nasz pastor naprawił wieżę kościoła, że deszcz już nie uszkadzał głównej nawy.
Sprzątałam w naszym sklepie na ul. Odrzańskiej, do płotu podszedł pastor i powiedział: nie zamykajcie drzwi, ja muszę tamtędy często z kobietami szukać ucieczki, kiedy przychodzą Rosjanie.

Buty z cholewami dla komendanta
„Moje ostatnie dni w Nowej Soli” Paul Russman, dyrektor, zamieszkały przy ul. Bahnhofstrasse 28 (dziś Zjednoczenia).
Zacznę od niedzieli 11 lutego. Przed południem miasto opuściły ostatnie wagony z uciekinierami. Dzień wcześniej na Neusalz spadły pierwsze pociski. 12 lutego wysadzono most w porcie, niektóre drzwi i okna okolicznych domów zostały zniszczone. Płonęła szczeciniarnia. 13 lutego walki uliczne w Neusalz, w nocy przejęcie miasta przez Rosjan. Ok. 20 mężczyzn i kobiet spało w piwnicy Lunda (Martin Lund, kupiec, właściciel pralni, zamieszkały przy ówczesnej Freystädter Str. 6 – dziś Wojska Polskiego – dop. red.). Rosjanie weszli do piwnicy i w ciągu pięciu minut odebrali wszystkie wartościowe rzeczy jak wyuczeni złodzieje kieszonkowi.
14 lutego podpalili Pfitzners Hotel (nieistniejący dziś budynek u zbiegu ulic Zjednoczenia i plac Wyzwolenia), Hansa Kaffee (nieistniejący dziś budynek na rogu placu Wyzwolenia i ul. Moniuszki), dom Öhlkerów. Znów spaliśmy w piwnicy u Lunda. 14 i 15 lutego – plądrowanie miasta przez Rosjan, Francuzów i Polaków trwa (zapewne chodzi o więźniów z lokalnych obozów pracy przymusowej).
Następnego dnia płonął rzeźnik Brendela (Paul Brendel, rzeźnik, Berliner Strasse 1 – dziś Piłsudskiego, ale też filia zakładu przy Bahnhofstrasse 3,  dziś Zjednoczenia – dop. red.)
W następnych dniach dużo lamentu, kto tego nie przeżył, nie może sobie tego wyobrazić. Ciągle słyszało się w domach i na ulicy wołanie „gdzie kobiety”. 17 lutego samobójstwo popełnił Wilhelm Matzke (bankier dop. red.). 18 lutego wszyscy mieszkańcy zostali skierowani do odbudowy mostu. Po pracy 200 kobiet wysyłano do sali w Przyborowie, reszta szła do zakładów Gruschwitza i zostawały one wystawione Rosjanom na pohańbienie. Codziennie szły transporty z ludźmi do Rosji, niewielu z nich wróciło.
Jeżeli ruski był zły, to Polak potrafił być pięciokrotnie bardziej bestialski. Przybyli Polacy żyli ze złodziejstwa i plądrowania, część z nich cały czas siedziała na dworcu, by te ukradzione rzeczy zamienić w Polsce na pieniądze. W lipcu przygotowano pierwsze transporty, jeden do Peine, drugi do Rheinhausen.
W tych smutnych dniach chciałem wspomnieć dwa epizody, gdzie mimo lamentu musieliśmy się uśmiać. Rano po wejściu Rosjan oni wszystko plądrowali. Nagle z jednego z domów wychodzi mieszkaniec i mówi do nich rzucając się im na szyję: moi kochani dobrzy bracia, gdzie byliście tyle czasu, czekaliśmy na was tak długo. Po 15 minutach wyszedł z domu z Rosjanami, miał oczy pełne łez, spływałymu po bakach. Bo jego nowi przyjaciele oswobodzili go ze wszystkich wartościowych rzeczy.
Druga sytuacja. Jeden szewc musiał dla rosyjskiego komendanta miasta przygotować buty z cholewami. Kiedy buty były gotowe, do warsztatu przyszedł jakiś inny oficer, zagroził mu rewolwerem i zabrał te buty. Szewc opowiedział to komendantowi. Komendant był zły, ustanowił wartę z bronią koło warsztatu, aż szewc nie zrobił drugiej pary butów.
***
Zdjęcie rodziny Schorschów ma jeszcze jedne, ukryte dno. Pole za postaciami to pole należące do fabryki. Kto na nim pracował? Więźniarki położonego kilkaset metrów dalej obozu dla Żydówek. Tych, które w styczniu 1945 roku także będą opuszczać Neusalz, brnąć przez śnieg i mróz, drżeć o życie, umierać podczas marszu do Flossenburga.
Marek Grzelka

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

2 thoughts on “Strach jest ten sam. Ludzki

  • 14 lutego 2020 at 17:29
    Permalink

    Niemcy tak naprawdę uniknęli kary za krzywdy wyrządzone Polsce. Wierzę że jeszcze kiedyś zapłacą za swoje czyny.

    Reply
  • 14 lutego 2020 at 19:29
    Permalink

    Pokrzywdzeni niemcy ale biedni przez pięć lat nie widzieli krzywdy innych narodów mordowania grabienia i wyzysku .Nie zdają sobie sprawy ze to ich rodzice robili na co mogli liczyć za lata krzywdy ?

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Skip to content