„Niech Rampa się nie zmienia”. Jak przez 15 lat utrzymać w Nowej Soli bar [REPORTAŻ]

– Właściciel musi mieć zawsze oko na swój bar. Musi o lokal dbać. I trzeba włożyć w to wszystko serce – mówi Piotr Dukowski. Jego Klub Bilardowy Rampa ma już 15 lat

Nowosolski ślusarz od dłuższego czasu myśli o otwarciu swojego baru. To jego marzenie. W 2003 r. wykonuje pracę ślusarską dla PSS Społem w budynku przy ul. Piłsudskiego 3. Zagaja do prezesa Społemu, czy nie chciałby tego lokalu wynająć, bo to korzystna lokalizacja – centrum miasta, jest parking. Piotr Dukowski już wizualizuje w głowie, jak mogłaby wyglądać jego knajpa. Pół roku negocjuje warunki wynajmu. I rozpoczyna gruntowny remont, bo dzisiejszy środek lokalu w niczym nie przypomina stanu z początku tego wieku.

Teraz Dukowski uśmiecha się, jak patrzy na zdjęcia z tamtego okresu. – Dużo tutaj się zmieniło, zanim powstała Rampa – mówi. – Myślałem, że remont uda się zrobić taniej, ale nie udało się. Otwarcie przedłużało się, bo planowałem otworzyć lokal już w lutym-marcu 2004 r.

Przed startem nie było różowo, bo remont pochłonął dużo pieniędzy. Ostatecznie pierwszy klient Klubu Bilardowego Rampa przekroczył jego próg 22 listopada.

Dukowski: – W bilarda grałem już od 16. roku życia, jeździłem po turniejach. Był moment, kiedy w Nowej Soli były cztery lokale, w których stały stoły bilardowe. Ale trudno było się do nich dostać, takie było obłożenie. Te miejsca zostały z różnych powodów pozamykane, zniknęły. W 2002-2003 były w Nowej Soli tak naprawdę dwa charakterystyczne bary: Teatralna i Zaścianek. Nic więcej. Wtedy pomyślałem: Rampa musi wypalić!

Na starcie sito

– Pamiętasz pierwszy dzień? Przyszło dużo klientów? – pytam szefa Rampy.

Bal przebierańców w Rampie. Na zdjęciu Piotr Dukowski

– Otwarcie dla ludzi z zaproszeniami było w czwartek, zrobiłem bal przebierańców. Przyszli przedstawiciele wszystkich firm budowlanych, które pomogły mi w remoncie, do tego moi znajomi, koledzy, przyjaciele. Było świetnie. W weekendy pełen lokal ludzi. Przypominam sobie momenty, że bałem się o swoje życie, bo jeszcze w mieście było mnóstwo tzw. „starej elity”, która teraz ucichła, siedzi w więzieniu albo powyjeżdżała. Co weekend ktoś chciał przejmować mój lokal, pokazać, kto rządzi w tej Nowej Soli. Ważna na początku była selekcja klienteli, która tak naprawdę trwa do dzisiaj. Ale wtedy było najtrudniej, zjadłem dużo nerwów. W ciągu tych 15 lat zdarzało się, że ktoś rzucił we mnie szklankami, do tej pory jest znak na ścianie, ale mocne zadymy w środku miałem może z cztery. Na szczęście nie pamiętam – odpukać – kiedy ostatni raz zdarzyło się coś takiego. Bardzo pomaga mi firma ochroniarska Bejur, z którą współpracuję od pierwszego dnia. Ci, którzy nie przychodzili, żeby się fajnie bawić, tylko coś komuś udowadniać, po jakimś czasie przestali przychodzić. Na starcie trzeba było zrobić sito.

– A barmaństwa długo się uczyłeś?

– Miałem ten plus, że mój wujek z Wrocławia pracował w gastronomii i kateringu. Przyjechał na trzy dni, żeby mnie przeszkolić, stał ze mną za barem. Musiałem się wszystkiego nauczyć szybko, bo nie było innego wyjścia.

Spowiednik i przyjaciel

Dukowski poznał w Rampie dużo ludzi. Przychodzili, przysiadali przy barze, zaczynali rozmowę i tak rodziły się przyjaźnie. Opowiadali, co robią w życiu, gdzie pracują. I wracali znowu, bo chcieli pograć w lotki czy w bilarda, wypić piwo i znowu pogadać. Wielu przyjaciół lokalu już powyjeżdżało z Nowej Soli. Ale są tacy, którzy jak tylko przyjeżdżają np. na święta, nawet z bagażem idą prosto do Rampy.

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE „TYGODNIKA KRĄG”

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *