Każdy lubi tę manetkę z gazem odwinąć. Ale czy warto?

– Droga nie jest od tego, żeby szpanować. To nie jest tor wyścigowy ani Dziki Zachód i miejsce dla kowbojów. Jesteś kierowcą, a nie jakimś cudakiem. Musisz pamiętać, że motocykl ma tylko dwa koła i trzeba mieć do niego respekt – mówi w wywiadzie dla „TK” Władysław Tudek, jeden z liderów nieformalnej grupy motocyklowej „Sami Swoi”

Pretekstem do tej rozmowy są obserwacje Władysława Tudka, 70-letniego motocyklisty z Nowej Soli i jednocześnie jednego z liderów braci motocyklowej „Sami Swoi”.

– Jeździmy z grupą kolegów po okolicy, spotykamy się na zlotach, innych spotkaniach fanów motoryzacji na dwóch kółkach, jeździmy do Zielonej Góry, choćby na kawę czy lody. To, co obserwujemy na drogach w wykonaniu niektórych motocyklistów, woła o pomstę do nieba – mówi właściciel turystycznej yamahy, który opowiada o tym, jak nieprzewidywalną maszyną jest motocykl.

***

Mariusz Pojnar: Kiedy zrobił pan prawo jazdy na motocykl?

Władysław Tudek: Z pozwoleniem rodziców zrobiłem je, kiedy miałem 15 lat. Takie wtedy były wymogi. Niedługo później zakiełkowała we mnie chęć do spróbowania sportu żużlowego. To był chyba 1968 rok. Jeździłem dość zaawansowanie i przez rok trenowałem w zielonogórskim klubie, m.in. z ojcem Piotra Protasiewicza (kapitan Falubazu – dop. red.). I powiem panu, że ten zapał mi minął, kiedy zobaczyłem kilka poważnych wypadków na torze. Widziałem, jak chłopaki rozbijali się i stawali kalekami. Dałem sobie z tym spokój.

Ale z motocyklem się pan nie rozstał?

No nie. Najpierw jeździłem na ojca motocyklu – wfm. Potem tata kupił mi jawę 250. W zasadzie jeździłem nieprzerwanie aż do momentu, kiedy się ożeniłem i urodziły się dzieci. Wtedy trochę odpuściłem. Miałem w sercu tę jazdę, ale rodzina jest najważniejsza. A że byłem jednocześnie trochę porywczy, więc nie chciałem ryzykować, żeby coś mi się stało.

Do motocykli wróciłem jakieś 20 lat temu, kiedy moje córki dorosły, poszły na swoje.  Kiedy do tego wróciłem, okazało się, że to inne maszyny, inna jazda.
Najpierw miałem kawasaki gpz. Na samym początku nawet nie wiedziałem, jak je obsłużyć (śmiech). A dziś mam yamahę, którą płynie się jak po falach Dunaju.

Jak szybko pan jeździ?

Można nim przyłożyć nawet pod 180 km/h. Ale to już jest żadna przyjemność. Taka spacerowa jazda jest do 120 km/h. Można sporo zobaczyć, ale też można przewidzieć, co ten przed nami może wywinąć na drodze.

Na motocyklu oczy trzeba mieć dookoła głowy. Nie ma takich, którzy wszystko wiedzą. Najlepsi pływacy się topią, najlepsi kierowcy mogą się potknąć – i to konkretnie. To są tylko dwa koła. Trzeba mieć wzmożoną czujność i myśleć za siebie, ale także za innych.

Spędził pan na motocyklu tysiące godzin. Obserwuje pan rożne zachowania na drodze. Jakie są najczęściej popełniane błędy przez motocyklistów? Brawura? Nadmierna prędkość? Brak wyobraźni?

Muszę powiedzieć, że nieraz siedzę w ogrodzie i tylko słysząc motocykl, który jedzie ul. 1 Maja, aż mnie febra bierze. Po warkocie słyszę, ile już ten człowiek ma na liczniku, jak tylko przejedzie przez przejazd kolejowy. Są tacy, którzy w tamtym miejscu jadą ponad 100 km/h. Czy to jest normalne? To nie są czasy wczesnej komuny, gdzie przejechał jeden pojazd na pół dnia. Teraz każdy ma samochód, każdy może mieć motocykl. Mało tego, widuję, jak motocykliści jeżdżą na świecy, czyli na jednym kole. Jakby mu ktoś z drogi podporządkowanej wyjechał, nie ma najmniejszych szans, żeby mógł zareagować. I wypadek gotowy. Można zrobić sobie krzywdę, ale także komuś niewinnemu. Warto pomyśleć nad sobą, bo w takiej sytuacji – biorąc pod uwagę wersję optymistyczną – można leżeć na wyciągu. Pesymistyczna jest… wiadomo jaka.

Czy motocykl jest dla wszystkich?

Dla wszystkich, którzy trzeźwo myślą. Oczywiście młodość ma swoje prawa. Krowa z cielakiem pasą się razem. I nagle cielakowi odbija – skacze, wariuje. I to jest ta młodość. Tylko w tym wszystkim i tak jest potrzebna choć odrobina zdrowego rozsądku. Bo każdy lubi tę manetkę odwinąć. Człowieka może ponieść na drodze. Bo motocykl ma piękne odejście, mało który samochód mu dorówna. Ale gorzej z opanowaniem maszyny w momencie, w którym trzeba to zrobić. Trzeba sobie postawić pytanie: czy naprawdę warto dodać gazu?

Pan nie jeździł nigdy szybko?

Jeździłem, nawet 200 km/h. I z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że miałem chyba w życiu dużo szczęścia…

Otarł się pan o śmierć?

Miałem takie zdarzenie w młodości, które mogło się skończyć tragicznie. To był 68. rok. Jechaliśmy w trójkę od Świętna. Ja na jawie 250. Ścigaliśmy się zajmując prawie całą drogę. Dwóch kolegów po bokach, ja pomiędzy nimi. Weszliśmy w zakręt, wyprzedziłem ich i tuż za zakrętem zobaczyłem ciężarówkę. Ja jedyny z lekkimi obrażeniami nie pojechałem do szpitala. Dziewczyna, która jechała z kolegą, miała połamaną miednicę w wypadku. Kolega miał rozwaloną czaszkę. Tamten zakręt, na którym to się stało, potem wyprostowali. Zdrowia moich kolegów nie udało się do końca naprawić.

Droga nie jest od tego, żeby szpanować. To nie jest tor wyścigowy ani Dziki Zachód i miejsce dla kowbojów. Jesteś kierowcą, a nie jakimś cudakiem. Musisz pamiętać, że motocykl ma tylko dwa koła i trzeba mieć do niego respekt. Trzeba się nim delektować, a nie szarżować, bo może z siodła wykatapultować.
Wszystkim motocyklistom życzę szerokości i przyczepności na drodze.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *