Oni utrzymują czystość Nowej Soli

– Chylę czoła przed godnymi ludźmi, którzy zamiatają ulice, koszą trawę, zbierają liście, sadzą drzewa, krzewy i  kwiaty – mówi o pracy ludzi od miejskiej czystości prezydent Wadim Tyszkiewicz. Jak oni sami postrzegają swoją pracę? I jak postrzegają ją inni?

Kiedy do prezydenta Wadima Tyszkiewicza kilka lat temu przyjechali reporterzy programu „Czarno na białym”, byli zaskoczeni, a wręcz zszokowani tym, jak od wczesnych godzin porannych spora rzesza ludzi zamiata miasto. – Codziennie tak sprzątacie? – zapytała reporterka jedną z kobiet. – Tak, codziennie. Zawsze to inaczej, jak miasto wygląda czysto – odpowiedziała zapytana kobieta.

Kiedy chodzimy po Nowej Soli, często nie zauważamy tych, którzy są sprawcami czystości na ulicach. – Z ich pracą trochę jest tak, że jest czysto na ulicach, ale nie zastanawiamy się, kto za to odpowiada. A naprawdę warto ich docenić – mówi Jerzy Ceglarek, kierownik nowosolskich robót publicznych.
I dlatego chcemy pokazać twarze tych, którzy są niezauważani, a na to zwyczajnie zasługują.

„Kołki w zęby i tempo 1000”

Czwartek 8 czerwca, godzina 4.45, baza nowosolskich robót publicznych przy ul. Drzymały. Do pracy szykuje się specgrupa, którą bezpośrednio zarządza pani Ewa Zdanowicz. To ona rozdziela rejony, w których danego dnia zamiatają bohaterowie tego tekstu. Mają na sobie kamizelki odblaskowe, w taczkach miotły i łopaty. Kiedy już wiedzą, gdzie pójdą tego dnia w dwu- lub trzyosobowych grupach, na koniec pani Ewa rzuca zdanie: „Moi drodzy: kołki w zęby i tempo 1000”. To poranna forma mobilizacji do pracy.

– Moi ludzie wiedzą, co to znaczy. Wiedzą, że musimy się mobilizować, działać sprawnie, żeby każdego dnia zrobić swoje, żeby nikt do nas nie miał pretensji, że gdzieś się nie wyrobiliśmy albo że coś poszło źle – rozszyfrowuje swoje hasło E. Zdanowicz, koordynatorka grupy sprzątającej miasto.

Tuż po 5.00 na ulicę 1 Maja swoje kroki skierował pan Krzysztof Odasz, który w robotach publicznych pracuje od trzech lat. Kiedy prawie cała Nowa Sól jeszcze słodko śpi, on krząta się po domu, gotuje wodę w czajniku i zalewa kawę.
– Wstaję codziennie o 3.00 rano. Nie mam żadnego budzika, organizm już się przyzwyczaił  i człowiek wstaje sam. Chyba w głowie mam automatyczny budzik – uśmiecha się K. Odasz.
 – Kawę piję w pierwszej kolejności, później mogę iść do pracy. Bez cukru, bez mleka. Tak się nauczyłem.  Kiedy przychodzę na bazę, szykuję taczki, cały potrzebny sprzęt, szefowa daje listę do podpisania i startujemy. Gdzie powie, tam idziemy – słyszę od jedynego mężczyzny w ekipie sprzątającej.  
 – Czym dokładnie się zajmujecie? – pytam. – Zamiatanie ulic, chodników, wyrywanie chwastów.  Zimą jest najgorzej, bez ciepłej kufajki i kalesonów ani rusz. A i tak można zmarznąć, i to porządnie. Ręce sztywnieją, nogi też… – dodaje pan Krzysztof.
 – Docenia ktoś tę pracę, jakieś miłe słowo powie, jak pracujecie? – dopytuję.
 – Kiedyś, chyba dwa lata temu, miałem taką sytuację na ul. Wojska Polskiego, że jedna pani mnie pochwaliła. „Robicie, zamiatacie, ładnie będzie”. Mi się to zdarzyło tylko raz…
 – Są tacy, co nie znając nas osobiście dzień dobry powiedzą. Doceniają to, co robimy. Ale są też inni, którzy potrafią powiedzieć: „Zamiatajcie, od tego jesteście”. Jeszcze inni w naszą stronę i wiązankę potrafią puścić. Osobny problem jest z niektórymi właścicielami psów. Ich czworonogi, za przeproszeniem, narobią na ulicę, a właściciel, jak mu się zwróci uwagę, potrafi powiedzieć: „Od tego tu jesteś, sprzątaj” – krzywi się pani Elżbieta Malinowska, która w dniu naszego spotkania zamiatała m.in. ul. Piłsudskiego.
Moi rozmówcy przyznają, że niestety czasami z ludzi wychodzi zwykła podłość. – Któregoś razu we dwie pracowałyśmy na ul. Witosa. I samochodem jedzie jakiś mężczyzna. Nie mógł nas nie widzieć. Otworzył okno, wyrzucił puszkę od piwa, mało koleżanki nią nie trafił. To według mnie była próba poniżenia, upodlenia człowieka… – ocenia E. Malinowska.
 – To naprawdę uwłaczające dla nich, że ktoś potrafi im nawtykać za to, że tak naprawdę dbają o czystość całego naszego miasta – przyznaje koordynatorka grupy, która sprząta Nowa Sól. – Za to należałoby się słowo „dziękuję”, a nie wylewanie na nich ludzkiej żółci – dodaje E. Zdanowicz.

Prezydent Tyszkiewicz: Żadna praca nie hańbi

E. Malinowska, mimo wielu przeciwności, na pracę nie narzeka.
 – Nie jest łatwo, ale można sobie dorobić parę gorszy.  – Piachu na ulicach jest dużo, ale radzimy sobie z tym chyba całkiem nieźle. Najgorzej pracuje się w upały.  Ja tak mam, że w słońcu opadam z sił. Dlatego potrzeba trochę wody dla ochłody, trochę cienia, żeby na chwilę się schować i pracuje się dalej – dodaje pani Ela.
W robotach publicznych przy zamiataniu ulic pracuje także jej siostra Dorota. To jedna z wielu nowosolskich sierot po byłej fabryce nici Odra. – W moim wieku trudno pracę gdzieś dostać, a tutaj mogę sobie dociągnąć do emerytury. Po tym, jak Odra padła, zmarnowałam trochę lat. Jeździłam do Włoch, ale wiadomo, to była robota na czarno, teraz jest na biało, chociaż lekko nie jest. Jak już się skończy, to mocno czuje się nogi, kręgosłup. W zasadzie wszystko. Jak przyjdę do domu, to najpierw się myję. To nie jest czysta praca, na ulicach się kurzy, szczególnie jak jest sucho. Ale jakoś człowiek się już przyzwyczaił – słyszę od pani Doroty, której, w odróżnieniu od jej siostry, najtrudniej pracuje się, kiedy przychodzi polska, złota  jesień. – Najgorszy dla mnie okres to październik, listopad, kiedy liście spadają. Człowiek sprzątnie i lecą następne. I tak w kółko. Trochę to taka walka z wiatrakami, a jak jeszcze będzie wiatr, to już całkiem nie jest przyjemnie – mówi D. Malinowska, rodowita nowosolanka. – Jak tak pomyślę, jak miasto pod względem czystości wyglądało wcześniej, to chyba jednak teraz jest dużo lepiej. Wydaje mi się, że chyba to ludzie widzą. Jak widzą, to na pewno jest większe poczucie, że nasza praca ma sens – dodaje moja rozmówczyni.

To, jak moi rozmówcy ciężko pracują, zauważa Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli. – Podchodzi do nas, ściska rękę, dziękuje za to, że jesteśmy – usłyszałem na bazie robót publicznych od pracowników.

– Chylę czoła przed godnymi ludźmi, którzy zamiatają ulice, koszą trawę, zbierają liście, sadzą drzewa, krzewy i  kwiaty. Jestem też dumny z tego, że pomagamy ludziom poprzez pracę – mówi Tyszkiewicz. I od razu dodaje:  – Żadna praca nie hańbi. Jeśli będzie trzeba, jestem gotów wraz tymi dumnymi ludźmi zamiatać ulice. Można zadłużać się w nieskończoność nie płacąc czynszu, można też odpracowywać zaległości przy prostych pracach porządkowych. Mamy wtedy obopólną korzyść. Lokatorom nie rośnie zadłużenie, a miasto jest czyste i piękne – podkreśla prezydent Nowej Soli.
Jednocześnie przypomina, że roboty publiczne, którymi zarządza Jerzy Ceglarek, obchodzą w tym roku 25-lecie istnienia.  – Przecież to w dużej mierze dzięki robotom publicznym mamy piękny Park Krasnala, tor dla BMXów, Skatepark, park linowy i wiele innych atrakcji. Drużyna pana Jurka Ceglarka realizuje prace w mieście, które wymagają szybkiego i sprawnego działania. Może to nie są wielkie pieniądze do zarobienia, ale dające możliwość przetrwania trudnych chwil w życiu. Wielu osobom aktywność i praca w ramach robót publicznych pomogły wyjść z trudnych życiowych momentów. Wielu ludziom pozwoliło to wrócić na ścieżkę życia. Jestem dumny z tych ludzi i z ich pracy – dodaje prezydent Nowej Soli.

Zgrani jak kadra Nawałki

Wróćmy do specgrupy pani Zdanowicz. Jedną z młodszych pań jest w niej Ewa Sandałowicz, która z robotami publicznymi jest związana od 2013 roku z roczną przerwą, kiedy była na urlopie macierzyńskim. – Pracuje mi się bardzo dobrze. Nigdy ciężkiej pracy się nie bałam. Pomagałam nawet przy rąbaniu drzewa. Mój tata też kiedyś pracował przy zamiataniu ulic, więc można powiedzieć, że poszłam w jego ślady. Wysiłku się nie boję. Jak po pracy chodzę po ulicach miasta, to czuję satysfakcję, że to też nasza zasługa – przyznaje E. Sandałowicz, która tamtego poranka sprzątała m.in. ul. Wojska Polskiego.  

Razem z nią na ten rejon została wysłana pani Danuta Stachowiak. Przez cztery lata pracowała jako szatniarka, ale też sprzątaczka w nowosolskiej dyskotece Havana.
 – Po imprezach była masakra, ale jakoś dawało się radę doprowadzić to do czystości. Brakuje mi tej pracy w tamtym miejscu. Wspominam ją z dużym sentymentem, brakuje tego kontaktu z ludźmi. Na tych imprezach można było się też pośmiać. Pan przecież widział, bo też pan przychodził… – uśmiechnęła się pani Danusia, która przez rok przed zamknięciem dyskoteki zajęcie szatniarki łączyła z pracą w robotach publicznych.
 – Tu też się lubimy, jesteśmy zgrani, trochę jak nasza reprezentacja w piłkę. Tu też jest wesoło, szczególnie, jak po pracy już wracamy na bazę. Żartujemy, śmiejemy się, chociaż jesteśmy bardzo zmęczeni – zaznacza pani Danusia.
E. Malinowska: – Tak się wydaje, że zamiatanie to lekka praca. Tak nie jest, osiem godzin zginać się, wyrywać to zielsko itd. To naprawdę nie jest lekki kawałek chleba…
Mariusz Pojnar

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *