SOR to nerwy, strach. Ale też satysfakcja i radość

Barbara Błaszczak, oddziałowa Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w nowosolskim szpitalu, została szczególnie wyróżniona przez wojewodę lubuskiego za pomoc pacjentom w trudnych sytuacjach, za skuteczność w działaniu i wielkie serce do pracy. Rozmawiamy z nią o pracy w ratownictwie medycznym, o chwilach pełnych wzruszeń, odpowiedzialności i o stałej gotowości do działania

Monika Owczarek: Zawsze można panią zastać na parterze w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Dochodzą słuchy, że jest pani ulubienicą dzieci trafiających na pogotowie: uśmiechnięta i gotowa do pomocy. Pani zaangażowanie w ratownictwie medycznym zostało docenione przez wojewodę.

Barbara Błaszczak: (śmiech) Niech pani mnie tak nie chwali, bo się rumienię. Z racji przypadających w październiku obchodów Dnia Ratownictwa Medycznego zostałam przez dyrektor Bożenę Osińską wskazana do wyróżnienia przyznawanego przez wojewodę lubuskiego. Jest mi bardzo miło, że moja praca została zauważona.

Trzeba jednak pamiętać, że SOR to zespół ludzi. W sumie pracuje tam 77 osób: lekarze, pielęgniarki, ratownicy czy sekretarki medyczne. Wszyscy razem tworzymy zespół, który się wspiera i może na siebie liczyć. Nie zostałabym wyróżniona bez ciężkiej pracy każdej z tych osób. Zawsze też mogę liczyć na wsparcie kierownika, dr. Zenona Iwaniszyna, dr Ewy Sabat i mojej zastępczyni Haliny Feuer.

Nie od początku jednak pracuje pani w SOR. Gdzie zaczynała pani swoją pierwszą pracę?

W nowosolskim szpitalu pracuję 33 lata. Nie pracowałam w innej placówce, od początku jestem związana z Nową Solą. Zaraz po szkole pielęgniarskiej trafiłam na „R”, czyli na Oddział Anestezjologii i Intensywnej Terapii. Każda młoda pielęgniarka chce tam pracować. To jest wyjątkowe miejsce, gdzie zdobywa się największą wiedzę. Uczyłam się wszystkiego od podstaw. „R” była wówczas w drugim budynku, w dzisiejszej części kardiologicznej.

Miałam doskonałych nauczycieli, pielęgniarki poświęcały mi dużo czasu. Praca w szpitalu przez lata się zmieniała. Wtedy nie byliśmy przypisani do jednego oddziału, ale miało się dyżury w karetkach, na bloku operacyjnym i na oddziale. Miesiąc byłam więc na oddziale przy pacjentach, miesiąc na bloku operacyjnym, a kolejny w karetce. W ten sposób pracowałam 10 lat.
Tak naprawdę z każdym rokiem zdobywałam większe doświadczenie, uczyłam się pracy w stresie. Byłam bardzo młoda i musiałam się uwijać, żeby zrozumieć zasady i obowiązki we wszystkich tych miejscach.

Zdarzały się dramatyczne sytuacje. Wciąż mam w pamięci dzień, kiedy miałam dyżur w karetce i zostaliśmy zadysponowani do wypadku z udziałem małego dziecka. Nic nie mogliśmy zrobić, dziecko już nie żyło. Od tego momentu nie chciałam jeździć w karetce. Trudno mi było poradzić sobie z taką traumą. Zapytałam Romy Tłuczek, ówczesnej głównej pielęgniarki szpitala, czy nie dałaby mi szansy w pracy dyspozytorskich zespołów wyjazdowych. Ucieszyła się i powiedziała, że nie ma żadnego problemu i jeśli chcę, mogę zostać dyspozytorką. To był wyjątkowy moment w moim życiu, bo szybko się okazało, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mnie czeka.

Na stanowisku dyspozytorki medycznej pracowała pani 15 lat. To kawał życia i pewnie równie wiele trudnych sytuacji. Co najbardziej utkwiło pani w pamięci?

Pracy dyspozytora towarzyszy ciągły stres i napięcie, które niemal nie przemija. Każdego dnia czułam potężną odpowiedzialność. Kiedy dzisiaj przypominam sobie tamte sytuacje, to wciąż analizuję, czy dobrze postąpiłam.

Kiedy zaczynałam, nie zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawy. Ludzie dzwonili do mnie z niesamowitymi problemami. Czasami serce miałam pod gardłem, strach czułam w każdym centymetrze ciała. Tak się działo, kiedy reanimowałam przez telefon malutkie dziecko. Maluch się zachłysnął i jego mama zadzwoniła po pogotowie. Dziecko już nie oddychało, mama była w szoku: płakała, krzyczała, nie mogła się skupić, żeby mnie słuchać. Zapytałam, czy w domu jest ktoś jeszcze. Była babcia. Mówiłam babci, co ma robić, a ona pomagała dziecku słuchając moich wskazówek. W pewnym momencie usłyszałam w słuchawce płacz maleństwa. Byłam bardzo szczęśliwa i nieprawdopodobnie wykończona.

Za chwilę przyjechał tam zespół wyjazdowy i już zajęli się dzieckiem. Po takich sytuacjach rozmawiało się z innymi dyspozytorami na temat danej sytuacji, czy dobrze się zachowałam, czy można było zrobić coś inaczej. Obciążenie psychiczne jest ogromne. Za każdym razem, gdy ktoś umierał, czułam wielki ciężar.

W trudnej pracy dyspozytora na pewno były takie momenty, które sprawiły, że kocha pani to, co robi.

Zdarzały się miłe sytuacje, które dawały kopa do dalszej ciężkiej pracy. Kiedy się komuś pomogło, a ta osoba podziękowała, to czuło się satysfakcję. Np. jak mówiłam starszej kobiecie, co ma robić, żeby poradzić sobie ze skokami ciśnienia i to się udało. Wtedy byłam bardzo szczęśliwa. Następnego dnia rano zadzwoniłam jeszcze do niej i dopytywałam, czy na pewno wzięła leki. Córka tej pani znalazła mnie w szpitalu i podziękowała za wszystko. Takie momenty dają motywację do dalszej pracy.

Miałem też stałych dzwoniących. Jeden pan dzwonił niemal codziennie. Radził się w sprawach zdrowotnych. Któregoś razu poprosiłam go o telefon troszkę później, bo jestem bardzo zajęta. Chwilę później zadzwoniła do mnie policja z pytaniem, co się dzieje. Byłam bardzo zaskoczona. Okazało się, że ten pan zadzwonił na policję i poprosił, żeby pani Basi w dyspozytorni nikt teraz nie przeszkadzał, bo jest zajęta i potrzebuje spokoju. Później ten sam mężczyzna przyniósł mi kwiaty i laurkę. Takich dobrych chwil jest jednak mało.

Najtrudniejsza jest dopadająca dyspozytora bezradność. Chce się pomóc, ale ludzie nie słuchają, tylko krzyczą, ubliżają. Mówią, żeby dyspozytor się zamknął, bo oni czekają na karetkę. Tymczasem nasze instrukcje są bardzo ważne i wykonywanie ich w oczekiwaniu na przyjazd karetki może uratować komuś życie. Bywają też sytuacje, że jakaś kobieta wzywa karetkę, bo nasi ratownicy jej się podobają. Innym razem trzeba kogoś zabrać do szpitala, a kobieta mówi, że musi sobie zrobić fryzurę i makijaż.

W zdecydowanej większości ludzie jednak czekają na przyjazd ratowników. Kiedy zespół wchodzi do domu, są wdzięczni i czują się bezpiecznie.

Praca w SOR bardzo się zmieniła przez ostatnie lata?

Oczywiście. Z roku na rok personel medyczny jest bardziej wykwalifikowany i wykształcony. Przybywa nowoczesnego sprzętu medycznego. Zmieniają się warunki pracy. Przybywa procedur, których należy przestrzegać, żeby dobrze dbać o pacjentów. Mamy lepsze i profesjonalnie wyposażone karetki. Medycyna idzie do przodu, a wraz z nią nasze umiejętności.
Nie zmieniło się tylko to, że każdy człowiek w pierwszej kolejności szuka pomocy na SOR. Mamy bardzo trudne przypadki, ale też takie, które nigdy nie powinny do nas trafić, tylko do lekarza rodzinnego.

Jaka była pani droga ze stanowiska dyspozytorki do oddziałowej SOR?

Wróciłam do szkoły i zrobiłam licencjat z pielęgniarstwa. Wtedy ówczesny oddziałowy zabrał mnie z dyspozytorni do pracy w oddziale. Zostałam jego zastępczynią. Uczył mnie zupełnie innej pracy, zajęłam się epidemiologią, układałam grafiki. Główna pielęgniarka szpitala Magda Lentowicz zaczęła mnie namawiać na dokończenie studiów i obronę tytułu magistra pielęgniarstwa. Bardzo się wzbraniałam, uważałam, że nie jest mi to potrzebne. Tak mi jednak weszła na ambicję, że w końcu to zrobiłam, a z rozpędu ukończyłam dodatkowo specjalizację pielęgniarki chirurgicznej.

Trzy lata temu zostałam oddziałową SOR. Zleciał ten czas, nawet nie wiem kiedy. Dzisiaj jestem mocno obciążona pracą administracyjną.

Wielkim wsparciem dla mnie jest moja zastępczyni Halina Feuer, która wspiera mnie na każdym kroku i mogę na nią liczyć. Praca w SOR to wielkie emocje: nerwy, strach, satysfakcja i radość. To wyjątkowe miejsce, którego nie zamieniłabym na żadne inne.

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media