Wolontariusze dają bezdomnym zwierzętom namiastkę domu

W niedzielę przed południem docieram do przytuliska dla zwierząt. Jest w jednej z podnowosolskich wsi. O tym miejscu nigdy nie mówi się oficjalnie. Wolontariusze i opiekun chcą uniknąć podrzucania zwierząt, bo takie sytuacje już były. Sama też nie wiem, w którym budynku są zwierzęta. Przed jedną z posesji stoi kilka zaparkowanych samochodów. To może być tu. Po otwarciu szyby nie mam wątpliwości. Za płotem szczekają psy, po chwili zza bramy wychodzą zadowoleni wolontariusze i jeszcze bardziej zadowolone czworonogi. Właśnie idą na spacer. Wchodzę do środka

Na miejscu jest kilka uśmiechniętych osób. Każdy chce mi pokazać swojego pupila. Najpierw idę z Elą Nowakowską z Nowosolskich Adopcji Zwierząt do budynku, w którym wydzielone jest pomieszczenie dla kotów. Wewnątrz jest kilka przestronnych klatek urządzonych według najlepszych kocich standardów. Kuweta, miseczki, legowiska, skrzynki umocowane na wysokości, drapaki, zabawki. Drewniane, ocieplane skrzynki kupiła pani, która kiedyś sama adoptowała niepełnosprawną kotkę w NAZ.

W każdej z klatek jest jeden dorosły kot. Wszystkie wyglądają jak z reklamy popularnej kociej karmy. Mają błyszczące futra, widać, że są dobrze odżywione. Jednak nie zawsze tak było.

Każda klatka, to koci dramat

Pierwsza kotka, którą poznaję, wabi się Asia. Została znaleziona w kartonie w lesie z czwórką potomstwa. – Dzieci już odchowała, jak je karmiła, przyjęła dodatkowo trzy obce kociaki. Ją wywalono, a ona potrafiła przygarnąć innych. Jak tu się plasuje moralnie człowiek? Teraz chciałaby mieć dom, kogoś, kto by ją pokochał – opowiada E. Nowakowska.

W kolejnej klatce jest ruda kotka, którą znaleziono pod Żabką przy Kościuszki w Nowej Soli. Żebrała o jedzenie. Była ogłaszana w internecie i gazecie, ale właściciel się nie zgłosił. Teraz, podobnie jak jej koleżanki, czeka na adopcję.

Kolejna klatka i kolejna przykra historia. Została wyeksmitowana przez dyrektorkę jednej z nowosolskich szkół po tym, jak okociła się w piwnicy. – Pani dyrektor to przeszkadzało. Rozumiem, gdyby okociła się w jej gabinecie, ale czy w piwnicy nie mogła zostawić jej kąta? Najpierw zabrali jej kocięta. Kotka biegała, szukała i płakała. Dopiero po jakimś czasie pojechali ją złapać, żeby dołączyła do dzieci – wspomina pani Ela.

Koci dom dziecka

Kolejny, nieco większy kojec wygląda jak koci dom dziecka. W dużej klatce są cztery młode kociaki. Wbrew pozorom to farciarze, bo wśród małych kotów zawsze jest dużo zgonów. Mali „wykolejeńcy” pozostawieni bez matek, które dają im jakąś odporność, łapią choroby i wirusy, które je zabijają w szybkim i bezlitosnym tempie.

– U kotów jesteśmy co tydzień. Trzeba je sfotografować, wygłaskać, nakarmić. One już w tej chwili czekają, bo kojarzą nas z tym, że za moment będzie pełna miska. Trzeba je obejrzeć, sprawdzić, czy są zdrowe. Przede wszystkim jednak socjalizować, bo jeśli mają iść do adopcji, to nie mogą się bać człowieka. Muszą pozwalać się dotykać. Tutaj dostają namiastkę domu. Ale to jedynie namiastka – mówi E. Nowakowska.

W tej chwili na adopcję czekają wspomniane trzy dorosłe kotki i cztery maluchy. Ale to tylko w jednym przytulisku. Koty czekające na własny kąt są też w domach tymczasowych.

– U mnie w tej chwili jest niestety trochę mniej, niż było kilka dni temu. Sytuacja wyglądała tak, że niespełna trzytygodniowe kocięta zostały pewnego dnia przyniesione do przychodni. Jakaś pani w szale pomagania zauważyła, że kociaki są bez mamy i zabrała je. Nie pomyślała, że matka mogła pójść na polowanie. Kobieta w tym czasie zgarnęła dzieci. Maluchy z przychodni wylądowały u mnie. Smoczek, strzykawka itd. Kajtkowi udało się przeżyć, ale Kaja umarła z piątku na sobotę w nocy. W ostatnim czasie dwa inne umarły przez wirusy. Dlatego w tej chwili nie mogę przyjmować kotów, bo mam w domu kwarantannę – opowiada o niuansach domu tymczasowego pani Ela, kocia mama.

Spacer z Kisem

Jako miłośniczka psów przechodzę do miejsca, które interesuje mnie jeszcze bardziej – stodoły, gdzie są kojce dla psów. W tej chwili wszystkie wyszły na spacer z opiekunami. W klatce został tylko jeden. Ma siwy pyszczek, jest dobrze zbudowany. Przednimi łapami skacze na kraty.

– Chce iść na spacer – tłumaczy Magda Samborska, kolejna wolontariuszka z NAZ. W drodze do kojców pani Magda opowiada mi o siennikach, które akurat trzyma w rękach. Przekazuje je Areszt Śledczy w Nowej Soli na potrzeby zwierząt.

– Oni mają przepis, że te sienniki mają być co jakiś czas wymieniane. Te zużyte akurat nam służą. To jest bardzo dobry pomysł, bo mogłyby być wyrzucone czy zutylizowane, a decyzją komendanta Dariusza Rączkowskiego trafiają do przytuliska. To bardzo dobra inicjatywa. Sienniki są potrzebne zwłaszcza zimą, bo dają ciepło – podkreśla M. Samborska, która opowiadając jednocześnie napełnia miski psiaków karmą. Tu, podobnie jak u kotów, każdy ma wyznaczone miejsce w kojcu. Na klatkach znajdują się kartki z imionami psów. Każdy z nich ma kolorową budę, jakieś legowisko, miski.

Psem, który jako jedyny pozostał w kojcu, jest Kis. Zabieram go na spacer. Chcę przekonać się choć przez chwilę i chociaż po części, jak to jest być wolontariuszem. Kis jest bardzo silnym psem. Ciągnie podczas spaceru. Ścieżka, po której idziemy, po części wyłożona jest kamieniem polnym. Reszta to glina. W nocy padało i jest bardzo ślisko. Boję się, że Kis może pociągnąć mnie na tyle mocno, że upadnę, ale jakoś radzimy sobie. Po kilkunastu minutach nieco się uspokaja. Co chwilę zerka na mnie błyszczącymi oczami, merda ogonem. Wygląda na zadowolonego.

Gdyby miał zapewniony taki spacer codziennie, najlepiej bez smyczy, spożytkowałby całą nagromadzoną przez długie dni w klatce energię. Kis, opowiada pani Magda, bardzo lubi ludzi, nie toleruje jednak innych samców. – Mamy tu taką regułę, że psy są fajne dla ludzi, ale niekoniecznie dla siebie – tłumaczy. – Kis to nasza mordeczka. Został znaleziony przy ul. Wrocławskiej pod zakładem figur Kis, stąd jego imię – tłumaczy M. Samborska.

Wolontariusze podkreślają, że Kis sam zgłosił się do nich po pomoc. Kiedy zajechali do drugiego przytuliska w okolicach Nowej Soli, czekał na nich pod bramą. – Wszystkie żebra miał na wierzchu. Dzisiaj wygląda jak byk. Ustaliliśmy miejsce, z którego mógł pochodzić. Poszła tam straż miejska z weterynarzem. Stwierdzono straszne warunki, karmiono Kisa tylko suchymi skórkami chleba. Jak dostał od nas pierwszą puszkę karmy, to nie wiedział, że to się je. Nie znał tego zapachu, smaku mięsa. Został odebrany ze względu na złe warunki. Właściciel miał sprawę sądową za znęcanie – opowiada E. Nowakowska.

Po powrocie ze spaceru z Kisem dowiaduję się, że wolontariusze przyjeżdżają tu raz w tygodniu.
Kilkoro z nich ma podpisaną umowę wolontariacką z urzędem miasta. Ale są jeszcze sympatycy, to grupa, która jest zmienna. Uczniowie i każdy, kto znajdzie chwilę wolnego. W sumie to ok. 10 osób.

Zamiast siedzieć przed telewizorem…

Przez przytulisko przewinęło się wiele osób. Niektórzy byli raz, dwa, trzy razy i odpuścili.
– Wiadomo, że każdy pracuje. Ma tyle czasu, ile ma. Nikt nie wymaga, żeby tu być systematycznie. Każda para rąk się przyda. Dużo było osób, które pojawiły się raz, bo to jest pewien wysiłek. Przed nami najtrudniejsza pora – zima. Za chwilę będzie tu minus pięć, minus dziesięć. To jest wtedy sztuka – zebrać się i przyjechać – komentuje E. Nowakowska.

Część z sympatyków mimo wyraźnego trudu została ze zwierzakami z przytuliska na dłużej. Złapali bakcyla. Jedną z takich osób jest Romek.

– Przyjeżdżam tutaj, żeby pomóc zwierzakom. Namówiła mnie moja koleżanka i dawna sąsiadka Renata. Wszystko zaczęło się w listopadzie zeszłego roku. Renię znam od dawna. Kiedyś zgłosiliśmy jej, że u nas na działkach szwenda się pies. On niestety zszedł z tego świata. Drakula miał niedowład tylnych łap. Załatwiliśmy mu nawet wózek, ale w trakcie badań wyszło, że ma coś z sercem. Męczył się i trzeba go było uśpić. Przyjechałem z wolontariuszami pierwszy, drugi raz i tak już zostałem – wspomina Romek.

W przytulisku stara się być co tydzień. – Mam satysfakcję, że pomagam. Przecież równie dobrze można siedzieć w tym czasie przed telewizorem albo w zamian robić coś pożytecznego. Każdy ma wybór.
Pani Agnieszka z kolei do przytuliska przyjeżdża jeszcze krócej, bo od sierpnia tego roku, ale za to regularnie. – Trafiłam tu przez koleżankę Jolę. Chciałyśmy pomagać – mówi.

– Ma pani swojego ulubieńca?
– W sumie cały czas wychodzę z Pikusiem, ale wszystkie są kochane. W domu mam oczywiście psa i kota. Mam zamiar systematycznie tu przyjeżdżać, oczywiście w miarę czasu. W tygodniu pracuję, weekendy poświęcam na przytuliska i schroniska. Daje mi to ogromną satysfakcję i wychodzę z założenia, że dobro zawsze do nas wraca – mówi A. Czerny z Nowej Soli.
Mały, czarny Pikuś, z kręconą sierścią, którego upodobała sobie pani Agnieszka, jest psem z pożaru przy ul. Szerokiej z zeszłego roku. Pochodzi z domu osób, które były podejrzane o zaprószenie ognia. Jak ustalili wolontariusze z NAZ, jego była właścicielka mieszka teraz w blaszakach przy Armii Krajowej. Właściciel gdzieś zniknął. Pikuś początkowo trafił do przytuliska na dwa tygodnie, ale te dwa tygodnie trwają do dziś.
– Po tym, jak trafił do nas, ludzie zaczęli pisać, że był źle traktowany, że zdarzało się bicie, nie miał właściwej opieki. Pytanie, dlaczego ci sami ludzie milczeli, kiedy działa mu się krzywda? Pikuś ma chore serduszko, co się okazało, kiedy nam zemdlał. Zorganizowaliśmy bazarek, z którego mieliśmy sfinansować specjalistyczne badania, bo miasto nie ma możliwości finansowania poza obrębem Nowej Soli. Wieźliśmy go do przychodni w Zielonej Górze, gdzie stwierdzono raka. Pikuś jest na lekach, które częściowo wykupuje mu miasto, częściowo my sami. Na razie funkcjonuje. Prosiliśmy dla niego o dom, chociażby tymczasowy, żeby mógł odejść w warunkach domowych, a nie jako bezdomny pies w budzie, ale nikt się nie zgłosił – rozkleja się E. Nowakowska. Mnie też robi się żal Pikusia.

Do rozmowy przyłącza się najmłodsza wolontariuszka w grupie. Weronika Dauksza ma 10 lat. Od 1,5 roku przyjeżdża do przytulisk ze swoją mamą Jolą. – Wychodzę z pieskami na spacery, daję im jedzenie. Czasem sprzątam kojce. Ogólnie bawię się z nimi. One mnie lubią i ja je też. Bardzo lubię Borysa i Pikusia, a z drugiego przytuliska Tolę i Lolę. One są takie malutkie i zawsze jak mnie widzą, to skaczą z radości – mówi Weronika i przez kratę głaszcze zadowolonego Pikusia. Okazuje się, że Weronika przyjeżdża do przytuliska co tydzień ze swoją mamą Jolą, ale to dziewczynka jest inicjatorką całego ich bycia dla zwierząt.

– Ona chciała pomagać, a ja spełniłam jej prośbę. Tłumaczyłam Weronice, że jak się przyjdzie raz, to nie można sobie odpuścić, bo np. jest lato i można pojechać nad jezioro. To jest odpowiedzialność, bo te psy się przyzwyczajają do nas, do wolontariuszy. Jesteśmy w przytulisku praktycznie co tydzień, nieraz dwa razy w tygodniu. Adoptowałyśmy stąd dorosłego Gryfa w typie owczarka – dodaje pani Jola.

Wiele z nich wciąż czeka na dom

Po oporządzeniu i wygłaskaniu zwierzaków brama posesji zostaje zamknięta. Kis, dla którego spacer ze mną okazał się chyba zbyt krótki i mało wyczerpujący, zostaje puszczony luzem. Najmłodsi z wolontariuszy bawią się z nim. W ruch idą zabawki. Kis w końcu pożytkuje energię. My całą grupą przechodzimy do domu, gdzie czeka na nas kawa i ciastka zapewnione przez opiekuna schroniska. Przy wspólnym stole wolontariusze wymieniają informacje o wszystkich zwierzętach. Omawiają bieżące sprawy, np. akcję charytatywną 5-10-15 (więcej na str. 21 – red.). Opowiadają mi o problemach, o bezlitosnych ludziach, którzy krzywdzą zwierzęta, o wspaniałych osobach z drugiego końca Polski, które adoptowały niepełnosprawne czworonogi i zapewniły im kochający dom.

– Na duże i dorosłe psy nie ma aż tylu chętnych. Najlepiej żeby mały był podobny do jakiejś rasy – wtedy telefony się urywają. Takich Kisów czy Gryfów nikt nie chce. A te skrzywdzone psy wszystko pamiętają, całą krzywdę. Ale poznają też nas, jak już po adopcji spotkamy je na ulicy – opowiada pani Ela.

Pytam, dlaczego niektóre z nich nie mogą znaleźć domu. – Najdłuższy stażem jest Reksio w typie gończego psa słowackiego. On był oceniony przez panią, która robi to na wystawach. Na Reksia nie ma chętnych, a jest bardzo fajnym psem. Powoli zaczyna nam tu smutnieć. Takie siedzenie w klatce na okrągło to nie jest życie dla niego. Dla nas to niepojęte, bo myśleliśmy, że ktoś się chociaż skusi na jego rasowy wygląd – mówią wolontariusze.

Pomimo tragedii, jakich doświadczyły zwierzęta z przytuliska, można powiedzieć, że są szczęściarzami. Dzięki temu, że pod opiekę wzięły je NAZ, znacznie szybciej udaje się im znaleźć kochający dom. To wymaga jednak ogromnej pracy i zaangażowania wielu ludzi.

Romek Chorążyk, który jest opiekunem przytuliska, poświęca zwierzakom ogrom czasu.
– Codziennie trzeba sprzątać, dwa razy dziennie dać im jeść, doglądać, co jakiś czas któregoś wypuścić na ogród – wylicza Romek, który zwierzęta przygarnął pod swój dach w 2012 roku. Prowadzi przytulisko razem ze swoim synem Mateuszem.

– Było bardzo dużo bezdomnych psów i kotów. Była taka potrzeba, żeby zapewnić im dom. Szukano w urzędzie osoby, która mogłaby się zaopiekować zwierzętami. Należało mieć miejsce dla psa po wypadku, a w drugim przytulisku, które powstało dwa lata wcześniej, nie było miejsc. W ogóle żeby wyłapać psa, należy najpierw mieć miejsce – mówi R. Chorążyk.

Pomimo że miasto ma podpisaną umowę ze schroniskiem w Głogowie, to wolontariusze starają się z niej nie korzystać. Do przytuliska mają bliżej, są w stanie być ze zwierzakami częściej, by zrobić im zdjęcia, dzięki którym mogą znaleźć dom, mają kontakt z weterynarzami, opiekunami punktów. Jest im łatwiej wymieniać się informacjami. – Jak jest planowana adopcja, my wiemy, jaki charakter ma dane zwierzę, potrafimy odpowiedzieć na pytania potencjalnych właścicieli, którzy chcą wiedzieć, jaki to jest pies, jakie ma potrzeby – podkreślą pasjonaci z Nowosolskich Adopcji.

Każdy, kto chciałby przygarnąć psa lub kota albo w jakiejkolwiek innej formie wspomóc działalność wolontariuszy, proszony jest o kontakt z Nowosolskimi Adopcjami Zwierząt. Edyta: 503 777 829, Ela: 501 220 713, Magda: 887 920 267, Danusia: 696 398 921.

Anna Karasiewicz

Anna Karasiewicz

Tel. 513 008 555 at a.karasiewicz@tygodnikkrag.pl
Publicystyka
Anna Karasiewicz

Latest posts by Anna Karasiewicz (see all)

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Anna Karasiewicz

Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *