10 lat temu w wypadku stracił nogę, teraz wrócił do sportu. „Wykorzystuję drugą szansę”

– 10 lat temu w Boże Narodzenie siedziałem na wózku, paliłem papierosa, płakałem i pytałem: dlaczego mi się to przytrafiło? – wspomina Marcin Oleksy. Po wypadku stracił nogę. Dziś wrócił do sportu: trenuje młodzież, gra w lidze dla zawodników po amputacji. Znowu robi to, co kochał od dziecka

Rok 2010, 20 listopada. Poranek w Zielonej Górze. Początek weekendu. Na Szosie Kisielińskiej trwają roboty, robotnicy łatają dziury w drodze. Jeden z nich, Marcin Oleksy, staje tyłem do jezdni, na wprost maszyny. Jego wujek rozprowadza asfalt. W pewnym momencie wielki huk, uderzenie.

Wujek zdążył jeszcze przekląć, Marcin już leży na ziemi. Rozgląda się, wokół jest pełno krwi.

– Wtedy pytałem sam siebie, czy będę żył. To było dla mnie najważniejsze – mówi mi Marcin. – Byłem przestraszony, w szoku.

– Nagle z nieustalonej przyczyny wjechał w nich 81-letni kierowca, który prowadził malucha – mówiła w „Tygodniku Krąg” 10 lat temu Małgorzata Stanisławska, rzeczniczka zielonogórskiej policji. – Jeden z robotników na skutek poniesionych obrażeń stracił nogę. Jego kolega także został ranny. Sprawdziliśmy, roboty były prawidłowo oznakowane. Kierowca samochodu był trzeźwy.

Tym robotnikiem, który stracił nogę, był Marcin Oleksy, utalentowany bramkarz Korony Kożuchów, a wcześniej Arki Nowa Sól.

Marcin Oleksy w barwach Korony. Przed wypadkiem

Przyjaciele mówią na niego Olo.

Ale wróćmy na Szosę Kisielińską. Po Marcina przyjeżdża karetka. Zabiera go do szpitala.

Golonka

Marcin: – Po operacji obudziłem się i zobaczyłem całą rodzinę. Wiadomo, były łzy. Ale postanowiłem sobie z tego wszystkiego od razu zażartować. Kazałem im spieszyć się do supermarketu, bo na pewno załapią się na goloneczkę z mojej łydki. To nie było tak, że się załamałem. Chciałem to obrócić w żart, żeby rodzina mniej to przeżywała. Ewelina, moja narzeczona, była w ciąży. Miała rodzić za trzy-cztery miesiące.

Jasne, bywały jakieś trudne momenty, bo taki wypadek jednak sprawia, że tracisz swoje poprzednie życie. Z drugiej strony myślę, że teraz lepiej mi się żyje. Dostałem drugą szansę i lepiej ją wykorzystuję. Ten wypadek coś mi dał.

10 lat temu w Boże Narodzenie siedziałem na wózku na balkonie, paliłem papierosa, płakałem i pytałem: dlaczego mi się to przytrafiło? Dlaczego trafiło na mnie? Dziś patrzę na to tak, że może i lepiej. Bo gdyby to przytrafiło się komuś innemu, to wiem, że łatwo się po tym załamać. Taki wypadek przynosi określone konsekwencje i wielu ludzi straciłoby optymizm w stosunku do życia.

Dlatego chcę powiedzieć coś tym, którzy przeżywają podobne dramaty: trzeba walczyć, szybko ułożyć to sobie w głowie. Nie ma co się załamywać. Nie poddawajcie się.

Teraz już nie wracam do wypadku. Nie jest tak, że boję się o tym mówić, ale nie wracam. Bliscy i rodzina byli kluczem, żeby to przetrwać. Za chwilę miałem zostać ojcem i to nie był czas na załamkę.

Ewelina mi wtedy pomogła. Bardzo jej za to dziękuję. Można powiedzieć, że była moim aniołem. Zajmowała się mną dużo lepiej niż pielęgniarki czy lekarze. Po operacji miałem bóle fantomowe, nie pomagały mi leki. Musiałem się czasem wykrzyczeć, a ona przyjmowała to ze spokojem. Jestem jej za to wdzięczny.

Tak, była moim aniołem. Spadła mi z nieba. Czy ją kocham? Oczywiście. Inaczej nie byłbym z nią od tylu lat.

Miłość

– Czas po wypadku był bardzo trudny. Musiałam stawić temu czoła – mówi Ewelina. – Wszystko spadło na moją głowę, a za chwilę miałam rodzić. Można powiedzieć, że w pewnym okresie miałam w domu dwójkę dzieci, do których musiałam wstawać w nocy. Zawsze mówię, że to ja noszę spodnie w tym domu. Gdy szliśmy na spacer, pchałam wózek inwalidzki, a Marcin pchał wózek dziecięcy. Trochę to śmiesznie wyglądało [uśmiech]. Ale przebrnęliśmy przez to. To już jest za nami. Marcin przez to przeszedł.

Jak? Kluczowe były narodziny Tomka. Marcin miał momenty załamania. Rzucał czasem, że nie chce żyć, a ja próbowałam mu to wszystko jakoś tłumaczyć. Że żyje dla mnie i naszego synka. W zasadzie do dzisiaj ma takie chwile, że wstanie, rzuci protezą i spyta: dlaczego to spotkało akurat mnie? Przychodzą takie zawahania. Oczywiście on potrafił śmiać się z tego wypadku, ale to były pozory. Gdy zostawaliśmy sami, ściągał maskę.

Na mojej głowie było też wypełnianie licznych papierów, żeby po tym wypadku od państwa dostać śmieszne pieniądze.

Marcin jest dobrym człowiekiem. Jednocześnie bardzo zawziętym, jak sobie coś postanowi. I to mu pomogło.

Nygus

Kamil, brat Marcina: – To była dla nas rodzinna tragedia. Miałem wtedy 15 lat, byłem gówniarzem, który nie rozumiał świata. Też zresztą grałem w piłkę i tak jak Marcin stałem na bramce, nie wyobrażam sobie, jak ja bym przeżył taki dramat. Marcin ma wrodzone poczucie humoru i po czasie zrozumiałem, że to normalne, że się nie załamał. Uważam, że przeżył to w miarę spokojnie. A widzi się nieraz, jak ludzie użalają się nad sobą.

             Trening bramkarski Akademii Piłkarskiej Dziesiątka, który prowadzi Marcin Oleksy

Jestem pełen podziwu. Zawsze był charakternym człowiekiem, takim nygusem, ale normalnym [śmiech]. To wyniósł również z boiska. Może być przykładem dla ludzi, którzy mają za sobą jakąś tragedię, że można po tym wrócić. Że można wszystko.

Bardzo pomogła mu też Ewelina. Marcin nie miał czasu na załamkę. Kiedy patrzę na to, jak brat wrócił do piłki, myślę sobie, że warto wracać do marzeń i je spełniać.

Dalej nie jest mi łatwo o tym mówić. Wracamy do bolesnej historii sprzed lat, ale to już przeszłość.

Patrzenie

– Gdy założyłem protezę, na początku mi przeszkadzała, raniła mnie. Nie była taka, jaką bym chciał, przez co się denerwowałem – wspomina Marcin. – Musiałem na nowo nauczyć się chodzić, bo sporo czasu spędziłem na wózku. Myślałem: będzie proteza, założę ją i sobie pójdę. Myliłem się. Jak pierwszy raz wstałem na protezie, nie potrafiłem zrobić kroku. Chociaż amputacja nogi i tak nie jest aż takim problemem jak choćby amputacja ręki – wtedy musisz uczyć się od nowa wielu czynności. Pierwsze cztery-pięć lat byłem skryty, jeśli chodzi o protezę. Widziałem, że ludzie mi się przyglądają. Nie chodziłem w krótkich spodenkach. Po amputacji czuje się ten wzrok, on męczy. Ludzie nie patrzą ci w oczy, tylko na protezę.

Osiem lat trwała batalia sądowa o to, żeby ubezpieczyciel zapewnił Marcinowi porządny sprzęt ortopedyczny czy pieniądze na rehabilitacje. – Wygrałem i teraz nie muszę się o to martwić – podkreśla Olo. – Zrobiliśmy elektroniczną protezę, w której stopa się ugina. Po poprzedniej miałem wadę chodzenia i dopiero, gdy założyłem nową, poczułem taką normalność. Ludzie tej protezy albo w ogóle nie zauważają, albo myślą sobie, że po prostu boli mnie noga, dlatego kuleję.

Bramkarz

Dziś Marcin zajmuje się na co dzień przede wszystkim wychowaniem Tomka i Tosi, która urodziła się trzy lata temu. Hoduje też gołębie sportowe.

Ale co z piłką? Ważnym krokiem, by do niej wrócić, był dla niego zakup specjalnej protezy do biegania. Przybliżyła go do powrotu do sportu, który kochał od dziecka. – Pamiętam pierwszy moment, kiedy zacząłem w niej biec – uśmiecha się Olo. – Byłem taki szczęśliwy. Po ośmiu latach zapomniałem już, jak się biega. Usłyszałem wtedy, że lepiej biegam, niż chodzę. W końcu postanowiłem pierwszy raz zagrać z synem w piłkę. Kolega, Tomek Bernas, otworzył nam orlika w Modrzycy. No i zagraliśmy.

Marcin Oleksy wrócił do tego, co zawsze kochał

I już poszło. Półtora roku temu Marcin Oleksy został trenerem bramkarzy w Akademii Piłkarskiej Dziesiątka. Organizuje dzieciakom zajęcia raz w tygodniu. Przychodzi na nie ponad 10 zawodników – od 8- do 13-latków. Na nich wykonują różne ćwiczenia, ale Marcin sam również pokazuje parady. – Staram się to robić na prawą nogę – precyzuje. – Czy orteza mi przeszkadza? No jest taka myśl, że coś się może stać, bo to jednak jest metal. Pamiętam na pierwszym treningu, jak mój zawodnik mocno uderzył i sam byłem w szoku, że to obroniłem. To mi potwierdziło, że da się z tym bronić. Potrafię przeskoczyć przez metrową przeszkodę i zrobić fikołka, tak że nie jest źle.

Czyli znowu ta piłka. Ciągnęło wilka do lasu.

Brat Marcina: – Jest bardzo zajarany tym trenowaniem dzieciaków. Czasem do mnie zadzwoni i opowiada, co zrobił dzisiaj na treningu z młodymi. Ma do tego zapał.

– Jestem bardzo zadowolony z tych chłopaków i mam nadzieję, że oni są zadowoleni ze mnie – mówi Olo. – Nowa Sól zawsze słynęła z dobrych bramkarzy. Sam kiedyś dużo nauczyłem się od Piotrka Łobody czy Zbigniewa Pawa. Trzeba włożyć dużo pracy, żeby wyszkolić dobrego golkipera. Mnie to trenowanie strasznie nakręca. Gdy widzę chłopaków wchodzących na boisko, dostaję pozytywnego kopa. Nie wiedziałem, czy sobie poradzę, ale od pierwszego treningu poczułem się świetnie.

– Dzieci pytały cię, dlaczego masz protezę? – pytam.

– „A co ty, trener, tam masz?”. To odpowiadałem: a taką nogę. Ale mało było tych pytań bezpośrednio do mnie. Bardziej przyglądali się i mówili do siebie „widziałeś, jaką trener ma nogę?”. Ja się z tego śmieję, mówię: chodź, zobaczysz z bliska, nie musisz się tak przyglądać. To też jest ważne dla dzieci, żeby one w przyszłości wiedziały, jak się zachować, gdy spotkają osobę podobną do mnie. Muszą wiedzieć, że prowadzimy normalne życie, tylko nie mamy jakiejś części ciała.

Wzór

Ewelina: – Namawiałam go, żeby wrócił do piłki. Jestem szczęśliwa, że tak się stało. Widziałam, że oczekiwał od naszego Tomka gry w piłkę, bardzo tego chciał. I Tomek trenuje, ale teraz Marcin nabrał dystansu, mówi, żeby przede wszystkim wybrał swoją drogę. Zauważyłam, że ten nacisk na Tomka jest słabszy, odkąd sam wrócił do futbolu.

Paweł Błaszczak, szef szkółki, gdzie pracuje Marcin: – Gdy odszedł od nas trener bramkarzy, szukaliśmy nowego. Rozpytywałem ludzi, czy znają kogoś, kto mógłby u nas trenować dzieci. I Kamil Ozgowicz, kolega, mówi mi, że przecież trenera bramkarzy to ja już w akademii mam wśród rodziców. Bo syn Marcina u nas trenuje. Przemyślałem to i zapytałem, czy chce spróbować. Zgodził się. Wiadomo, że w związku z tym wszystkim rodziły się jakieś pytania, ale po pierwszym treningu wiedzieliśmy już, że to jest to. Jakość tych treningów jest bardzo dobra. Marcin radzi sobie doskonale, a zawodnicy są zaangażowani. Jak pójdziesz na jego trening, nie zauważysz różnicy w tym, że ma protezę. Wrócił na dobre i bardzo się z tego cieszę, bo znam Marcina od dawna, mieszkaliśmy kiedyś na jednym osiedlu. On jest niezwykły. Zapracował sobie na to wszystko sam i fajnie, że mogłem mu w tym jakoś pomóc.

                                              Trener ze swoją ekipą z Dziesiątki. Grudzień 2020

Wspomniany przez Błaszczaka Kamil Ozgowicz, kolega Marcina: – Podsunąłem Pawłowi pomysł, żeby to Marcin został trenerem bramkarzy, bo kiedyś go spotkałem i Olo powiedział mi, że tak naprawdę dziś nie jest problemem zorganizować taki trening bramkarski. To mi weszło do głowy, przecież trenera mamy na wyciągnięcie ręki. Dzieci, obserwując Marcina, mają dobry wzór. A po drugie – to nasz kolega, przecież kiedyś z nim graliśmy. Wiemy, co się wydarzyło, a teraz znowu robi to, co kocha. On może być dla ludzi inspiracją. Wiesz, to chyba cechuje nas wszystkich, którzy wychowali się grając w grupach młodzieżowych Arki. Trener, pan Przemek Gusta, wpajał nam pewne rzeczy, które budowały charakter. To, co usłyszysz za młodu od trenera, kształtuje twoje życie. Fajnie spędziliśmy to dzieciństwo.

Przemysław Gusta, pierwszy trener Ola: – Marcin był bardzo dobrym bramkarzem, miło wspominam treningi z nim. Mieszkał w bloku naprzeciwko stadionu. Pamiętam, że jak nie miał z kim zostawić swojego brata, a chciał koniecznie być na treningu, to też go zabierał na zajęcia.

– Jesteście bramkarską rodziną. Twój syn też stanie w bramce? – pytam Marcina Oleksego.

– Waha się – Olo się śmieje. – Na początku rzeczywiście chciałem, żeby bronił. Ale pozycję wybierze sobie sam. Ze mną było podobnie, kiedyś wolałem grać w polu, ale później stwierdziłem, że jednak zostanę bramkarzem. Jak zacząłem prowadzić treningi bramkarskie, na kilka z nich wziąłem Tomka i stwierdził, że już nie chce być golkiperem, bo za dużo od niego wymagam. Ale przecież musiałem. Chciałem, żeby wszystko robił dokładnie. Czy będzie bronił? Musi sam zdecydować, czy w ogóle będzie chciał grać w piłkę. To jego decyzja.

Legia

W tym roku Marcin zaczął grać również w ekstraklasie ampfutbolu. „To rodzaj piłki nożnej – czytam w internecie – rozgrywanej przez zawodników po jednostronnej amputacji kończyny dolnej (w przypadku graczy z pola) lub kończyny górnej u bramkarzy”. – Dlatego czasem żałuję, że nie ucięli mi ręki. Wtedy znowu byłbym bramkarzem – żartuje Olo.

I opowiada: – Zaczęło się w Polkowicach. Tam była drużyna, która grała w ekstraklasie, ale później to się rozsypało i tamtejszy trener chciał ułożyć zespół na nowo. Nic z tego nie wychodziło.

I wtedy pojechałem do Poznania, żeby grać z Wartą. Tu mi się podoba, trenują fajni ludzie. Fantastycznie mnie przyjęli. W Polkowicach było nas nieraz czterech-pięciu, a w Poznaniu około 20.

Wchodzę do szatni i czuje się tak jak kiedyś. Odnajduję ten klimat. Wróciły wspomnienia.

Czy mi tego brakowało? Na pewno odczuwałem brak spotkań z kolegami z boiska, pogrania w piłkę. To przyszło później, bo zaraz po wypadku nie miałem czasu na myślenie o tym – w drodze był Tomek, do tego problemy zdrowotne. W 2011 r. zorganizowaliście dla mnie charytatywny turniej mikołajkowy i wtedy to wróciło. Coś we mnie drgnęło.

         Z piłką jest jak z jazdą na rowerze. Tego się nie zapomina!

Ostatnio byłem na pierwszym ampfutbolowym turnieju. – Wyszedłem w pierwszym składzie z Legią Warszawa, gdzie grają reprezentanci Polski, i na początku byłem nieco zagubiony – mówi mi. – To jest bardzo wysoki poziom i po 10 minutach wysiadłem kondycyjnie. Ale zobacz: gdyby nie wypadek, pewnie nigdy nie zagrałbym z Legią Warszawa. Potem, z Wisłą Kraków, szło mi już lepiej.

Płyną

Dariusz Sylwestrzak z Warty Poznań, trener Marcina Oleksego: – W tej odmianie piłki nożnej najważniejsza jest chyba głowa. Motoryka też, bieganie ramionami, bo są zawodnicy, którzy na boisku płyną, tak lekko poruszają się na tych kulach. Ale najbardziej istotna jest przede wszystkim mentalność. Czy ktoś pomimo przeszkód, które go spotkały w życiu, podejmie to wyzwanie.

Tak, trenuję bohaterów, ludzi, którzy dają nam wszystkim przykład. Gdy prowadzę trening piłkarzy w pełni sprawnych i oni mi narzekają, że jest ciężko, że nie mają czasu, to jako przykład podaję im ampfutbolistów. Oni mimo wszystkich przeciwności losu są często bardziej zaangażowani w grę, w życie klubu. Są wzorem. Warto czasem spojrzeć na nasze życie z boku. Osoby w pełni sprawne czasem nie doceniają tego, co mają na co dzień.

Marcin radzi sobie dobrze, ale póki co jego motoryka nie jest jeszcze taka, jak chcemy. Nie potrafi jeszcze tak dobrze i długo biegać o kulach, żeby wytrzymać cały ampfutbolowy mecz. Bieganie o kulach sprawia najwięcej kłopotów ludziom, którzy zaczynają uprawiać ten sport. Będziemy nad tym pracować i jak Marcin dojdzie do tego poziomu, że wytrzyma 10-20 minut meczu, będziemy mieli z niego bardzo duży pożytek.

Technika jest u niego na wysokim poziomie. Ma dobrze ułożoną stopę, wie, jak się ustawić. Widać, że grał w piłkę – tacy zawodnicy mają łatwiej – i jak już dostanie ją na treningu, to zazwyczaj jest gol.

Wstajesz!

Rok 2020, 22 grudnia. Wieczór w Nowej Soli, boisko na osiedlu Konstytucji. Marcin prowadzi trening bramkarski. Młodzi chłopcy słuchają jego instrukcji.

Krzyczy do zawodników: w prawo, na płotek! Brawo! Na płotek! Mocno! Za szybko! Musisz obserwować piłkę, a nie rzucać się na pamięć. Szybciej wstajesz. Brawo!

Olo jest szczęśliwy.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Skip to content