Zastał Nową Sól betonową, a zostawił kolorową

Andrzej Żuberek po 23 latach pracy jako naczelnik wydziału nieruchomości odszedł na zasłużoną emeryturę. – Pojawił się rolnik w starszym wieku, który chciał sprzedać grunty. Pamiętam do dziś jak przekonywałem radę miejską, że trzeba to kupić. Niektórzy podejrzewali, że mam w tym prywatny biznes – wspomina mówiąc o strefie ekonomicznej A. Żuberek

Andrzej Żuberek w mury urzędu miejskiego w Nowej Soli wstąpił 2 listopada 1994. Lata 90. były bardzo trudnym okresem dla naszego miasta. Upadek gospodarczy, trudna sytuacja na rynku mieszkaniowym. Brak perspektyw wśród mieszkańców na lepsze jutro. 42-letni wówczas A. Żuberk, jak wiele osób, nie miał konkretnego planu na zmianę sytuacji.

Czy pamięta pan swój pierwszy gabinet?

Gabinet, to zbyt wiele powiedziane. Pracowałem w wydzielonym płytami pilśniowymi pomieszczeniu w miejscu, gdzie obecnie jest mała sala konferencyjna w głównym budynku urzędu miasta. Tam, gdzie jest duża sala konferencyjna, znajdowały się pokoje, w których pracowała reszta mojego personelu. Wszystko podzielone było płytami. Wyglądało to kiepsko. Sam obiekt nie wyglądał dobrze. Był zdekapitalizowany. Ludzie, w opisanej wyżej sytuacji, bali się podejmować decyzje o remoncie biurowców. Najpierw należało załatwiać „ludzkie sprawy”.

Wykształcenie ma pan w zupełnie innym kierunku. Kończył pan Akademię Ekonomiczną. Jak to się więc stało, że trafił pan do urzędu na kierownika wydziału nieruchomości?

Kończyłem wydział handlowo- -towaroznawczy. Bliżej było mi do handlu, chemii. Jednak nie przepracowałem w życiu ani godziny w zawodzie. Zaczynałem w Dozamecie w dziale transportu. Później pracowałem w Cynkmecie w Bytomiu Odrzańskim, następnie w Zakładach Jajczarskich, przez 8 lat byłem kierownikiem zaopatrzenia. To była potwornie ciężka praca. W sytuacji, kiedy nie było nic, musiałem zdobyć coś. To była szkoła życia. Kolejnym etapem było przedsiębiorstwo hurtu spożywczego, w którym zacząłem pracować w 1985r. To było przedsiębiorstwo, które się odradzało. (Handel był wówczas zdominowany przez dwie wielkie centrale – Społem i WPHW), gdzie zostałem kierownikiem działu handlowego i przez chwilę dyrektorem hurtowni. Zdałem sobie sprawę, że niewiele tam mogę zdziałać. W 1988 r. trafiłem do firmy polonijnej, gdzie nie znalazłem swojego miejsca i po roku odszedłem. Sześć lat pracowałem w firmie prywatnej, gdzie byłem pełnomocnikiem zarządu do spraw handlowo-zaopatrzeniowo-organizacyjnych. To była również szkoła życia, po której już w nowych realiach gospodarczych trafiłem do urzędu.

To zupełnie inne dziedziny niż nieruchomości…

Każdy urzędnik taką drogę powinien przejść, aby lepiej rozumieć problemy, z którymi pojawiają się w urzędzie interesanci.

Stanowisko urzędowe objął pan w wieku 42 lat. Jak to się stało?

Dowiedziałem się, że poszukują kierownika wydziału. Stawiłem się na rozmowę i dostałem angaż. Nie wiem ilu było kandydatów. Wrzucono mnie od razu na głęboką wodę. Sytuacja, jeśli chodzi o gospodarkę mieszkaniową, była taka, że pierwsze mieszkania zaczęto sprzedawać w latach 70. Po transformacji zapotrzebowanie wśród społeczeństwa na posiadanie majątku własnego było ogromne. Zasób mienia komunalnego miał ok. 5 tysięcy mieszkań. Mieszkania wolą rady miasta sprzedawano na rzecz najemców. To była słuszna decyzja, bo budownictwo mieszkaniowe było zaniedbane. Czynsze były praktycznie żadne. Pojawiły się przepisy, zgodnie z którymi czynsz mógł sięgać trzech procent wartości odtworzeniowej. U nas czynsze sięgały pół procenta. Nie było pieniędzy na remonty. Ludzie zaczęli tracić pracę, przestali w ogóle płacić. O mieszkania, które przeszły w ręce byłych najemców, zaczęto dbać. Do dzisiaj zostało sprzedane ok 3,6 tys. mieszkań. Obecnie sprzedaje się ok. 40 rocznie.

Zaczynał pan pracę w 1994r. To był bardzo trudny czas dla Nowej Soli…

Trudne czasy właściwie dopiero się zaczynały. Na początku lat 90. część zakładów jeszcze funkcjonowała. Był Dozamet, Odra, Lubuskie, Junior. Pracowali w trudnych warunkach. Związki zawodowe broniły się przed restrukturyzacją, która była nieodzowna i walczyły o stan posiadania. Ekonomia jest bezwzględna i musiało dojść do tego, do czego doszło.
Obrazem lat 90. było to, że gdy na mienie gminy trafił zakład spółdzielni ogrodniczo-pszczelarskiej przy ul. Arciszewskiego tzw. kwaszarnia, ludzie rozebrali ten zakład. Miasto sprzedało ruiny za grosze w momencie, gdy komin groził zawaleniem. Zostały jeszcze dwie ściany, które mogły runąć w każdej chwili.
Innym obiektem, który spotkał podobny los, była stacja uzdatniania wody, którą miasto przejęło po „Odrze”. Została przygotowana do rozruchu, ale nie ruszyła. Ludzie ją tak rozgrabili, że zostały betonowe mury, z których wypruto pręty zbrojeniowe. To obraz tego, jak było źle z powodu braku pracy.

Miał pan jakiś plan naprawczy po objęciu stanowiska? Jakie cele pan sobie wyznaczył?

Nie mając analizy sytuacji trudno było robić generalne postanowienia. Oczywiście należało przygotować zasady i warunki gospodarowania mieniem komunalnym. Wówczas rada miejska uchwaliła bonifikaty przy sprzedaży mieszkań, nawet do 95 procent. Taki ruch spowodował duże zainteresowanie wykupem. Ten proces miał wady i zalety. Właściciele dbają o mieszkania. W większej części one odzyskały swoje walory użytkowe. Ale powstały też wspólnoty, które w naszych warunkach nie są szczęśliwym rozwiązaniem, ponieważ wielu właścicieli nie rozumie konieczności dbania o części wspólne nieruchomości.

Jaka była najtrudniejsza sprawą, jakiej się pan podjął?

Było multum trudnych spraw. Samo pozyskanie gruntów pod strefę przemysłową. To było potworne zajęcie. Miasto, które zaliczyło potężny upadek, gdzie obroniły się dwa zakłady – Karton Pak i Ovopol, w którym powstały spółki pracownicze. Była totalna klęska na rynku pracy. W północnej części miasta pierwotnie planowane było osiedle mieszkaniowe. To były grunty częściowo prywatne, a w dużej części kółek rolniczych z Otynia, a po ich likwidacji przejęte przez Agencję Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa, która nie chciało oddać miastu grutnów leżących odłogiem. Należało podjąć negocjacje w sprawie kupna. Wcześniej zmieniono plan zagospodarowania przestrzennego. Pojawił się rolnik w starszym wieku, który chciał sprzedać grunty. Pamiętam do dziś jak przekonywałem radę miejską, że trzeba to kupić. Niektórzy podejrzewali, że mam w tym prywatny biznes. Kupiliśmy te grunty jako gmina po 10 groszy za metr kwadratowy. To był początek strefy przemysłowej. Później były negocjacje z agencją, zakończone sukcesem. Kolejna batalia dotyczyła objęcia gruntów strefą ekonomiczną.

Jak zaczynał pan pracę Nowa Sól wyglądała szaro-buro. Dziś, po 23 latach pana pracy, jest wizytówką na mapie województwa. Można powiedzieć, że zastał pan miasto drewniane, a zostawia murowane…

Zastałem Nową Sól betonową, a zostawiam kolorową (śmiech). Złożyła się na to determinacja i okoliczności. Jeden korzystny warunek nie załatwia niczego. Jestem dumny z tego, że tyle się udało zrobić, choć jeszcze sporo jest do zrobienia. Możemy sobie nie wyobrażać, czego oczekują inni. Trzeba być otwartym na społeczeństwo i słuchać. Starałem się, choć nie byłem decydentem, taką osobą być. Zawsze miałem z tyłu głowy informacje od ludzi, o tym co jest potrzebne. Kontaktów ze społeczeństwem miałem mnóstwo. Jak jechałem na urlop, to wolałem miejsca ustronne (śmiech).

Z czym ludzie do pana przychodzili?

Najwięcej kontaktów było w sprawach lokalowych. Niestety tak społeczeństwo zostało wychowane i do dzisiaj jeszcze funkcjonuje przekonanie, że coś się należy. Nie ma przełożenia, że należy się pracować, a potem za zarabiane pieniądze polepszać swój standard życia. Pamiętamy, jak całe pokolenia wychowywały się w lokalach jedno- czy dwupokojowych. Ci, co chcieli, osiągnęli coś w życiu, ale jak ktoś był leniwy, to został z niczym.

Która sprawa ciągnęła się najdłużej?

Rozmowy z PKP w sprawie przejmowania mienia trwają już około 10 lat. Na razie pozyskaliśmy grunty wzdłuż torowiska. Została jeszcze działka z budynkiem dworca. Mieliśmy przyobiecane, że do mojego odejścia na emeryturę to załatwimy, ale nie ma jednak jeszcze zgody z Warszawy. A szkoda.

Spełnił się pan zawodowo?

W zasadzie powinienem pracować jako urbanista. W tej pracy miałem okazję uczestniczyć w tym, co się działo jeśli chodzi o budownictwo, infrastrukturę, organizację miasta. Nie byłem liderem, ale miałem zaszczyt być w zespole i w tej mierze spełniłem się zawodowo.

Jakie ma pan plany na emeryturę?

Palny to być zdrowym. Trzeba planować, żeby mieć zdrowie, żeby jak najdłużej korzystać z darów, które otrzymujemy z ZUSu (śmiech). Zamierzam iść w ślady mojego ojca, który ma 92 lata i cieszy się dobrym zdrowiem jak na swój wiek. Raz na kwartał zamierzam jechać na jakiś odpoczynek. Chcę pomagać żonie, która prowadzi drobny interes, poświęcać więcej czasu wnuczkom, pojeździć z nimi na wycieczki, zagospodarować im czas w okresie wakacji, pomóc ich rodzicom, którzy są zapracowani. Taka jest kolej rzeczy.

Anna Karasiewicz

Tel. 513 008 555 at a.karasiewicz@tygodnikkrag.pl
Publicystyka
Anna Karasiewicz

Latest posts by Anna Karasiewicz (see all)

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Anna Karasiewicz

Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *