Zero poczucia odpowiedzialności

– Jak można mówić o zaufaniu do osoby, która dziś nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za swoje działania? – pytała przed sądem pracy mecenas Iwona Sondej-Barriga, która reprezentuje prezydenta w procesie ze zwolnionym sekretarzem

Sprawa w sądzie pracy pomiędzy zwolnionym sekretarzem Krzysztofem Marcincem a prezydentem miasta została zamknięta. Na ostatnim posiedzeniu składu sędziowskiego pod przewodnictwem sędziny Moniki Dembowiak strony miały możliwość wygłoszenia tzw. ostatniego słowa. Zaczynał powód K. Marciniec.

Marciniec chce przywrócenia do pracy

– 14 lat pracowałem na rzecz miasta sumiennie i z poszanowaniem prawa. Miałem bardzo dobre oceny, otrzymywałem nagrody. Reprezentowałem urząd w innych instytucjach, inicjowałem i koordynowałem święta o zakresie ponadregionalnym. Wiele z tego robiłem poza godzinami pracy urzędu i w dni wolne nie otrzymując za to dodatkowego wynagrodzenia czy urlopu – tymi słowami zaczął swoje wystąpienie zwolniony sekretarz.

K. Marciniec stwierdził, że 15 lutego nie otrzymał od prezydenta Wadima Tyszkiewicza wypowiedzenia, a dopiero 1 marca, gdy był na zwolnieniu lekarskim, co jego zdaniem było złamaniem przepisów. Według niego tylko prezydent Tyszkiewicz miał kompetencje do pozbawienia go funkcji. – Ustnego wypowiedzenia nie było, a ponadto wiceprezydent takich uprawnień nie ma. Otrzymałem ofertę nie od odrzucenia – albo sam złożę swoją propozycję rozwiązania umowy o pracę, albo zostanę zwolniony. Zrobiłem to, ale nie otrzymałem na nią odpowiedzi. Wypowiedzenie ustne nie jest właściwą formą, bo nie można się zapoznać ani odnieść do jego treści, dlatego wszystko, co się wydarzyło, uważam za bezskuteczną formę wypowiedzenia – mówił K. Marciniec.

Kolejny raz sekretarz stwierdził, że jego zdaniem nie złamał żadnych norm prawa ani etyki, że nigdy nie zlecał żadnej firmie wykonywania usługi dla miasta ani nie podpisywał z nikim umów. Wyparł się sytuacji, w której miał podrzucić wiceprezydentowi do podpisania umowę dla firmy jego syna na wykonanie dla urzędu ortofotomap.

– Z żalem stwierdzam, że nie mogłem rozwiązać obecnej sytuacji na drodze pojednania lub mediacji. Byłem obrażany i zarzucano mi czyny, których nie popełniłem. Pozwany okazał się tchórzem i skrył się za pełnomocnikiem i zastępcą – ostro stwierdził K. Marciniec kierując te słowa pod adresem W. Tyszkiewicza.
Kolejny raz powiedział też, że jego zdaniem przyczyną zwolnienia nie była utrata zaufania, a rzekoma odmowa szukania sponsorów kampanii do wyborów samorządowych. K. Marciniec wnosił do sądu o: uznanie rozwiązania jego umowy o pracę za bezskuteczne; przywrócenie do pracy na poprzednich warunkach; wypłatę wynagrodzenia za okres pozostawania bez pracy (od czerwca do uprawomocnienia się wyroku) oraz anulowanie urlopu wypoczynkowego, na który został wysłany i zaliczenie tego okresu jako zwolnienie ze świadczenia stosunku pracy z zachowaniem prawa do wynagrodzenia; wyrównanie wynagrodzenia za maj, które jego zdaniem powinno być liczone od kwoty 10072 zł wraz z odsetkami. Ponadto wnosił o zwrot kosztów opłaty sądowej i całego postępowania, a w przypadku przyznania odszkodowania zamiast przywrócenia do pracy, zasugerował wszystko powyższe plus ekwiwalent za niewykorzystany urlop (15,8 tys. zł) i odszkodowanie liczone od kwoty 10072 zł.

Zupełna utrata zaufania

– Powód pracował w urzędzie 14 lat, miał duży zakres zadań, bo był obdarzony wielkim zaufaniem, co potwierdzało trzecie pod względem wysokości wynagrodzenie w urzędzie. Miał dużą samodzielność, a wszystko to obligowało go do lojalności wobec prezydenta. Mimo to zdaje się nie rozumieć zasad funkcjonowania urzędu, bo cały czas podkreśla, że niczego nie podpisywał, że do wszystkiego uprawnienia ma wyłącznie prezydent, który przecież fizycznie nie jest w stanie robić wszystkiego. Właśnie po to ma pracowników, również z tak szerokim wachlarzem uprawnień i wynagrodzeniem, że może wierzyć, iż pracownik ten będzie działał zgodnie z przepisami, normami etycznymi i niepisanymi, ale stosowanymi praktykami urzędu – powiedziała na wstępie swojej mowy mecenas Iwona Sondej-Barriga.

– To K. Marciniec został zobligowany do przeprowadzenia procedury wykonania ortofotomapy. Nie informując prezydenta faktycznie wyłonił w konkursie firmę swojego syna, wykorzystał swoje stanowisko i naleganiem wymusił podpis skarbniczki, a następnie przyniósł dokumenty do podpisania wiceprezydentowi, czym nadużył zaufanie – dodała.

J. Sondej-Barriga oceniła, że to powód w czasie procesu obraził wszystkich pracowników urzędu i podważał obowiązujący tam model pracy. – Jak można mówić o zaufaniu do osoby, która dziś nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za swoje działania? To sekretarz pod nieobecność prezydentów miał uprawnienia do kierowania urzędem. Umowy podpisują i na zewnątrz reprezentują urząd prezydent i skarbnik, natomiast zanim dokumenty powstaną, ktoś musi je wypracować i wiele z tego robił sekretarz. Jeśli w jego rozumieniu za wszystko odpowiada prezydent, to w takim razie stanowisko sekretarza jest zbędne – mówiła mecenas urzędu.

Pełnomocnik prezydenta podkreśliła, że powód w pierwszej kolejności 15 lutego otrzymał ustne, skuteczne wypowiedzenie umowy, a następnie bez czekania na zgodę przełożonego wypisał sobie urlop na żądanie. – Wiedział, że czeka na niego pisemne wypowiedzenie, ale nie stawił się na jego odbiór i uciekł z pracy. Będąc na urlopie i zwolnieniu lekarskim, które przynosił osobiście, wypytywał pracowników o to, jaką wysłano do niego przesyłkę, której to dwukrotnie nie odebrał – opisywała I. Sondej-Barriga.

– Rozumiemy emocje, jednak powód powinien ważyć słowa, które dotyczą środowiska pracy, do którego chciałby wrócić. A jednak używając określenia, jak tchórz, i insynuując nieprawidłowości pokazuje, że za nic ma powagę urzędu i jego pracowników. Przywrócenie do pracy będzie niecelowe, ponieważ pozostanie konflikt. A gdy do tego dodamy niepoczuwanie się do odpowiedzialności za swoje czyny, to jak w takiej sytuacji mówić o zaufaniu do sekretarza? – pytała pełnomocnik prezydenta.

– Przyczyna wypowiedzenia jest prawdziwa i konkretna, a rozwiązanie umowy odbyło się w zwykłym trybie. Nie byłoby tego procesu, gdyby powód zaproponował rozsądne warunki rozwiązania umowy, bo wypłata wynagrodzenia do 2020 roku była nie do przyjęcia – mówiła mecenas.

Jeszcze jeden proces?

Jeszcze przed mowami końcowymi K. Marciniec forsował dołączenie do listy roszczeń odszkodowania za nadgodziny wypracowane między styczniem 2017 a majem 2018 roku. Zażądał kwoty 15,8 tys. zł i argumentował, że jako osoba ze stopniem niepełnosprawności mógł pracować dziennie siedem godzin, a pracował we wskazanym okresie po osiem.

Na etapie przesłuchiwania świadków sekretarz wielokrotnie starał się udowodnić, że kończył pracę godzinę szybciej (co miało dawać odpowiedź na pytanie, dlaczego 15 lutego po godzinie 15.00 nie odebrał czekającego na niego wypowiedzenia), dlatego tę niekonsekwencję wytknęła mu sędzina. – To ile w końcu pan pracował? – zapytała M. Dembowiak. – Nie liczyłem, ale więcej niż osiem godzin dziennie – odpowiedział Marciniec.

Gdy wyjaśniono, że nowe roszczenie powinno ponieść za sobą dodatkową opłatę sądową, a przede wszystkim wymusi konieczność ponownego przesłuchiwania świadków, K. Marciniec zgodził się je wycofać. Jednocześnie zaznaczył, że wróci do tego w osobnym postępowaniu sądowym.

Wyrok w bieżącej sprawie ma zostać odczytany 21 listopada.

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Artur Lawrenc

Aktualności, oświata

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media