Senioralne karate po nowosolsku

SPORT W  WIEKU ŚREDNIM – Jeśli ktoś rozumie ten sport poprzez jakieś mordobicie, to jest w ogromnym błędzie. Tu chodzi o coś zupełnie odwrotnego, o taki aspekt filozoficzno-duchowy. Wchodząc na dojo (sala ćwiczeń, dop. red.) zaczyna się inny świat. Człowiek się skupia na tym, co jest tutaj. Reszta zostaje za drzwiami – mówi Zdzisław Ochocki, który uczestniczy w zajęciach karate dla zawodników 50+

Zajęcia grupy oldboyów Nowosolskiego Klub Karate Kyokushin odbywają się trzy razy w tygodniu w sali nowosolskiego „Ogólniaka”. Od ubiegłego roku prowadzi je Waldemar Leśniewski, prezes NKKK Nowa Sól, przy którym powstała sekcja. – Chcieliśmy ją otwierać już od ładnych kilku lat, ale zawsze brakowało chętnych. Były dwie, trzy osoby zainteresowane. Ale w którymś momencie powiedzieliśmy sobie, że i tak trzeba to zrobić. Wtedy okazało się, że ludzie się znaleźli, że zaczęli wracać ci zawodnicy, którzy trenowali przed laty – mówi Leśniewski. Jego grupę podczas zajęć odwiedziłem w środę przed tygodniem. – Trenują u nas ludzie w różnym wieku, mamy nawet 60-latka. Są kobiety i mężczyźni. Uczestniczą w treningach, ale także w zmaganiach. Ostatnio w Turnieju Mikołajkowym zawodnicy z tej sekcji startowali po raz pierwszy w konfrontacji z zawodnikami z innych klubów, m.in. z Leszna i z Grodziska Wlkp. – opowiada W. Leśniewski. Podczas rozgrzewki uciąłem sobie rozmowę z kilkoma zawodnikami szukając odpowiedzi na pytanie: dlaczego trenują karate?

Ucieczka

Zdzisław Ochocki przygodę z karate zaczął jeszcze w podstawówce w latach 80. – Ćwiczyłem, dopóki nie poszedłem do wojska. Po wojsku zacząłem szukać pracy. Do treningu wróciłem na początku lat 90., ale potem znowu zrobiłem sobie przerwę. Od września przyszedłem z powrotem. Na szczęście zdobyty przed laty stopień wtajemniczenia jest dalej obowiązujący, czyli szóste kyu (stopień uczniowski – dop. red.) – opowiada Ochocki, który dziś ma prawie pięćdziesiątkę i dla którego trening jest odskocznią od codzienności. – Siedzenie w domu przed telewizorem, w internecie, to rzeczy przytłaczające trochę, a tu można od tego uciec. Od tego ganiania, od pracy, tu można się wyciszyć od tego zewnętrznego świata – mówi nowosolanin. Dodaje, że przez wiele osób karate jest postrzegane w sposób niewłaściwy. – Jeśli ktoś rozumie ten sport poprzez jakieś mordobicie, to jest w ogromnym błędzie. Tu chodzi coś zupełnie odwrotnego, o taki aspekt filozoficzno-duchowy. Wchodząc na dojo zaczyna się inny świat. Człowiek się skupia na tym, co jest tutaj. Reszta zostaje za drzwiami – tłumaczy mój rozmówca, który podczas treningów zawsze daje z siebie wszystko. – Fizycznie człowiek przezwycięża samego siebie, walczy z przeciwnościami, z trudnościami fizycznymi. Czasami jest tak, że rozum mówi, że już nie dam rady, ale serce podpowiada: „Jeszcze dasz radę”. I dzięki takiemu podejściu z każdego treningu wychodzi się umęczonym, ale też z dużą satysfakcją, że się to zrobiło – podsumowuje Ochocki.

Od 1987 roku z karate ma do czynienia także Adam Sokołowski (2 kyu). W przeszłości był także instruktorem. – A teraz uczęszczam do grupy oldboyów – uśmiecha się mój mój kolejny rozmówca. Przyznaje, że siły witalne już nie te same, co kiedyś, ale jednocześnie, że jeszcze potrzebuje wysiłku fizycznego. – Trening jest pewną formą uzależnienia. Jak ktoś raz tego skosztuje, to ciężko zrezygnować. Czy w tym, czy w innym sporcie, jeśli się złapie tego bakcyla, to człowiek nie może się z tym rozstać – przyznaje A. Sokołowski. Zwraca uwagę, że ważnym elementem wspólnych treningów tej najstarszej grupy wiekowej przy NKKK jest wręcz rodzinna atmosfera.

– Naprawdę tu panuje fajny klimat, U nas już nie chodzi o wynik, o jakiś wyczyn, tylko przede wszystkim o podtrzymanie swojej kondycji, o prowadzenie zdrowego trybu życia, choć nie powiem, że czasami duch walki się w człowieku jeszcze odzywa i chciałoby się rywalizować z młodszymi – uśmiecha się Sokołowski.

Wsparcie

Ciekawostką jest to, że w najstarszej grupie w NKKK trenuje małżeństwo – Larysa i Sławomir Kaźmierczakowie oraz ich 8-letni Dominik. – Od jego przygody z klubem się zaczęło, ale my też praktycznie od samego początku, od kiedy syna przywoziliśmy na treningi, chcieliśmy tego sportu spróbować. Ale najpierw trzeba było poukładać życie tak, żeby można było spokojnie dojeżdżać na treningi – mówi S. Kaźmierczak, który z żoną na zajęcia dojeżdża aż ok. 20 kilometrów z Bielaw. W klubie trenują od lutego. – Żona w przeszłości grała w piłkę ręczną, ja dość sporo biegałem. I teraz, w tym, nazwijmy to, średnim wieku, możemy się dalej realizować na niwie sportowo-rekreacyjnej. Aktywne spędzanie czasu jest dużo fajniejszą formą niż leżenie z pilotem przed telewizorem. Tu można wyładować się fizycznie, bo treningi są ciężkie, ale także odstresować po trudnym dniu – wylicza zalety wysiłku fizycznego mój rozmówca.
– Rywalizujecie, czy raczej wspieracie się w treningu? – zapytałem Kaźmierczaków.

– Nie rywalizujemy, a dopingujemy się nawzajem, wspieramy się, tym bardziej że chcemy też wspierać syna. Jak miał chwile załamania, nie chciało mu się jechać na trening, to mobilizowaliśmy go do pracy. Kiedy widzi, że my też trenujemy, to on też znajduje w sobie większą motywację. Ale też bywało odwrotnie. Jak mi się nie chciało, to syn mówił: „Mamo, chodź na trening, nie odpuszczamy” – uśmiecha się L. Kaźmierczak.

Podczas wspomnianego Turnieju Mikołajkowego jej mąż (8 kyu) wystartował w kata i walkach kumite. – W obu konkurencjach poszło nieźle, zdobyłem dwa drugie miejsca. W kumite dał mi ostro popalić pewien zawodnik z Zielonej Góry – uśmiecha się S. Kaźmierczak.

– Ale pocieszam męża, że on był od niego 10 lat młodszy – od razu wtrąca jego druga połówka, z którą spędza czas nie tylko w domu, ale także na dojo.

Nauka

Podobnie jak u Kaźmierczaków trening zaczął się dla Aliny Gerus z Nowej Soli, która najpierw na zajęcia przyprowadziła córkę, a potem sama sprawdziła, czym jest karate. – Kiedy zaczęłam przyprowadzać córkę, ten trening mnie też zaczął interesować. Ale jakoś z początku wstydziłam się zapytać, czy trenują także seniorzy. W końcu mąż mnie przekonał do tego, żeby spróbować, bo inaczej nie przekonam się, jak to wygląda. Poszłam i zapytałam senseja Andrzeja (Czarneckiego, który jest także w zarządzie – dop. red.), czy przyjąłby mnie na treningi. Odpowiedział, że jeśli czuję się na siłach, to mogę spróbować. Jak się wtedy zjawiłem, to tak już zostałam do dziś – opowiada A. Gerus (6 kyu), która trenuje w klubie już czwarty sezon.

– Jednym z głównych powodów, dla których tu przyszłam było to, żeby poczuć się bezpieczniej, m.in. podczas biegania, które także uprawiam. Tak mi się na początku wydawało. Może i faktycznie czuję się bezpieczniej, ale nauczyłam się, że trzeba unikać walki, bo w niej i tak ktoś zawsze przegrywa. Trudno powiedzieć, kto – ja czy napastnik? Karate jest pewną filozofią życia, co zresztą formułuje przysięga dojo. Trzeba być mądrym, rozwijać się, być uprzejmym wobec swoich przeciwników i przede wszystkim nie można używać sztuki karate w celu ataku, tylko w celu obrony. Czyli, podsumowując, ten trening na pewno dał mi wiele mądrości życiowej, z której staram się na co dzień korzystać – zaznacza A. Gerus.

Prezes Leśniewski zaprasza wszystkich chętnych, którzy chcieliby spróbować karate po nowosolsku. – Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć trening. Oczywistym jest, że nie wszyscy muszą startować w zawodach, rywalizować z innymi. Ta grupa trenuje po to, żeby się dobrze czuć, żeby być zdrowszym, a to przecież ważne, kiedy wchodzi się w pewny wiek – podkreśla W. Leśniewski.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *