Domy wypełnione miłością, czyli być rodzicem zastępczym

Podaruj miłość dziecku – pod takim hasłem wspólnie z Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie chcemy promować pieczę zastępczą. Przekonamy Was, drodzy Czytelnicy, że bycie rodzicem zastępczym może dać wiele radości. – Wchodzą do domu po powrocie z przedszkola i mówią: „Ciocia, kocham Cię”. Wtedy sobie myślę, że było warto – mówi mama trójki dzieci

Na dziś w powiecie nowosolskim mamy 200 dzieci umieszczonych w ok. 140 rodzinach zastępczych. To baza, którą budowano przez lata. Poszukiwania rodzin trwają nieustannie.

– Zależy nam na rodzinach zawodowych, które profesjonalnie zajmą się dzieckiem. Na terenie powiatu nowosolskiego mamy tylko dwa pogotowia rodzinne. W tych dwóch pogotowiach powinno przebywać do trójki dzieci. U nas sytuacja jest taka, że w pogotowiach mamy nawet do siódemki dzieci. Więc tu już widać potrzebę, jeszcze cztery rodziny z tych dwóch można byłoby spokojnie utworzyć – opowiadała przed dwoma tygodniami na naszych łamach Aldona Porczyńska-Nalewajko, szefowa PCPR.

Jak wygląda życie w rodzinie zastępczej?

– Zupełnie tak samo, jak w każdej innej. Raz jest z górki, raz pod górkę. Raz jest radość, raz smutek. Ale najważniejsze, że te dzieci mają dom – mówią dwie mamy zastępcze, które opowiedziały mi o swoim codziennym życiu. Dla mnie to superbohaterki. Też tak uważacie?

Krystyna* miała własną firmę, której prowadzenie dawało wielką satysfakcję. – Zawsze pracowałam z ludźmi, tyle że ze starszymi. To pomaganie ludziom, w różnych sytuacjach, we mnie siedziało. Wiedziałam, że jak te „duże dzieci”, jak je nazywam, pójdą z domu, to nie będę sama, że w którymś momencie te dzieci przyjdą do nas. Nie sądziłam, że tak szybko. Albo inaczej – że te moje dziewczyny tak szybko pójdą z domu – uśmiecha się Krystyna.

Dom z rysunku

Z mężem udali się do PCPR-u, żeby dowiedzieć się, jakie warunki, choćby lokalowe, muszą spełnić, żeby móc myśleć o zostaniu rodzicami zastępczymi. – Później musieliśmy przejść testy psychologiczne, a potem szkolenie. Określiliśmy, że chcemy dzieci wczesnoszkolne, żeby nie musieć rezygnować z pracy. Ale jak pojechaliśmy do pogotowia rodzinnego, to serce powiedziało nam coś zupełnie innego… – wspomina moja pierwsza rozmówczyni.

Życie samo napisało za nich scenariusz tej wizyty. – Już mieliśmy wychodzić, kiedy podeszła do nas Kasia i zapytała, czy możemy z nimi wyjść na plac zabaw. Powiedziałam, że tak. Spędziliśmy razem trochę czasu. Kiedy wracaliśmy, Marysia, młodsza, zapytała: „Czy jeszcze do nich przyjdziemy?”. W tym momencie serce zaczęło bić mocniej. Podeszła do mnie Zosia i chwyciła mnie za nogi – opowiada mama zastępcza.

Oboje z mężem wyszli z pogotowia rodzinnego. Spojrzeli na siebie. Nie musieli nic mówić. – Wierzę w to, że między ludźmi musi być tzw. chemia. Tak jest w miłości, tak jest w przyjaźni. Nie każdy staje się naszym przyjacielem. Jak jest ta chemia, to kiedy są gorsze momenty, sytuacje kryzysowe, można to szybciej scalać. Łatwiej jest znieść pewne rzeczy w zachowaniu, jeśli podchodzimy właśnie w ten sposób – opowiada Krystyna.

Między nią i jej mężem a trójką dziewczynek zaiskrzyło. Tego samego dnia zapadła decyzja, że wezmą do siebie tę trójkę: najmłodsza z dziewczynek miała 2 lata, najstarsza – 7. – Powinno tak być, żeby dzieci miały okazję wcześniej zapoznać się z rodzicami zastępczymi, ale też z miejscem, do którego trafiają. Żeby nie czuły, że są traktowane jak rzecz, jak walizeczka, którą przenosimy z jednego miejsca i stawiamy w następnym. U nas było tak, że dzieci odwiedzaliśmy w pogotowiu kilka razy. Potem umówiliśmy się na spotkanie u nas. Spędziły u nas kilka godzin, następnym razem przyszły na cały dzień. No i my już wiedzieliśmy, że one chcą być u nas. Pokazały nam, że chcą u nas być malując dwa rysunki, na których jest nasz dom. Mam je do dziś oprawione w antyramie – uśmiecha się Krystyna.

Te rysunki zostały wykonane 13 kwietnia 2014 r. W domu są traktowane jak relikwia.

*imiona w tekście zostały zmienione

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *