Nowosolscy triathloniści marzą o Ironmanie!

– Najtrudniej jest zacząć przygodę z tą dyscypliną – wszystkim wydaje się, że to sport dla elit i że trzeba mieć nie wiadomo jak drogi sprzęt, żeby spróbować. A wcale tak nie jest. Nawet najdroższy rower sam nie pojedzie. Wielokrotnie widziałem, jak triathlonista na rowerze niskobudżetowym deklasuje tego na jednośladzie za kilkanaście tysięcy złotych – mówi pochodzący z Siedliska Grzegorz Wojtczak, jeden z dwójki mieszkańców powiatu nowosolskiego, którzy w tym roku rozpoczęli swoją przygodę z triathlonem

Grzegorz Wojtczak, który w ostatnich latach trochę zniknął z pola widzenia, to wychowanek Astry – podobnie jak Radosław Popławski czy Tomasz Babiszkiewicz. Byłym trenerem tych zawodników, którzy na mapie biegowej Polski, a nawet Europy zaistnieli z sukcesami, jest Ryszard Biesiada.

– Do dziś często powtarzam sobie słowa trenera Biesiady, który niemal codziennie przed treningiem powtarzał nam, że „dzień bez treningu to dzień stracony”. A gdy już liczyliśmy się w czołówce europejskiej, to ulepszył to hasło powtarzając ciągle: „Dzień bez treningu to dwa dni stracone”. Coś w tym jest – uśmiecha się G. Wojtczak, który w swojej biegowej przygodzie zdobył kilka medali rangi Mistrzostw Polski. Wziął także udział w Mistrzostwach Europy, mityngach zagranicznych i wielu zawodach międzypaństwowych.

Jak sam mówi, to doświadczenie, którego nie zapomina się całe życie.

Opcja numer trzy

– Staram się prowadzić na sportowo, sport obecny jest w każdym dniu i tygodniu mojego życia. Nie jestem typem domownika w kapciach, z pilotem w ręce. Jak mam do wyboru kilka opcji spędzenia czasu, wybieram opcję na sportowo. Myślę, że moja rodzina połknęła bakcyla i już myślą tak samo jak ja – mówi Wojtczak, który po wspomnianych sukcesach pod okiem R. Biesiady porzucił regularne starty.

Niedawno jednak do nich powrócił, dokładając do tego jeszcze pływanie i jazdę na rowerze, czyli zaczął uprawiać triathlon. Do tego sportu wszedł po części za sprawą swojej pociechy.
– Z triathlonem wyszło spontanicznie. Z córką od jej trzeciego miesiąca życia chodzimy na zajęcia basenowe, które odbywały się raz w tygodniu po 45 minut. Dzieci w wieku do 4 lat obowiązkowo wchodzą na basen z opiekunem i – chcąc czy nie chcąc – ćwiczy się wspólnie z nimi. I tak też znalazłem się w basenie – wspomina G. Wojtczak.

Kiedy córka podrosła, nie zrezygnowali z basenu, z tym że dzieci w wieku powyżej 4 lat rodzic odprowadza do instruktora. Rodzic w tym czasie ma do wyboru kilka opcji: iść do kawiarni na ciasto i kawę, czekać na ławce w korytarzu albo… iść popływać na basen sportowy.

– Nie muszę chyba informować, co najczęściej wybierają rodzice. Ja – nie zastanawiając się – wybrałem opcję numer trzy. I tak to się potoczyło dalej, aż do tego stopnia, że dziś w czasie zajęć córeczki przepływam 2-3 km – mówi Wojtczak.

Dalszą cześć artykułu przeczytasz w e-wydaniu „TK”

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *