Ratownictwo wodne po nowosolsku

W  czwartek, 29 czerwca, swoje święto obchodzili ratownicy WOPR w całym kraju. Jak podaje Wikipedia, w 1927 roku Komisja Ratownictwa, działająca przy Polskim Związku Pływackim, dla popularyzacji idei ratownictwa wodnego ustaliła tę datę jako Dzień Ratownika.

Służba ratowników wszystkim odpoczywającym nad wodą daje, a przynajmniej powinna dawać poczucie bezpieczeństwa pod warunkiem, że z plażowania i wodnych kąpieli korzystamy z głową.

Na starcie sezonu letniego podpowiadamy, jak bezpiecznie odpoczywać na akwenach wodnych, ale także przedstawiamy sylwetki ludzi, którzy na co dzień zakładają czerwoną koszulę z napisem WOPR. W nowosolskiej  jednostce działa ok. 50 osób, ale tylko ok. 15 ma uprawnienia ratownicze.
– Opinia jest taka, że ratownik to opalony koleś, wysmarowany olejkiem, który siedzi w czerwonych spodenkach na plaży, patrzy przez lornetkę i obserwuje dziewczyny. To nie tak… – kręci głową  Adam Olejnik, który z nowosolskim WOPR jest związany od mniej więcej dekady.
– A jak? – zapytałem mojego pierwszego rozmówcę.

„ Michu, ile to już lat?”

WOPR to przede wszystkim wielka pasja – mówi Adam Olejnik

Olejnik odpowiada od razu: – Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe to przede wszystkim wielka pasja polegająca na pewnym zamiłowania do spędzania czasu nad wodą, do lubienia tego, co jest w wodzie i na wodzie. U mnie było tak, że doszedłem w którymś momencie do wniosku, że chcę coś robić ponad pracę zawodową i spędzanie wolnego czasu z pilotem w ręku przed telewizorem lub przed komputerem.
Ratownik WOPR w jednym z pierwszych zdań zwraca uwagę na bardzo ważną rzecz.

– Mimo, że nie jesteśmy zawodowcami, ja traktuję to jako sposób na życie. Przychodzimy tutaj, na marinę. Dyżurujemy, jeżeli trzeba idziemy do akcji. To jest też kwestia poznawania ludzi, zaufania między sobą. Jeden ratownik nigdy nie idzie do wody. Idzie dwóch, idzie trzech. Jeżeli coś się stanie, to musisz wiedzieć, że ten, który jest obok, się nie zawaha i za tobą pójdzie. Ktoś kiedyś o naszej pracy powiedział coś takiego: wszyscy idziemy i wszyscy wracamy. Bez zaufania, takiej więzi, tego się nie da robić – zaznacza Adam.

Sześć lat temu, właśnie za sprawą Olejnika, w szeregi nowosolskiego WOPR wstąpił Michał Pietrzak. – Zaczęło się od tego, że razem z Adamem pływaliśmy na tratwach w spływach Odra Adventure. Przyciągała nas woda, nas czyli mnie i mojego przyjaciela Maćka Kurka. W pierwszej kolejności chcieliśmy zrobić uprawnienia sternika motorowodnego. Adam nas wciągnął na szkolenie, które organizował WOPR. Zrobiliśmy ten kurs. Szybko okazało się, że między chłopakami panuje fajna atmosfera. Poszliśmy za ciosem i niemal od razu zrobiliśmy kurs pierwszej pomocy, a za chwilę także ratownika wodnego. I tak się wciągnąłem – opowiada Pietrzak.

– Od kiedy pan jest w strukturach? – zapytałem Daniela Jachacego, kolejnego ratownika z nowosolskiej jednostki podczas niedzielnej służby.
– Kurdę, Michu, ile to już lat, bo sam nie pamiętam? – zwrócił się Jachacy do Pietrzaka. – Cztery, może pięć – usłyszał od kolegi Jachacy. Jego przygoda z WOPR zaczęła się od zabawy, która potem stała się pasją. – Znałem chłopaków, chciałem z nimi popływać, zobaczyć jak to wygląda. Spodobało mi się, zresztą od dzieciaka lubiłem spędzać wolny czas nad wodą. Pływać nauczyłem się, jak miałem chyba z pięć lat – uśmiecha się mój kolejny rozmówca.
W zdobywaniu kolejnych uprawnień przeszedł taką samą drogę, jak pozostali.  

– Wiadomo, za to nie mamy żadnego wynagrodzenia, każdy pracuje zawodowo, gdzie indziej. Trzeba mieć czas i chęci. Dziś każdy mówi, że nie ma na nic czasu. Faktycznie, my też się na tym łapiemy, ale organizujemy się tak, żeby jednak działać. Robimy patrole, szkolenia. Gdyby było więcej młodzieży, która chciałaby nas wspierać, a w przyszłości kontynuować naszą pracę, byłoby dużo prościej – wywołuje ważny temat Jachacy.

Wylano dziecko z kąpielą

Michał Pietrzak i Daniel Jachacy (z prawej) podczas niedzielnego patrolu na Odrze

Regularny dopływ świeżej krwi do ratownictwa wodnego to temat rzeka w całej Polsce. Sześć lat temu weszła ustawa o ratownictwie wodnym i bezpieczeństwie osób przebywających nad wodą. To, jak słyszę od moich rozmówców, wywróciło całe ratownictwo wodne do góry nogami. WOPR stracił monopol na ratownictwo. Teraz każdy kto chce, ma odpowiednie fundusze i uzna, że chce na tym zarabiać, może założyć firmę, która będzie świadczyła usługi z zakresu ratownictwa wodnego. – To jedna sprawa, ale zmieniło się jeszcze coś, mianowicie żeby zostać ratownikiem trzeba mieć 18 lat. Ten zapis ustawy miał doprowadzić do tego, że ratownictwo wskoczy na wyższy poziom profesjonalizmu. W praktyce wywołało to taką sytuację, że teraz w całej Polsce nie ma ratowników – mówi M. Pietrzak.

Krótko mówiąc ustawa z sierpnia 2011 roku „wykosiła” młodzież. –  Troszeczkę wylano dziecko z kąpielą – zauważa Olejnik. W przeszłości, kiedy do pracy ratownika wdrażała się młodzież w wieku nawet 12, 13 czy 14 lat, podpatrywała starszych. Młodzi ludzie byli na kąpieliskach, nad morzem, czerpali z doświadczenia starszych. Przechodzili stopnie wtajemniczenia zawodowego, bo  najczęściej byli pomocnikami ratownika na danym akwenie. Przez lata uczyli się powoli, aż w końcu zostawali ratownikami. – A teraz przychodzi chłopak po kursie, który trwa kilkadziesiąt godzin, oczywiście pełnoletni, bo spełnia warunek ministra, i on już jest ratownikiem, ale według mnie tylko z nazwy, bo nie ma odpowiedniego doświadczenia… – diagnozuje problem Olejnik.  

– Wyobraźmy sobie taką sytuację. Ktoś ma 18, 20 lat. Czy pójdziesz na dwa miesiące do pracy nad morzem za 1,5 tys. zł. na rękę? Ludzie wybierają pracę normalną, to znaczy za powiedzmy, 2,5 tys. zł. Nie bardzo kalkuluje im się siedzenie na plaży za groszowe sprawy – unaocznia kolejny problem Pietrzak.

Tu warto odnotować, że dziewczyny sprzedające nad morzem gofry czy lody, dostają więcej na godzinę, niż ratownik, który przecież odpowiedzialność za ratowanie życia ma nieporównywalnie większą. 

– Wolałbym być ratowany przez 16-latka, który od 12 roku życia jeździ nad morze, obserwuje i ratuje, nabiera doświadczenia, niż przez osobę pełnoletnią, która akurat wpadła na pomysł, że zostanie ratownikiem, przeszła niedługi kurs, ale nie ma praktycznie żądnego doświadczenia. Systemowe zmiany miały poprawić sytuację, ale według mnie jest gorzej, niż przed tymi zmianami – ocenia Pietrzak.

To też problem, z którym zmierzyć się będą musiały władze Nowej Soli po tym, jak zostanie wybudowany basen.  Doszło już nawet do spotkania między woprowcami a prezydentami, podczas którego poruszano kwestie ratownictwa wodnego po wybudowaniu basenu. 

– To nie jest do końca tak, że nowosolscy woprowcy pójdą tam do pracy. Nie mamy już po dwadzieścia lat, a na głowie inne zajęcia zawodowe. Tu potrzeba młodej kadry i są takie osoby, które są wodą związane od dawna, mają porobione kursy i w jakimś sensie próbujemy kompletować taką grupę, z której po naszych podpowiedziach będzie można wyselekcjonować najlepszych ludzi do pacy – zauważa Olejnik.

Uwaga, Odra!

Woprowcy często wspólnie ze strażakami biorą udział w akcjach poszukiwawczych

Sezon pracy woprowców trwa od kwietnia do października. Z racji rozpoczynających się wakacji właśnie wchodzą w największą intensywność swoich całorocznych działań, chociaż dyżury w pogotowiu trwają cały rok. – Żeby nie wyjść z wprawy zajmujemy się także imprezami na lądzie, czyli np. obsługujemy Półmaraton Solan, Święto Solan, czy mecze siatkówki – wylicza D. Jachacy.  
Michał: – Robimy, co możemy. Czasami, jak nam brakuje ludzi, to przyjeżdżają nasze zaprzyjaźnione jednostki z województwa, np. ze Słubic, tak jak to było chociażby podczas Święta Solan. I odwrotnie, jak jest potrzeba pomóc gdzieś dalej, to my także tam jedziemy. W Słubicach będzie teraz Święto Hansy, a więc my pojedziemy do Słubic.

WOPR w miastach nadodrzańskich zajmuje się głownie patrolowaniem Odry. Jeśli chodzi o struktury nowosolskie, jest to odcinek w granicach powiatu nowosolskiego. Woprowcy zwracają uwagę, że na ich służbę najbardziej rzutuje fakt, że w Odrze nie wolno się kąpać. – Praktycznie większość akcji, jakie robimy, to pomoc w holowaniu jednostek pływających, które uległy awarii albo, dotykających już dużo bardziej przykrych tematów, czyli szukanie ciał – zaznacza Pietrzak.

Moi rozmówcy na każdym kroku powtarzają, że woda to żywioł, a Odra jest bardzo zdradliwa.
Na dowód tego opowiadają o bardzo smutnej sytuacji, do jakiej w ubiegłym roku doszło w kanale portowym w Bytomiu Odrzańskim. Była końcówka maja, trwał Puchar Polski Zachodniej w Ratownictwie Wodnym, w którym startowało dwanaście super wyszkolonych ekip i nagle człowiek wpadał do wody.
 – 100 metrów od niego były dziesiątki wyszkolonych ratowników, z najnowocześniejszym sprzętem i tego człowieka nie udało się odnaleźć. Przeczesywaliśmy Odrę i nic. To pokazuje, że z żywiołem, w każdym momencie można przegrać. Wyłowiliśmy tego człowieka po trzech dniach, bo przy takiej pogodzie to kwestia kilku dni – opowiada ratownik WOPR z 6-letnim stażem. 

– Czy takie zdarzenie taktujecie jako porażkę, czy w takich kategoriach się na to nie patrzy? – dopytuję.  
– Porażką byłaby sytuacja, gdybyśmy teraz, jak tu siedzimy, widzieli człowieka, który wpada do wody i tonie. Wyciągnęlibyśmy go, a okazałoby się, że on nam by tu zszedł na pomoście, bo zabrakło sekund. Na szczęście takiej sytuacji nie było – odpowiada Pietrzak.  

Najpierw wóda,
a potem woda…

PIĘĆ ZASAD,
O KTÓRYCH MUSISZ PAMIĘTAĆ
PODCZAS WYPOCZYNKU NAD WODĄ:

Nigdy nie wchodź do wody pod wpływem alkoholu
Kąp się tylko w miejscach do tego wyznaczonych
Nie przeceniaj swoich umiejętności
Unikaj brawury
Ratowanie innych jest bardzo ryzykowne

Michał Pietrzak: – 70 procent utonięć to alkohol, czyli brawura, złe ocenienie sił, dystansu. Pozostałe to wypadki na przykład wędkarzy na łódkach. Skurcze podczas kąpieli rzadziej doprowadzają do utonięć. Większość to następstwa alkoholu. Każdy ratownik jak mantrę powtarza: zero picia nad wodą. Później przeceniamy swoje możliwości, włącza nam się duża odwaga, przeceniamy odległość i siły. Nie widzimy, że za bardzo oddaliliśmy się od brzegu. Brawura. Gorsza koordynacja, jeden przypadkowy łyk wody i się zaczyna.
Równie niebezpieczne jest skakanie do wody. Tylko na basenie możemy skakać i to po uprzedniej zgodzie ratownika. Wtedy wiemy, że jest odpowiednia głębokość, że nikt tam nie wpłynie. Ratownik oceni, czy sobie poradzimy. Nigdzie indziej, ani z pomostu na jeziorze, ani w rzece. Uderzysz głową, tracisz przytomność, toniesz.
Kolejna istotna przyczyna utonięć to kąpiel w miejscach do tego nieprzeznaczonych. W Odrze jest całkowity zakaz kąpieli. Pamiętajmy o tym.

Ratownicy po raz kolejny przypominają, że niestety z odpoczynkiem nad wodą wśród Polaków często jest tak, że najpierw jest wóda, a potem woda. – Statystyka pokazuje, że większość utonięć właśnie z tego wynika. Nikt nie broni wypić piwa podczas plażowania, ale jeśli ktoś się na to decyduje, to nich po jego wypiciu nie wchodzi do wody – podkreślają woprowcy.

Praca ratowników WOPR w Nowej Soli, gdzie na dziś nie mamy zbyt wielu akwenów do kąpieli, to w dużej mierze patrolowanie rzeki. Praktycznie co tydzień dochodzi do przypadków, o których słysząc można się złapać za głowę. – Bardzo często dzieci bawią się tuż na wodą, a rodzice leżą sobie w cieniu kilkadziesiąt metrów dalej popijać piwo. To jest standardem. Jak coś powiesz, to wyzywają. Epitety lecą bardzo często. Mówią też: nie wtrącaj się, to moje dziecko. Tak, tylko jak to dziecko wpadnie do wody, to wtedy może być za późno. Potem jest krzyk, pytania jak do tego mogło dojść? A przecież wystarczy zapobiegać, myśleć z wyprzedzeniem, co może się stać, dmuchać na zimne – mówi A. Olejnik.
Woprowcy chwalą sobie wspólne patrole z policją. – I tu naprawdę wielki ukłon w ich stronę, choćby z tego względu, że ludzie do końca nie widzą, czy to płyniemy my, czy policja i to w jakiś sposób ograniczyło głupie pyskówki w stosunku do nas. Policja ma instrumenty prawne, których może użyć – dodaje Olejnik.

 – Jaki powinien być według was dobry ratownik? – pytam moich rozmówców.  
 – Nie wyobrażam sobie ratownika, który nie lubiłby ludzi. Jak już mówiliśmy, to jest pasja. Jeżeli coś kochasz, to chcesz to wykonywać dobrze. Robisz to tak, że jak wracając do domu stajesz przed lustrem możesz powiedzieć: kurde, zrobiłem dziś coś fajnego. To cię musi kręcić. Jeżeli robisz to z musu, lepiej zdejmij koszulkę. Niedaleko jest fajna tawerna. Usiądź, napij się piwa i popatrz, jak to inni robią – komentuje Olejnik.

– Czego wam życzyć? – zapytałem na koniec.
 – To truizm, ale oby było jak najmniej wypadków, żeby ta służba mogła przebiegać spokojnie – odpowiada D. Jachacy.
Mariusz Pojnar

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media