Nowy pan na „Złotym Łanie”. Krótka historia pewnej koncepcji

Dotychczasowa właścicielka zajazdu, Helena Haczkowska, zastanawiała się nad sprzedażą „Gościńca Złoty Łan” od dłuższego czasu. Nie miała komu przekazać do prowadzenia zajazdu, zaczęła myśleć, że warto go zbyć. Ogłoszenie o sprzedaży zobaczył Sylwester Bugaj.

– To wszystko stało się nagle. Zobaczyłem ogłoszenie, postanowiłem przyjechać i zobaczyć. Zaczęliśmy rozmawiać z właścicielką, ostatecznie wyszło tak, że decydujemy się „Złoty Łan” kupić. Pojechałem od razu do banku zobaczyć, czy dam radę do finansowo dźwignąć. W sumie to wyszło tak, że od zobaczenia budynku do jego kupna minęły trzy tygodnie – mówi S. Bugaj.

Imponujące założenie

Maj 1978. Na zlecenie Centralnego Związku Spółdzielni Rolniczych zielonogórski oddział Rejonowego Biura Projektów w Poznaniu opracowuje projekt zajazdu „Złoty Łan” w Otyniu.

Plany były bardzo ambitne

Ale ten projekt nie dotyczy tylko tej konkretnej lokalizacji, identyczne zajazdy miały powstać w kilku innych miejscowościach: Nowym Miasteczku, Sulechowie i Świebodzinie. Miał to być sposób uczczenia zbliżających się Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku. Inwestorem i przyszłym właścicielem zajazdu w Otyniu jest Gminna Spółdzielnia Samopomoc Chłopska w Nowej Soli.

Dzięki Sylwkowi Bugajowi, na co dzień właścicielowi „Pensjonatu Korona” w Modrzycy, nowemu właścicielowi „Złotego Łanu”, miałem okazję przejrzeć archaiczne dokumenty związane z tym historycznym i doskonale znanym mieszkańcom obiektem.

Nie da się ukryć, „Złoty Łan” ma bardzo nietypową bryłę. „Elementem, który narzucił kształt obiektu jest półrama drewniana BHD-3 stanowiąca konstrukcję stropodachu” czytamy w dokumentacji technicznej budynku. Fakt, jest to bryła niespotykana, zawinięta jak „S” z jedną przedłużoną „nóżką”. Trzy kondygnacje po 800 mkw, w sumie 2400mkw powierzchni, kubatura ponad 12 000 metrów sześciennych, imponujące.

Ale sam budynek zajazdu składającego się z restauracji z kawiarnią i hotelu to zaledwie nikła część zaplanowanej inwestycji. Na planach widzimy tuż obok takie obiekty, jak sklep meblowy, sklep „Praktyczna Pani”, sklep spożywczy, sklep przemysłowy, duży stawek, parkingi. Do tego dużo zieleni, miejsca rekreacyjne, podziemne garaże.

Kiedy w maju 1978 roku ów projekt wylądował na biurku inwestora, musiał wzbudzić zachwyt. Nikt wcześniej na naszych terenach takiego nowoczesnego obiektu nie widział. Łopaty poszły w ruch, by urzeczywistnić tę wzniosłą i ambitna ideę.

Idea a rzeczywistość

Mawia się: tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Szybko jednak okazało się, że krawiec, który „kroił” projekt „Złotego Łanu”, nie wziął sobie tej maksymy do serca. Z zaplanowanych trzech etapów prac, poprzestano na kawiarni i restauracji z hotelem. Praktyczne panie z okolic nie miały swojego sklepu, na zakupy w sklepie meblowym nie mogli liczyć ci, którzy zbudowali nowe domu na Pleszówku i w Modrzycy. Po zakończeniu pierwszych etapów prac, w 1980 roku oddano obiekt do dyspozycji klientów i gości.

„Złoty Łan” to specyficzny znak tamtych absurdalnych z dzisiejszego punktu widzenia czasów. Jakaś mądra głowa wymyśliła, że ci, którzy będą jechać na igrzyska do Moskwy, w tych zaplanowanych do wybudowania czterech zajazdach będą mogli odpoczywać. Sęk w tym, że ostatecznie okazało się, że o te zajazdy zahaczyć mogli jedynie sportowcy z NRD, bo  większość państw zachodnich tamtą olimpiadę zbojkotowała. Ostatecznie i tak zamiast czterech zajazdów powstały dwa – bliźniacze w Otyniu i Sulechowie.

Atrakcyjna bryła okazała się kompletnie abstrakcyjna. Powstały pokoje hotelowe w kształcie trapezów, bez kątów prostych, gdzie nie dało się ustawić logicznie mebli.

Zastosowane wielkie okna z aluminiowymi ramami miały pojedyncze szyby, dwa piętra użytkowe to 8000 metrów sześciennych powietrza do ogrzania. Nie było szans tego budynku zimą ogrzać. W tym kontekście komicznie brzmią wręcz zapiski w projekcie co do ciepła w budynku. Do specjalnego wzoru podkładano takie dane, jak ciepło wydzielane przez pracowników i gości, temperatura potraw wnoszonych przez kelnera i szybkość ich stygnięcia, ciepło urządzeń i obliczano odzysk ciepła dla budynku. W projekcie ten problem zajął aż trzy strony.

Po wielu przeliczeniach projektant stwierdził, że dziennie na cztery zmiany będzie się tu stołować łącznie 900 osób. W samej części restauracyjnej miało pracować 30 osób. Dla dzisiejszych właścicieli podobnych obiektów są to liczby wzięte z sufitu.

Złote lata

„Złoty Łan” miał w latach 80’ swoją markę. Był przez długi czas wizytówką restauracji z Nowej Soli. Odbywało się tu wiele różnych imprez: wesel, komunii, ale także barbórek, imprez branżowych czy oficjalnych spotkań organizowanych przez władze. Odbywały się tu rozmaite bale, studniówki, to tu mieszkali ważniejsi goście wizytujący w okolicach. Mieszkańcy Nowej Soli i okolic zjeżdżali tu tłumnie na dansingi, w niedzielę rodziny przyjeżdżały na obiad, w kawiarni przesiadywała młodzież, szczególnie ta z zasobniejszym portfelem. Tu jeździło się taksówkami na randki, chodziło na sylwestrowe bale, na dyskoteki. Nie można też zapomnieć o tych, którzy przez Nową Sól przejeżdżali, pamiętajmy, wtedy nie było drogi S3, nie było obwodnic, przez Polskę jechało się przez centra miast.

Bez wątpienia w latach 80’ „Złoty Łan” z pewnością był – nomen omen – koroną na lokalnym rynku gastronomiczno – hotelowym.
Ale po przemianach roku 1989 kolejne lata przyniosły impas. Prywatna inicjatywa powoli wypierała dawne, państwowe przybytki tego typu. Nie było na remonty, standard padał na twarz, „Złoty Łan” tracił blask.

Pierwsza reanimacja

Od nowosolskiego GS „Złoty Łan” przejęła spółka Kusiak – Sobczak. Od listopada 1991 roku jako młodszy kelner w „Złotym Łanie” pracował Grzegorz Piotrowski, dziś barman w „Koronie” w Modrzycy u Bugaja. – Do „Łana” przyszedłem ze stolarni w Przyborowie. Byłem jakoś krótko po wojsku. Mój brat Arek któregoś dnia mówi do mnie „załatwiłem ci pracę, od jutra pracujesz w restauracji”. Pomyślałem sobie, jako to, ja tu jeszcze drzazgi z palców wyciągam, a na drugi dzień mam kelnerować? – wspomina swój początek.

Co pamięta z pierwszego dnia pracy? – Zimno było strasznie, trzeba było ubrać dwie marynarki. Dzień wcześniej poszedłem kupić białą koszulę, wchodzę rano do nowej pracy, melduję się, a tu kilkanaście stopni na sali. Zanim tam przyszedłem, lata wcześniej moja mama była tam szefową kuchni za czasów GS i brat tam pracował – wspomina.
„Złoty Łan” tamtych czasów był miejscem specyficznym, bo i czasy nastały specyficzne. Rodziny, które wcześniej przychodziły w niedzielę na obiad, przestały przychodzić, bo w Nowej Soli zaczęły się problemy z pracą. Zmalał ruch w porze obiadowej i popołudniowej, ale nasilił się z kolei w porze wieczorowo-nocnej.

Na hotele i restauracje popyt spadł tak samo jak na taksówki. To były rzeczy dla osób z grubszym portfelem. A w Nowej Soli ludzie portfele zaczęli mieć coraz bardziej cienkie. Choć nie wszyscy.

Na początku lat 90’ mieliśmy w Nowej Soli bardzo ciekawą młodzież. Kiedy innym zawaliło się życie z powodu straty pracy, oni szybko stawali się jego królami. Książęta nocy byli częstymi gośćmi „Łanu”, a jak byli książęta, z czasem pojawiły się też księżniczki…
Zwykły klient z ulicy zniknął, nie miał za co zjeść, napić się, choć kilka lat wcześniej było to czymś normalnym.

Lokal zmienił nieco profil, potem równie szybko zmienił się właściciel. W listopadzie 1994 roku właścicielem obiektu zostaje Adam Józefowicz i firma Creator. Lokal zmienia nazwę, ale w społecznej świadomości nadal funkcjonował jako „Złoty Łan”.
Nowe szefostwo rozpoczęło nowy rozdział „Łanu” od ogromnego remontu, by dopasować go do współczesności. „Łan” znów stał się lokalem o dużym splendorze. To tu odbywały się ogromne imprezy, gościli niebanalni goście z pierwszych stron gazet.

Zachowała się kronika z tamtych lat, świadcząca o tym, jak Creator ewoluował. W listopadzie 1995 był tu minister przemysłu Klemens Ścierski, z tej okazji urządzono wielki bankiet, chwilę potem odbyła się wielka impreza z okazji oddania do użytku budynku energetyki. W 1996 roku spała tu Edyta Górniak, potem Katarzyna Skrzynecka. Luty 1997 to wielki bal lekarzy, gościły tu również takie sławy, jak Michał Bajor czy Czerwone Gitary. „Creator” słynął też z rewelacyjnej kuchni, na topie był pstrąg i golonka.

Michał Bajor potrafił zjechać 200km z trasy, żeby przyjechać tu na pstrąga. –  Bajor to się zakochał i mówił „Panie Grzesiu, ja zjechałem 200km z trasy, bo ja chcę waszego pstrąga!”. Ten pstrąg był w migdałowej panierce, pieczony na oleju, z jakimiś dodatkami sałatek czy warzyw gotowanych.  I na to klienci zjeżdżali. był naprawdę wyśmienity – wspomina G. Piotrowski.

Wspomnieniami z tamtych czasów strzela, jak z karabinu. O wycieczkach grzybiarzy, którzy wpadali chmarami, jeden autobus za drugim. – Zjawiało się na sali 150 osób, za karty się łapią, a szef wychodzi i krzyczy: nie ma kart, lewa strona sali mielony, prawa schabowy – śmieje się Piotrowski. Wspomina, jak obsługiwał trójkę Romów – starszego z kobietą i młodego, a potem okazało się, że ten starszy był królem Cyganów.

– Było otwarte do 22:00, ale kiedy byli goście z kasą, to zostawał barman albo barman i kelner. Przyjechało dwóch facetów, późna pora. Stawiali sobie na przemian. Nad ranem kłótnia, kto ma zapłacić. „Ja zapłacę”, „Nie nie, ja zapłacę!”. I wtedy barman mówi: „Panowie, po pół”. I temu dał cały rachunek i temu – śmieje się. – Takie czasy były, że ludzie wydawali na alkohol – dodaje.

– Były też smutne historie. Niektórzy potrafili rzucić szklanką o ścianę. Były wyzwiska, jakieś takie sytuacje, że wyjaśniało się rachunek. Ktoś twierdził, że za dużo zostało naliczone, a było wtedy naprawdę drogo. Nie były to tanie dania, tanie alkohole,  hotel miał wtedy trzy gwiazdki. Nie było stać każdego. Były też miłe historie. Przyjechał facet czerwonym Ferrari. Było to nowoczesne auto. Zjadł obiad z kumplem, do tego wypił dobry koniak, a napiwku dostałem wtedy 100 dolców – wspomina.

W piątki i soboty w Creatorze były dancingi. – Na początku było fajnie, wiara ze złotymi bransoletami przyjeżdżała. Imprezy były na bogato, zakąski, wóda się lała. Później to powolutku zaczęło umierać, jak inne dyskoteki czy kluby. Wszystko ucichło w przeciągu półtora roku, dwóch lat. W dobrych czasach potrafiły 3-4 autokary przyjechać, plus goście hotelowi, mogło się gości liczyć nawet i w setkach. A bywały dni, że było pusto. To był taki okres późno jesienny, gdzie naprawdę ruch był martwy. Tamte czasy były fajne, a aura niepowtarzalna… Często organizowano studniówki, wesela czasami na dwóch piętrach. Na sali balowej spotykali się jacyś managerzy, politycy. Sala w boazerii była salą zamkniętą, cichą salą dla vipów. Jak pamiętam, byli wiceministrowie. Nawet mam autograf Milczanowskiego. Często gdzieś tutaj przejeżdżali. Ja nawet nie wiedziałem, że są to politycy. I to była popołudniowa godzina, każdy pyk, pyk po parę setek i jechali dalej. Mili, spokojni ludzie. Zawsze lubiłem ich obsługiwać – wspomina.
Ale i czasy „Creatora” zaczęły się chylić ku upadkowi…

Druga reanimacja

W sierpniu 2006 budynek kupuje Helena Haczkowska. Przystepuje do błyskawicznego remontu. Jednocześnie pracuje 13 ekip, hotel i restauracja znów doganiają czas, stają się współczesne. Gościniec „Złoty Łan” zostaje z wielką pompą otwarty w listopadzie 2006 roku, przybyło wielu znakomitych gości. H. Haczkowska wspomina szalone tempo tamtych czasów. – Błyskawiczny remont, zaraz pierwsi ludzie, w tym Japończycy z Funai. I dla nich trzeba było nagle załatwiać internet, pomagał mi w tym prezydent Wadim Tyszkiewicz, kupiłam router za grube tysiące, żeby Japończycy mieli internet w pokojach – wspomina niedawna właścicielka „Łanu”.

I w tych czasach odbywały się ogromne imprezy, przyjeżdżali znani ludzie, lokal żył bogatym życiem. Ale z czasem i tę wersję „Łana” zaczął nadgryzać ząb czasu. Pojawiło się w okolicy szereg tanich miejsc do spania, „Łan” wydawał się z jednej strony zbyt drogi, za chwilę nieco archaiczny, jak każde z jego poprzednich wcieleń. Stopniowo tracił na renomie, z czasem zamknięto kuchnię, bar świecił pustkami. Wiadomo było, że trzeba trzeciej reanimacji. I tej właśnie podjął się Sylwek Bugaj.

Bugaj: czeka mnie rok remontu

Skąd w ogóle w głowie Sylwka Bugaja zrodził się pomysł, by kupić ten – nie oszukujmy się – podupadający jednak obiekt? – To jest dobra lokalizacja. Pomyślałem: jeżeli ktoś inny to weźmie i wyremontuje, dociągnie do standardu minimum trzech gwiazdek, jak jest u nas w Koronie, to nas zniszczy. Jest bardzo duża konkurencja – wyjaśnia S. Bugaj.

Ale zapytany o szczegóły remontowe, co dokładnie musi zrobić, by w miejscu „Złotego Łanu” zrobić drugą „Koronę”, zaczyna niekończącą się litanię.
– Na pierwszy rzut oka przerażające jest to, ile jest tu do zrobienia, ale wiedziałem, na co się decyduję. Mimo, że pokoi jest tyle samo, co u nas, ich powierzchnia jest większa. Zamierzam to doprowadzić do standardu trzech gwiazdek. Musi być na pewno winda dla inwalidów. Metraż pokoi w tej chwili  nie pasuje, bo brakuje teraz kilku centymetrów, ale pokoje zrobię jednoosobowe, żeby spełniały wymogi z Urzędu Marszałkowskiego, gdzie na jedną osobę musi przypadać 10 mkw, a na dwuosobowy 14 metrów. A tu podobno jest 13,80. Chcę zmienić też wygląd zewnętrzny w stronę drogi na Zielonogórską. Balustrady ze stali nierdzewnej, szkło, żeby było ładnie – mówi niemal na wydechu.
Koniec wyliczanki? Nie. Sylwek nabiera oddechu i kontynuuje.

– Okna są nieforemne, aktualnie te przy wejściu mają wysokość 4,20 i szerokość niecały metr. Jest ich siedemnaście. W restauracji jest 12 okien 4,20m szerokie, 2m wysokość. Pokoje są w kształcie trapezu bo przód jest szerszy, a od wejścia węższy, tu 2m, na końcu ponad 5. Nie ma kątów prostych, dlatego łóżka też nie pasują. Te, co są postawione w tej chwili, to niektóre zachodzą na pół drzwi wejścia do pokoju – dodaje.

Generalny remont 24 pokojów z wymianą łazienek, drzwi, podłóg, wymiana okien, balustrad, urządzenie nowej sali restauracyjnej, nowej kuchni, recepcji, do tego parapety, docieplenia, wygląd zewnętrzny, tak naprawdę z dzisiejszego budynku zostaną mury.

– Optymalny czas pracy to jest rok, myślę, że nie będziemy w stanie zrobić tego szybciej, bo finanse na to nie pozwalają. Te standardy, które mam w poprzednim hotelu, chcę też zaszczepić tutaj. Myślę też o wymianie ogrzewania, bardziej na gaz, niż na węgiel. Nazwa będzie „Korona”, nie zostanę przy starej nazwie. No i na pewno wygląd zewnętrzny będzie wyremontowany. Ten budynek jest ładny. Za rok będzie czterdziestolecie oddania budynku, to będzie duże otwarcie hotelu – planuje nowy właściciel nowej „Korony”.

***

W historii „Złotego Łanu” jak w soczewce widać to, co działo się w naszym kraju, w Nowej Soli w ciągu ostatnich 40 lat. Każda z wersji „Łanu” to tak naprawdę inna wersja Polski, od socjalistycznej, przez Polskę przemian ustrojowych, raczkującego kapitalizmu, zaawansowanego, aż do współczesności.
Trudno dziś sobie wyobrazić to miejsce bez tego budynku, większość mieszkańców ma związane z nim wspomnienia: obiady z rodzicami, randki, własne wesele, studniówki. Przez te 40 lat „Złoty Łan” wrósł na dobre w naszą topografię, ale też w historię, wspomnienia. Jak mówi Sylwek Bugaj: ten budynek jest ładny.
Fakt, jest absurdalny, nie do ogrzania, nieustawny, dziwaczny, ale bliski, nasz, oswojony.
Jest słoneczne popołudnie, na stole jest talerz z rosołem, z pomarańczową marchewką. Przez słomkę piję oranżadę ze szklanki. Słońce świeci z lewej strony, wazon na stole rzuca cień. Przy stole jest mama z tatą, babcia z dziadkiem, brat z siostrą są małymi dziećmi. Dziadków i mamy już nie ma, brata i siostrę widuję raz na rok. Czasem się jednak wszyscy widzimy, w tych lepszych czasach, kiedy tę scenę wspominam.
I chętnie w pamięci do tych chwil wrócę, w przyszłym roku, kiedy nastąpi nowe otwarcie.
Marek Grzelka

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media