Wypalił się na naszych oczach jak świeca. Do końca

W sobotę pożegnaliśmy ks. prałata Józefa Kocoła. W ostatniej drodze budowniczego kościoła pw. św. Józefa Rzemieślnika w Nowej Soli i jedynego jak dotąd proboszcza tej parafii żegnały tłumy ludzi – rodzina, biskupi, kapłani, samorządowcy, a przede wszystkim zwykli parafianie

– Był trudny, ale prosty. Nie był łatwy, ale był prawdziwy. Był do końca sobą – mówił podczas kazania w dniu pogrzebu ks. Grzegorz Cyran, jeden z wielu duchownych, którzy swoją posługę kapłańską zaczęli u boku zmarłego proboszcza

– Chciejmy zgromadzeni tutaj tak licznie na tej mszy św. pożegnalnej na tym ołtarzu złożyć modlitwę w duchu wdzięczności Bogu za tego kapłana. Człowieka o dobrym sercu, zaangażowanego od wielu lat w życie naszej diecezji, tego dekanatu, miasta i wielu instytucji, którym starał się służyć – powiedział do wiernych bp Tadeusz Lityński, który przewodniczył uroczystościom pogrzebowym. Parafianie licznie przyszli do kościoła, by pożegnać swojego duszpasterza.

Kapłana pożegnali nie tylko parafianie, mieszkańcy czy samorządowcy, ale także przedstawiciele władz z całego województwa oraz siostry zakonne i dziesiątki kapłanów z całej diecezji.

Jeszcze przed mszą odczytano testament ks. Kocoła: „Świadomy swoich słabości i skłonności do zła, szczerze przepraszam wszystkich, których świadomie czy nieświadomie skrzywdziłem swoim zachowaniem lub też zgorszeniem. Tych wszystkich gorąco proszę o przebaczenie. Wszystkich zaś, którzy mi jakąkolwiek krzywdę wyrządzili, zapewniam, że wszystko daruję i niczego nie pamiętam”.

„Twardy, porywczy, czasami zamknięty”

Kazanie podczas pożegnalnej mszy wygłosił ks. Grzegorz Cyran, parafianin ks. Kocoła, który kapłaństwa uczył się u jego boku. – Wypalił się na naszych oczach jak świeca, do końca. Wypalił się zgodnie z Bożym planem, bo nikt z nas nie żyje dla siebie ani nie umiera dla siebie. Bo jeżeli żyjemy, żyjemy dla Pana. Jeżeli umieramy, umieramy dla Pana. W życiu więc i w śmierci należymy do Pana – powiedział przytaczając słowa św. Pawła Apostoła.

Kaznodzieja przypomniał, że ks. Kocoł przybył do Nowej Soli w 1981 roku w czasie tzw. karnawału „Solidarności”. – Wtedy pojawiła się zgoda, pokornie wymodlona przez prałata Kurzaka i wychodzona po różnych urzędach. A jego obarczono obowiązkiem budowania. Już w trzy lata pojawiła się kaplica, która zaczęła nas gromadzić na terenie starej bazy Transbudu. I pojawił się biskup Wilhelm, który nam wtedy powiedział: „Musicie go uszanować, musicie o niego dbać, bo to dobry ksiądz. A jak nie, to go zabiorę” – powiedział ks. Cyran z uśmiechem. – „Bo ja mam gdzie go dać” – wspomniał kaznodzieja słowa bp. Wilhelma Pluty, który przyjmował do diecezji ks. Kocoła ponad 35 lat temu.
Zwrócił uwagę, że budowa była dla ks. Kocoła trudnym wyzwaniem i ciężkim krzyżem.

– Widzieliśmy, że z dnia na dzień stawał się coraz bardziej nerwowy, zamyślony. Że żył w ciągłym biegu. Wtedy w czasie mszy św. słowa konsekracji zaczął wypowiadać bardzo wolno, a niekiedy je nawet powtarzał – podkreślił w kazaniu ks. Grzegorz.

– Uczyliśmy się budowy, nowej parafii i nowego proboszcza. Bo był inny. Przyzwyczajeni byliśmy do spokojnego ks. prałata Kurzaka, symbolu równowagi, powolności. Przyzwyczajeni byliśmy do majestatu i pokory, do cichości ojca Pawła Kochańskiego. Aż tu nagle pojawił się raptus, człowiek energiczny, w gorącej wodzie kąpany, twardy, porywczy, czasami zamknięty, który ciągle się spieszył. Ale dosyć szybko nauczyliśmy się go. Z czasem nawet tym najbardziej wymagającym ta powierzchowność przestała przeszkadzać, a nawet uśmiechaliśmy się życzliwie – mówił dalej w homilii duchowny. Zwrócił uwagę, że żegnany duszpasterz w swojej pracy otaczał się ludźmi, którzy byli prości.

– Słuchał pani Broni Kacprowej jak matki. Pana Marcina Kujawskiego, pana Waldka, pana Zenka z żoną, panów ministrantów i panów ze straży papieskiej. Uprzedzili go, odprowadzał ich i głos mu się łamał. Z roku na rok coraz bardziej, bo i sam był chory. Wpatrzony w prałata Kurzaka. To, że napisał w swoim testamencie, że chce leżeć tam, w Otyniu, to była lekcja starego proboszcza od św. Michała, który choć chodził na przykościelny cmentarzyk, żeby modlić się za kapłanów, sam chciał leżeć tam, gdzie wszyscy. I on też chciał być pośród swoich, na otyńskim cmentarzu – dodał ks. Cyran.

Autorowi kazania utkwił w pamięci szczególnie jeden obraz ks. Kocoła. – Znamy go dobrze z Wielkiego Piątku, kiedy leżał tutaj przed ołtarzem jak długi. I długo nie wstawał. Wtedy się nie spieszył – powiedział ks. Grzegorz.

Wchodząc na Golgotę

Wiernym przypomniał, że proboszcza zapamiętamy m.in. z tego, jak dwoił się i troił przy ołtarzu.

– A potem, kiedy zachorował, bardzo nam tego brakowało – jego energicznych ruchów, a nawet ciągłego majstrowania przy mikrofonie, ustawiania, posyłania do zakrystii ministrantów, dopytywania o wiele rzeczy. To wszystko było prawdziwe. Proboszcz miał jedną twarz, ciągle taką samą. Był może trudny, ale prosty. Każdy, kto go spotkał, szybo się go nauczył. A najbardziej nauczyliśmy się go w tych ostatnich latach cierpienia. Kiedy zaczęliśmy podnosić ręce, bez sporów, bez wyrzutów, nawet ci, którzy nosili jakieś zadry, modlili się szczerze za niego – mówił duchowny, który wspomniał obrazki z końcowego etapu życia ks. Kocoła: – Przypominamy sobie ten dzień świąteczny, kiedy zwierzył się, że bardzo pragnął jeszcze raz tu być. Że bardzo pragnął wrócić. Ludzie połykali łzy. Też był wzruszony, ale jak wrócił do zakrystii, to mówił: „No, ładnie mnie przywitali, ale nie klaskali”. Był do końca sobą.

Ks. Cyran dodał, że w ostatnich tygodniach pojawił się inny, jeszcze bardziej wymowny obraz ks. Kocoła.

– Kiedy przytrzymując się ściany i balasek szedł do konfesjonału, w którym długo siedział i powracał po ścianie, żeby go nikt nie widział. Chodził chwiejnym krokiem, a potem już nie chodził. Głos mu się łamał. Ludzie roztropni mówili: „Po co przychodzi, niech posiedzi w domu, niech się wygrzeje”. A jego tu ciągnęło, do Chrystusowej ofiary.

Miał swoją pobożność, zwyczajną, prostą, także związaną z tą świątynią. Do końca o niej myślał. Tak się dobrze złożyło, że w ostatnich tygodniach parę razy siedzieliśmy przy stole, a on łapał czas. Przychodził w tej swojej piżamie, ocieplaczu, zmarznięty siedział i gadał. O wszystkim, o życiu. Żartowaliśmy wspominając niektóre chwile. Myślę, że fundamentem były tu wspomnienia o okularach i wzmacniaczu. Myślę, że tych wspomnień nie zabraknie wielu z nas na kolejne dziesięciolecia – powiedział ks. Grzegorz.

W ostatnich słowach wrócił do pierwszego zdania kazania: – Spalał się jak świeca. Był pokorny, wchodząc na Golgotę miękł na naszych oczach. Miał do końca swój charakter i swój temperament, do końca miał swoje przyzwyczajenia i dźwigał je jak krzyż. To było ciężkie nie tylko dla niego. Dzisiaj z pokorą chylimy głowę przed tymi, którzy się nim opiekowali, poczynając od służby zdrowia, bo przecież nie był łatwym pacjentem. Wypisywał się na własne żądanie, bo chciał wrócić tutaj. Nie był łatwy, ale był prawdziwy – oddał prawdziwy obraz ks. proboszcza ks. Grzegorz Cyran.

– Jestem daleki od tego, żeby wynosić go na ołtarze i nie lubię takich kazań, które demotywują mówiąc, że już nie trzeba się modlić, bo wszyscy są w niebie i w radości. Trzeba się modlić, głęboko i pokornie modlić. Wierzę, że ks. proboszcz nas wszystkich zmobilizuje, żebyśmy chodzili do kościoła, który żeśmy wybudowali. Nie tylko w niedzielę i w święta, ale w dzień powszedni, nawet jak jest ciężko i ledwo trzymamy się na nogach. Żebyśmy tutaj zawsze dotarli jego wzorem, a on to wszystko będzie widział z góry.

W testamencie ks. proboszcza znajdziemy jedno zdanie, które jednocześnie jest jego ostatnią prośbą do parafian: „Najważniejsze dla mnie jest, abyście w modlitwie o mnie pamiętali”.

 

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *