Cztery razy cztery, czyli off-road po nowosolsku

– Rok temu na Kowarach podczas pierwszego ostrego wjazdu w błoto rozleciała nam się skrzynia biegów. Myśleliśmy, że rajd jest dla nas zakończony, ale jakoś nas chłopaki wygrzebali stamtąd. Okazało się, że mamy trzy działające biegi do przodu, nie mamy napędu na cztery koła, a tylko na tył. Co więcej, działał wsteczny bieg, ale rajd dokończyliśmy i nawet zdobyliśmy ok. 30 pieczątek za pokonanie przeszkód – mówi off-rodowiec Krzysztof Tudek. Czym jest off-road?

Na początek coś z przymrużeniem oka. Hasło off-road po raz pierwszy usłyszałem w serialu „Na Wspólnej”. Nie żebym oglądał regularnie, ale czasem się zdarzy. Otóż w odcinku 1782. (!) Wojtek – który jest miłośnikiem rajdów – nie spodziewał się, że Żaneta połknie rajdowego bakcyla i w tajemnicy przed nim rozpocznie treningi. I tak w roku 2013 serialowa bohaterka zaczęła przygodę z off roadem.

Od tamtej pory dokręcono ponad tysiąc odcinków, a w jednym z ostatnich, wyemitowanym w ubiegłym tygodniu, serialowa Żaneta do udziału w offie namówiła panią senatorową. Więc akcja się rozwija.

Nie inaczej jest z naszym nowosolskim off-roadem, który wkręca coraz więcej zapaleńców jazdy terenowej.

Dwa tygodnie temu z sześcioma załogami z naszego miasta pojechałem na integracyjny rajd organizowany przez Off-Road Głogów, który odbył się na głogowskim poligonie. Tam miałem okazję przekonać się na własnej skórze, czym to jest.

Szkoła przetrwania na kółkach

Za kółkiem suzuki vitary z 1992 roku na głogowskim poligonie zasiadł nowosolanin Krzysztof Tudek, który jeszcze przed startem mówił, jak złapał off-roadowego bakcyla.

– Lubimy całą rodziną jeździć na bunkry w Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym. Wcześniej mieliśmy passata, który po szutrowych drogach jeszcze jeździło się okej. Ale jak już trzeba było zapuścić się głębiej i podjechać pod sam obiekt, to nagle okazywało się, że jak popadał deszcz, ciężko było wyjechać – opowiada K. Tudek.

To często kończyło się urwanymi płytami podwozia, połamanymi zderzakami i pogiętymi alufelgami. Dlatego Tudkowie wpadli na pomysł, żeby kupić jakieś tanie, także w utrzymaniu i wdzięczne do przeróbek, auto terenowe. Takie auto to np. suzuki samuraj lub vitara. Padło na vitarę, za którą dali ok. 5 tys. zł.

Tudkowie zaczynali od rajdów turystycznych. – Dużo kilometrów, zagadki terenowe, dużo pieczątek za pokonanie przeszkód. To jest fajne, ale zaczęło się robić nudne. Wolimy pokonać mniej kilometrów, ale jednocześnie odwiedzić bardziej ekstremalne miejsca. Trawersy, górki, dziury, gigantyczne kałuże – to jest coś, w czym wolimy się sprawdzać – mówił przed głogowską eskapadą K. Tudek.

W off-roadzie rodzinnie startują od dwóch, trzech lat. Byli w Kamykach k. Jeleniej Góry. W trakcie majówki uczestniczyli w całym cyklu imprez na Kowarach. Maj to także czas rajdów, m.in. w Krośnie Odrzańskim w ramach Raduszczanki. W czerwcu off-roadowcy spotykają się z kolei na Jasieniance w Jasieniu.

W Głogowie na fotelu pilota zasiadł Dominik Tudek, który w poligonowej przeprawie miał towarzyszyć ojcu. Ten 13-latek żyje off-roadem. – Wkręciłem się, naprawdę bardzo mi się to podoba. To takie moje hobby. Mimo że nie jeździ się szybko, ale po różnych kałużach, błocie i to trochę taka szkoła przetrwania na kółkach – mówił pilot, w którego oczach było widać prawdziwą iskrę.

Sama rywalizacja w terenie polega na tym, że zbiera się pieczątki zlokalizowane przy różnych przeszkodach, do których – żeby się odbić – nie można dojść, tylko trzeba jak najbliżej nich podjechać.

– Są różne trudności, więc trzeba to zrobić umiejętnie, bo auto można zniszczyć już na pierwszej górce, przewrócić się, uderzyć w coś albo pourywać napędy. Jak dotrę do pieczątki, to już jest moja inwencja – tłumaczy K. Tudek.

Nie do końca zatem chodzi o szybkość, choć są odcinki specjalne, na których odbywają się próby szybkościowe. Trzeba pokonywać przeszkody, żeby zdobywać pieczątki. Kto ich ma najwięcej, a do tego zebrał je w najlepszym czasie, ten wygrywa.

„Kończę z tym, kupuję rower i wędki”

Jazda po tak trudnych terenach powoduje, że pourywane elementy auta to rzecz na porządku dziennym. – Masę razy zdarzyło mi się nie wyjechać z jakieś wielkiej dziury albo kałuży. Rok temu na Kowarach podczas pierwszego ostrego wjazdu w błoto rozleciała nam się skrzynia biegów. Myśleliśmy, że rajd jest dla nas zakończony, ale jakoś nas chłopaki wygrzebali stamtąd. Okazało się, że mamy trzy działające biegi do przodu, nie mamy napędów na cztery koła, tylko na tył. Co więcej, nie mieliśmy jeszcze wstecznego biegu. Ale rajd dokończyliśmy i nawet zdobyliśmy chyba z 30 pieczątek. Zawsze trzeba jeździć do końca, nawet jak coś się urwie – mówi nowosolanin.

– Czy te awarie nie zniechęcają? – zapytałem.

– Były momenty, że miałem już w rękach kanister z benzyną i mówiłem do siebie: kończę z tym, kupuję rower i wędki, przechodzę na spokojniejsze hobby. Ale mija parę dni i z powrotem do tego wracam – mówi K. Tudek.

On off-road traktuje jako hobby. – Dużo ludzi ma ciśnienie, żeby przywieźć puchar. Jak jest duże ciśnienie, może zrobić się niebezpiecznie. Do tego niszczy się sprzęt. My z reguły jedziemy hobbystycznie, ale także by spotkać się po tygodniu pracy. Jeśli się coś wygra przy okazji, to jest w ogóle super – mówi Tudek senior.

Z torem na głogowskich rejonach zmierzyli się także Sylwia i Adam Kosteccy. Na pierwszym wspólnym rajdzie byli rok temu w Kowarach. – Zimno, brudno, wjeżdża się do wielkich kałuż i pewnie ktoś może zapytać: co tam robi kobieta? Odpowiadam: pomaga mężowi – uśmiechnęła się S. Kostecka.

To Adam pierwszy wciągnął się w off-road. Na początku jeździł z kolegą. Dwa lata temu w kwietniu pierwszy raz pojechali na rajd w Sudety. – Bardzo fajny, trasa kamienista, trudna. Były tam załogi z całej Polski. Spodobało mi się – wspomina nowosolanin.

Z czasem w rajdy terenowe wciągnął żonę: – Automatycznie chcąc spędzać z nim jeszcze więcej czasu, zostałam jego pilotem – uśmiecha się S. Kostecka.
– Co w tym fajnego? – zapytałem pilota.

– W jakimś sensie chodzi o adrenalinę, pokonywanie przeszkód, ekstremum. Do pieczątki, która jest powieszona na drzewie, trzeba podjechać możliwi jak najbliżej. Czasem pieczątka jest na środku jakiegoś stawku czy wielkiej kałuży, więc samochodem prawie jak amfibią, trzeba do niej prawie że podpłynąć. Bywa, że ze środka pojazdu trzeba żaby wyrzucać… – mówi S. Kostecka.

Co ważne i co było widać w Głogowie, wszystkie nowosolskie załogi, które tworzą nieformalną grupę 4w4 Nowa Sól, na rajdach trzymają się razem i pomagają sobie na trasie.

– To pozornie tylko zmagania indywidualne, ale w przypadku naszej grupy to gra zespołowa. Jak ktoś ugrzęźnie, to byłoby po jeździe, gdyby nie pomogli ci, którzy jadą za tobą. Zwłaszcza jak jest zabronione używanie wyciągarek. Wtedy trzeba wyrwać tę załogę z błota siłą drugiego samochodu za pomocą linii okrętowej – opowiada A. Kostecki.

Do tej pory tylko raz zdobył w startach pudło. – To na pewno bardzo cieszyło, ale rywalizacja nie jest aż tak ważna. W obrębie naszego teamu ja jej nie widzę. Ale już między nami, a innymi załogami, już jak najbardziej. Ważne, że na końcu jest zawsze integracja, ognisko, mile spędzony czas. I o to też w tym chodzi – dodaje nowosolanin.

Jego żona tak się wkręciła w rajdy, że kupiła swojego samuraja i zamierza startować siedząc za kółkiem. – Są typowo damskie rajdy, choćby Women‘s Challenge w Wiśle. Jest taka jedna dziewczyna, Kasia ze Śląska, która jest dla mnie inspiracją. Nie ma takiej przeszkody, której by nie pokonała. Jeździ odważnie i zawsze zdobywa wysokie miejsca wśród pań. Może i mi się kiedyś uda – zastanawia się S. Kostecka.

Motokurz jest ok

Na głogowskim rajdzie kobiet było więcej. W roli pilota debiutowała Katarzyna Dobraś, która partnerowała swojemu mężowi Romanowi. – Mąż zazwyczaj jeździ z córką, ale ta teraz nie mogła, więc dziś jestem ja. Przed debiutem stres jest ogromny – uśmiechnęła się nowosolanka.

Przygoda jej męża z rajdami w terenie zaczęła się przed dwoma laty. – Początkiem była przeróbka seryjnego mercedesa na terenówkę i tak później poleciało. Pierwszy wyjazd na Kamyki (rajd organizowany w Głuszycach – dop.red.). Później zbudowaliśmy terenową zmotę i mercedes poszedł w odstawkę – opowiadał R. Dobraś.

Udział w off-roadowych zmaganiach traktuje jako najlepszą z możliwych odskoczni do trudów życia codziennego. – Te wypady to moja pasja, poniekąd także sport. To też taka odskocznia od tego miejskiego życia, świetny antystres, moment, który pozwala się wyluzować. Co innego jeździć autem prywatnym po mieście, bo jak się puknie, szkoda. Tu się to robi po to, żeby też trochę poszaleć. Jak się coś popsuje, urwie czy połamie, to się naprawi – mówił off-roadowiec z Nowej Soli.
Od dłuższego czasu off-roadowy duet tworzą także Maciej i Małgorzata Dawidowscy. Maciej najpierw jeździł z kolegą jako pilot. Ale bardzo ciągnęło go za kierownicę. – Nie chciałem go wypychać nogą, więc kupiłem swoje – żartuje M. Dawidowski.

– Żona sama się wprosiła czy pan jej zaproponował pilotowanie? – zapytałem z przymrożeniem oka.

– Nie miałam wyboru. Chciałam spędzić więcej czasu z mężem na weekend. Żeby to zrobić, musiałam zmienić zainteresowania (śmiech). Wcześniej mąż cały czas jeździł na motocyklu, ale teraz w aucie ja też mam szansę, żeby się dosiąść. Na motor mnie nie zabierał, ale teraz mam miejsce na fotelu pilota – uprzedziła męża Małgorzata Dawidowska.

W drodze do Głogowa, gdzie jechaliśmy lasami, przydarzyła im się awaria sprzęgła. Myślicie, że się poddali?

– U na wszystko robi się na pstryk – śmiał się M. Dawidowski. – Jesteśmy razem, widziałeś, zepsuło się coś i już dwóch, trzech siedziało pod autem. To jest fajne, bo niby się jeździ samemu, ale cały czas współpracujemy jako team – dodał nowosolanin.

Dawidowscy startują na samuraju. – Można powiedzieć, że kupiłem złom: bez napędów, praktycznie samą budę. Spędziłem ze Zbyszkiem dwa, trzy tygodnie – dzień w dzień – żeby doprowadzić go do stanu używalności.

– Pan Zbyszek to szef parku maszyn waszej załogi? – zapytałem.

– Można tak powiedzieć – uśmiechnął się M. Dawidowski.

Off road w Nowej Soli?

Zbigniew Szulik, który w drodze do Głogowa przewiózł mnie po leśnych dziurach, nie tylko przerabia samochody, ale także sam startuje.

Oprócz frajdy ze startów, off-road traktuje także… leczniczo. – Jak pojeżdżę po takich dziurach, tak mi wytrzepie wszystkie kości, że naprawdę później przez tydzień nie mam problemów z kręgosłupem – mówi Z. Szulik.

Off-roadowcy nieśmiało mówią o pewnych planach na przyszłość. – Obecnie tworzymy grupę nieformalną, w której jest ok. 20 osób. Realnie myślimy o założeniu stowarzyszenia i rozszerzeniu działania. Tereny wokół Nowej Soli są bardzo fajne pod 

off-road, ale jest problem z Naturą 2000. Jeżeli w przyszłości chcielibyśmy zrobić np. imprezę charytatywną dla jakiegoś dziecka, to mam nadzieję, że władze, przede wszystkim miasto i Nadleśnictwo, byłyby przychylne. Tym bardziej, że chcielibyśmy pokazać, że nie robimy szkody przyrodzie. Nie jesteśmy, jak to mówię, turbo-wieśniakami, nie obrażając nikogo, którzy jeżdżą po Naturze 2000. Gdybyśmy w przyszłości starali się i dostali kawałek terenu, to moglibyśmy pokazać, że off-road nikomu nie szkodzi – mówi Z. Szulik.

– Co jest wciągającego w tym waszym off-roadzie? – zapytałem na koniec Dawidowskich.

– Żeby za piłką biegać jestem za gruby, a motokurz jest ok. Chcielibyśmy w Nowej Soli spróbować wyprosić gdzieś jakiś kawałek terenu, żeby to zalegalizować i bawić się wciągając w to innych. Może nawet kiedyś zrobimy rajd off-roadowy w Nowej Soli? – zastanawia się M. Dawidowski.

 

* Dziękuję Zbyszkowi Szulikowi za umożliwienie udziału w głogowskim rajdzie off-roadowym w roli nieklasyfikowanej załogi.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *