Żegnaj, Wielka Brytanio. Witaj, Polsko

Wyjechali w czasie szczytu emigracji Polaków do Wielkiej Brytanii dzięki wejściu Polski do Unii Europejskiej. Po latach wrócili do kraju i opowiadają nam o swoim życiu w Anglii, Irlandii i Szkocji

Dookoła słyszymy o powrotach Polaków z obczyzny, każdy z nas ma w swoim otoczeniu kogoś, kto powrócił z zagranicy. Po latach wracają też mieszkańcy Nowej Soli i okolic. Wracają całe rodziny wraz z dziećmi, które urodziły się w czasie pracy zarobkowej w innym państwie. Powrót do Polski to czas trudnych decyzji dla tych rodzin, bo spędziły w innym kraju dużą część swojego życia. Tam przyszły na świat ich dzieci, tam powoli wsiąkali w inną kulturę, dzieciaki chodziły do przedszkoli i szkół, które były zgrupowaniem dzieci mówiących w różnych językach. A jednak tę decyzję podjęli – wrócili.

Chcą mieszkać i wychowywać dzieci w Polsce.

Jakie było ich życie na emigracji? Co obiecywali sobie przed wyjazdem? Czemu wracają akurat teraz? Jakie mają plany na swoją przyszłość po powrocie do ojczyzny?

„Tęskniliśmy za polskim chlebem i bułkami…”

Agnieszka Białek i Patryk Krupecki z dwójką dzieci – 11-letnim synem Colinem i 2-letnią córeczką Leah – wrócili do Polski w sierpniu. Patryk jeszcze załatwia formalności związane ze sprzedażą domu i dołączy do rodziny tak szybko, jak będzie mógł.

Mieszkali w angielskim miasteczku Grantham, które jest w dużej mierze podobne do Nowej Soli.

– Bardzo dobrze się tam czuliśmy, miasteczko było otoczone lasami i parkami, były tam dwie duże fabryki, w których pracowaliśmy i znaliśmy większość otaczających nas ludzi – opowiadają emigranci, którzy na Wyspy wyjechali w 2006 roku.

– Najpierw pracowałam w Niemczech. Odwiedziłam Patryka w Anglii w czasie swojego urlopu. Nie spodziewałam się, że nie znając języka angielskiego uda mi się znaleźć od ręki pracę. Oboje nie zakładaliśmy pobytu na stałe, ale po miesiącu okazało się, że spodziewam się dziecka. Wtedy też podjęliśmy decyzję, żeby zostać trochę dłużej i uzbierać pieniądze na remont mieszkania w Polsce. Co chwilę stawialiśmy sobie nowe cele: że nazbieramy na remont kuchni, a potem, że kupimy samochód i dopiero wrócimy. Po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy, a w opiece nad synem pomagał mi szwagier i zaprzyjaźniona koleżanka – opowiada o swoich początkach w Grantham A. Białek.

Jej partner zaczynał w Anglii od pracy na produkcyjnej, ale z czasem zainwestował w siebie i zrobił prawo jazdy na samochody ciężarowe.

– Niestety, nie było mnie przez to często w domu z rodziną, ale mogłem odłożyć za to więcej pieniędzy. Po kilku latach postanowiliśmy zostać w Anglii do czasu ukończenia 18 lat przez syna i wtedy zdecydowaliśmy się na kredyt na połowę domu, tzw. bliźniaka – mówi P. Krupecki, któremu angielski klimat, styl życia i samo jedzenie nie do końca przypadły jednak do gustu. – Po czasie na śniadania zaczęliśmy serwować jajko sadzone z fasolką w sosie pomidorowym oraz tosty z bekonem. Można powiedzieć, że to było zjadliwe. Generalnie jednak jedzenie w Anglii nam nie smakowało. Pogoda była deszczowa i pochmurna, ale w tym roku lato było wyjątkowo ciepłe, a słońce świeciło aż przez pięć tygodni, co jest bardzo nietypowe. Może Anglia chciała nam zaserwować słoneczne pożegnanie? – zastanawia się Patryk.

Colin chodził do angielskiej szkoły, gdzie od 1. do 3. klasy to placówka edukacyjna sponsorowała posiłki dla dzieci. – Do wyboru zawsze były trzy obiady, sałata, pomidory i tuńczyk, ale gdy była do wyboru pizza, to zawsze schodziła najszybciej – śmieje się mama Colina.

Opieka zdrowotna dla dzieci również była bezpłatna. – Państwo finansuje nawet aparat na zęby, dla dorosłych wizyty u lekarza również są bezpłatne, płaci się czasami tylko za recepty, to koszt około 6 funtów – wylicza A. Białek.

Mimo że warunki życia nie są złe, wspólnie z partnerem coraz mocniej zaczęli myśleć o powrocie do Polski. Ten scenariusz stał się bliższy po urodzeniu się ich córki, bo przedszkole i zatrudnienie opiekunki okazało się bardzo kosztowne. Agnieszka po macierzyńskim już nie wróciła do pracy.

– W Anglii jest obowiązek zaprowadzania i odbierania dziecka ze szkoły do czasu skończenia przez nie 10 lat, te wszystkie czynniki zdecydowały, że z ciekawości umieściliśmy ogłoszenie dotyczące sprzedaży domu. Nie wiedzieliśmy, że tak szybko znajdzie się kupiec. Zaskoczyło nas, że to stało się już po dwóch dniach. Kiedy udało się znaleźć nabywcę domu, podjęliśmy decyzję o powrocie – opowiada nowosolanka, która przez 12 lat mieszkała na obczyźnie.

Powrót nie był łatwy, początkowo szczególnie dla dzieci.

– Kiedy po raz pierwszy wypowiedziałem swoje angielskie imię, napotkałem na zdziwienie rówieśników, ale teraz dzieci się już oswoiły. Poziom nauki jest łatwiejszy w Anglii, ale w polskiej szkole mi się bardzo podoba. Zauważyłem, że to jednak w Anglii dzieci się lepiej dogadywały, mimo różnic kulturowych i innych języków. Muszę nadrobić braki w pisaniu w języku polskim. Cieszy mnie to, że z czytaniem i mówieniem idzie mi coraz lepiej – opowiada o zderzeniu dwóch szkolnych światów Colin.

Jego rodziców po przyjeździe do Polski najbardziej zaskoczyła… biurokracja i papierologia.

– W Anglii wszystko załatwia się telefonicznie albo przez internet. Tu odbywa się to trochę inaczej – mówi A. Białek.

W szybszej i lepszej adaptacji pomocą służy jej grupa „Wielkie i małe powroty z UK do PL” założona na Facebooku.

W Polsce zaskoczył ją również etos pracy, bo jej zdaniem tempo jest ogromne. – Kasjerki w nowosolskich marketach kasują towary jakby na akord, w Anglii nikt się nie spieszy, kasjerka cierpliwie czeka, aż klient odejdzie całkowicie od kasy i zabierze swoje zakupy, a stojący w kolejce ludzie się nie denerwują – opowiada nowosolanka po latach wracająca do Polski.

Co ciekawe, jej rodzinie spodobał się poziom cen w Polsce. – Jedzenie jest tanie w stosunku do kwoty, którą wydawałam w Anglii. Produkty są dobre gatunkowe. Tym, jak pachną polskie warzywa, nie mogę się nacieszyć. Nie mówiąc już, jak bardzo będąc tam tęskniliśmy za polskim chlebem i bułkami… – dodaje A. Białek, która tu, w ojczyźnie, chce założyć własną firmę z ubraniami i zabawkami dla dzieci. Jej partner chce szukać pracy w zawodzie, czyli jako kierowca auta ciężarowego. Colin uczęszcza do szkoły, a mała Leah pójdzie za chwilę do prywatnego przedszkola. – Na tę chwilę cieszymy się z powrotu. Podobają nam się zmiany, jakie zaszły w Nowej Soli, które śledziliśmy na bieżąco. Swój pobyt w Anglii wspominamy dobrze, mimo że kilkakrotnie spotkaliśmy się z zazdrością i zawiścią ze strony pracujących tam Polaków – zaznaczają nowosolanie.

To be or not to be in Ireland

Katarzyna i Marcin Grajkowie przez ponad dekadę mieszkali w Dublinie wraz z dwójką synów – 2,5-letnim Theo i 4-letnim Leonem. Do Polski wrócili w czerwcu. Teraz mieszkają w Kożuchowie. Wyjeżdżali, by zostać tam trzy-cztery lata. Zostali trzy razy dłużej.

– Pojechaliśmy z ciekawości i oczywiście po to, żeby zarobić; Kasia znała język angielski, bo uczęszczała do liceum lingwistycznego i szybko znalazła pracę. Na początku pracowała na produkcji, a potem w biurze. Ja nie znałem języka, a pierwszą pracę, na produkcji, załatwił mi kolega – wspomina początki na Zielonej Wyspie Marcin. Dla niego i jego obecnej żony pierwszym celem było nazbieranie na wesele. I tak też się stało.

W ich życiu codziennym pogoda ducha rozpieszczała, gorzej było z pogodą na zewnątrz, bo aura w Irlandii jest kapryśna, a niebo często kryją chmury.

– W Dublinie lato trwa trzy tygodnie, a reszta dni jest chłodna i pochmurna. Przez 12 lat w Irlandii nie byliśmy w lesie, bo w okolicy w ogóle ich nie było, za to w Dublinie jest dużo parków i łąk, w większych parkach są wydzielone miejsca dla psów, ale takiej otwartej przestrzeni i świeżego powietrza, jak w Polsce, nie ma. Jednak bardzo dużym plusem była bliskość do morza, około 25 minut jazdy autem. Dublin to duże miasto, ale każda dzielnica jest jakby osobnym miasteczkiem, więc nie czuje się, że jest się w wielkim mieście, mieliśmy cudownych sąsiadów i znajomych. Jednak nigdy nie czuliśmy się jak u siebie, bo nie znaliśmy wszystkich zakątków, jak w okolicach Nowej Soli – opowiada K. Grajek.

Pobyt na irlandzkiej ziemi musiał być czasem zasmakowania innej kuchni. – Próbowaliśmy różnych potraw typowo irlandzkich, zazwyczaj w restauracjach, bo w domu gotowaliśmy po polsku. Sąsiadki częstowały nas swoimi specjałami, a na święta zawsze wymienialiśmy się potrawami. My dawaliśmy sąsiadom pierogi, bigos i gołąbki, a oni nam świąteczny pudding, nadziewanego indyka i babeczki – wspomina K. Grajek, która okazała się kobietą bardzo przedsiębiorczą.

Bo korzystając ze wsparcia funduszy Unii Europejskiej najpierw skończyła różnego rodzaju kursy i szkolenia, a następnie założyła w Irlandii swoją własną firmę beorknottobe – od powiedzenia z Szekspira „To be or not to be”, z dodatkową literą „k” tworzącą wyraz „knot”, oznaczający po angielsku supeł.

Kasia ręcznie szyła zabawki, napisy z imionami dzieci, a teraz zajmuje się produkcją ręcznie wykonanych naszyjników i kolczyków z tkanin. Firma zajmuje się tylko sprzedażą internetową, a swoje produkty sprzedaje głównie na rynek zagraniczny.

Podobnie jak moi poprzedni rozmówcy, o powrocie wspólnie z mężem zaczęli myśleć po przyjściu na świat Theo, bo wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Koszty utrzymania wzrosły, rynek mieszkaniowy w Irlandii przechodzi kryzys i rodziny nie mogą już liczyć tak szybko na mieszkanie. – Brak własnego M i duże wydatki przy czteroosobowej rodzinie są głównymi z powodów naszego powrotu do kraju. Ważne jest też to, że babcie się starzeją i chcą być z wnukami, a my chcemy, żeby dzieci bawiły się z kuzynostwem. Tęskniliśmy za rodziną, ale dziś znów jesteśmy razem – cieszy się M. Grajek.

Po powrocie do Polski Leon poszedł do przedszkola, a Theo pójdzie za parę miesięcy; synowie uczęszczają także na prywatne lekcje angielskiego.

Ich rodzice są w tej komfortowej sytuacji, że nie muszą szukać pracy, bo nadal pracują we własnej firmie. – Nasze produkty wysyłamy tam, gdzie klient tylko sobie wymarzy. Swój pobyt w Irlandii wspominamy miło, bo nigdy nie spotkaliśmy się z jakimiś przejawami agresji czy też niechęci do Polaków. I cieszymy się, że znów jesteśmy u siebie – podkreśla K. Grajek.

Drugi powrót. Ostatni?

Pod koniec wakacji do Nowej Soli ze Szkocji wrócili Joanna i Krystian Zieleniewscy razem z 4-letnią Niną i 6-letnią Leną.

Mieszkali w malowniczym, portowym miasteczku Portree z przepięknymi górskimi krajobrazami na wyspie Skye.

– Wyjechaliśmy w 2009 roku, bo pracę w hotelu załatwił nam znajomy. Pracowaliśmy tam przez cztery lata – ja jako kucharz, a żona jako kelnerka. Nasz szef miał tam dwa hotele i restaurację, bo miasteczko jest bardzo rozwinięte turystycznie – opowiada nowosolanin, który na obczyźnie spędził blisko dekadę.

– Pojechaliśmy z ciekawości, ale celem było nazbieranie pieniędzy – najpierw na wesele, a potem na mieszkanie i remont. Zaraz potem zaszłam w ciążę, ale jeszcze pracowałam, później wróciłam do Polski i tutaj urodziła się Lena. Mąż dalej pracował za granicą, ale przeniósł się do Niemiec, bo stąd miał bliżej do domu – opowiada mama Niny i Leny, która także zwraca uwagę na szkocki klimat: – W domu grzaliśmy cały rok, bo były tam bardzo niskie temperatury, w większości są deszcze, ale dobrze się tam czułam z uwagi na swoją alergię.

W czasie czteroletniego pobytu Joanny w Polsce urodziła się też Nina, jednak po czasie rodzina ponownie podjęła decyzję o powrocie do Szkocji. – Pracowaliśmy znów w hotelu, w opiece nad dzieckiem pomagał nam przyjaciel i rodzina żony, bo były tam jej dwie siostry, brat i mama. A że mieliśmy elastyczny grafik, mogliśmy wymieniać się w opiece nad dziećmi, tym bardziej że szef szedł nam na rękę. Większość Szkotów to przyjaźni, uczynni ludzie, nie mogłem się nadziwić, kiedy obcy zaczepiali mnie na ulicy i pytali, jak się czuję, czy podoba mi się dzisiaj pogoda. Jednak najbardziej byłem zaskoczony, gdy przydarzyła mi się awaria na autostradzie, a zupełnie obcy ludzie zatrzymywali się, kiedy miałem podniesioną maskę i co chwilę pytali, czy potrzebuję pomocy – mówi K. Zieleniewski.

Małżeństwo podkreśla, że zadowalająca była również opieka zdrowotna, która jest całkowicie bezpłatna. – Wszystkie recepty na maści i leki na alergie skórne dla córki dostawałam za darmo. W czasie naszego pobytu starsza córka chodziła do szkockiego przedszkola, do domu przychodziła do nas kontrola i sprawdzała, jak się córki rozwijają, kazali układać klocki i rysować, co było dla mnie zaskakujące. Dostawałam też listowne wezwania do dentysty dla córki – wspomina nowosolanka.

Rodzina nie zakładała za granicą pobytu na stałe, ale też nie wiedziała, kiedy dokładnie wróci.

– Gdy kolega, który pomagał nam w opiece nad dziećmi, zdecydował się na powrót do kraju, podjęliśmy decyzję, że też wrócimy, żeby od września dziewczynki mogły iść do przedszkola; ja z kolei podjęłam decyzję, że pójdę na studia – wyznaje J. Zieleniewska.

Po powrocie do Polski Krystian szuka pracy, jego żona zaczyna za chwilę dzienne studia pielęgniarskie. Lena i Nina chodzą do przedszkola. – Wracaliśmy do kraju już dwukrotnie. Wierzymy, że tym razem to powrót na stałe, chociaż kilka rzeczy nas przeraża, jak choćby polskie ceny w stosunku do tego, co można u nas zarobić. I tak mówiąc szczerze, trochę martwimy się, czy na pewno damy radę… – mówią bardzo szczerze Zieleniewscy.

***

Historie tych trzech rodzin pokazują wyraźnie, że najważniejszym powodem pracy w innym kraju były sprawy zarobkowe. Kiedy z biegiem lat wydatki na życie zaczęły wzrastać, spora część Polaków zdecydowała się na powrót. Szczególnie dotyczy to rodzin z dziećmi.

Bo tak po prawdzie gdzie nam, Polakom, będzie lepiej niż w ojczyźnie?

– Człowiek, który nigdy nie wyjeżdżał do innego kraju, nie wie, jak smakuje chleb za granicą, jak tęskni się za wszystkim, co polskie. Niektórzy jadą tylko spełniać swoje marzenia i cele, a gdy to osiągną, wracają. Niemniej jednak zarobione za granicą pieniądze pozwalają na łatwy i spokojny początek po powrocie, a taki wyjazd zawsze nas uczy nowych rzeczy i zdobywamy nowe doświadczenia – mówią zgodnie nasi wszyscy rozmówcy.
Wszystkim wracającym w rodzinne strony życzymy, żeby nigdy nie żałowali swojego powrotu do ojczyzny.

Witajcie i powodzenia!

Anna Słaboszewska

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *