Konie lubią robić kawały

Wiola jest filigranową dziewczyną. Gdy swobodnie i ze spokojną pewnością porusza się między swoimi wielkimi, półtonowymi wierzchowcami, widok naprawdę robi wrażenie

– Więc ty jesteś ich szefem? – zagaduję z podziwem.
– A może raczej ich sługą – uśmiecha się Wiola, po czym zaprasza na 32. urodziny Kuby, które wypadły w piątek 29 stycznia.

Urodziny

Baronet, po domowemu Kubuś, jest najstarszym koniem na Rancho Indiana. To rasowy konik polski.
Idę za Wiolą do stajni. Na sześcianach prasowanej słomy stoi taca z lampkami szampana dla gości. Kuba zaś dostaje smaczny tort owocowy i prezenty. Też smaczne. I zdrowe. M.in.: marchew, jabłka, suplementy diety.
– Trochę urodzin mam już za sobą, ale na urodzinach konia to jestem po raz pierwszy. Kto wpada na takie pomysły? – pytam z uśmiechem.
Wiola: – No ja na nie wpadam [śmiech]. To mój pierwszy koń. Przeżyłam z nim tyle przygód. I wiek ma już słuszny.
Obserwuję Wiolę i konie. Gdy wydaje im polecenia, słuchają bez mrugnięcia okiem. Bez cienia lęku. Wpatrzone w nią. Uważne. Wystarczy jej jedno gwizdnięcie, czy zawołanie i podchodzą posłusznie. Rzeczywiście sprawiają wrażenie dzieci przy matce.
– Nie stosuję żadnej formy przymusu, gdy uczę je sztuczek. Nagradzam, gdy dobrze sobie poradzą. A one po prostu bawią się ze mną. Wiedzą, że je kocham. Są moimi przyjaciółmi, członkami rodziny, sensem życia. Bez nich nie miałoby ono tylu barw – tłumaczy Wiola, gdy pytam ją, w jaki sposób z nimi pracuje.
Gdyby wnioskować po jej skuteczności trenerskiej, można odnieść wrażenie, że ma w rodzinie koniarzy od pokoleń.
Wiola: – Nikt w mojej rodzinie nigdy nie zajmował się końmi. Ja urodziłam się z tą miłością do nich. Żeby kochać konie nie trzeba mieć dziadka ułana. Zaczęło się od marzenia o własnym koniu i galopie na końskim grzbiecie w nieznane. A później, gdy marzenie się spełniło, przyszła ciężka praca od świtu do nocy, choroby koni, stresy, zmęczenie. Ale to miłość bezwarunkowa i nie da się z niej wyleczyć. Potwierdzi to każdy koniarz. A konie oddają swoją miłość bezgranicznie. I to widać: po spojrzeniu, po tym, jak na mnie reagują.

konie-2-300x225.jpg" alt="" width="611" height="458" srcset="http://tygodnikkrag.pl/cms/wp-content/uploads/2021/02/13-konie-2-300x225.jpg 300w, http://tygodnikkrag.pl/cms/wp-content/uploads/2021/02/13-konie-2.jpg 408w" sizes="(max-width: 611px) 100vw, 611px" />

Ostatnie słowa Wiolety niemal natychmiast się materializują. Gdy rozmawiamy, podchodzi do nas Kastor, śliczny, zgrabny koń o siwej maści. Ustawia się między mną a Wiolą, jak żywa tarcza. Odgradza mnie od niej wręcz demonstracyjnie, jakby wysyłał komunikat „jakby co, to jestem i nie pozwolę skrzywdzić”.
Mija dłuższa chwila, nim stwierdza, że Wioli nic z mojej strony nie grozi. Delikatnym liźnięciem daje mi do zrozumienia, że akceptuje moją obecność. I spokojnie odchodzi.
– Kim ty dla nich jesteś? – pytam wciąż trochę zaskoczona reakcją Kastora.
– Przewodnikiem, nauczycielem, przywódcą, przyjacielem. Nie tylko dla moich koni. Dla innych moich zwierząt też. Na ranczu, poza końmi , które są w większości po przejściach i musiały na nowo zaufać człowiekowi, mieszkają też inne zwierzaki. I nie jest ważne czy to kura, królik, czy porzucony kociak lub pies. One wszystkie tu wiedzą że są kochane i bezpieczne. Moja w tym głowa, by dożyły w spokoju do starości – odpowiada właścicielka rancza.

Na ranczu nie ma nudy

Jednym z obecnych tu zwierząt jest suczka Cola. Jest pomocnicą Wioli i – podobnie jak jej pani – miłośniczka koni.
Wiola: – Mogę powiedzieć że jest to pies pracujący, ponieważ doskonale się sprawdza w roli farmerki. Zawiaduje tu wszystkim, co trzeba: pilnuje żeby konie za bardzo nie rozrabiały, sprowadza je do stajni. Kuba jest jej rumakiem. Uwielbia na nim jeździć i choć w stosunku do niej jest wysoki, sama na niego wskakuje. Ma też inne ekscytujące zabawy. Np. Uwielbia jeździć na taczce wraz ze swoim kumplem, kotem Kajtkiem.
Wszystkie konie na Rancho umieją jakieś sztuczki. Uczone w formie zabawy, bardzo lubią je wykonywać. Choć niczego nie muszą, jeśli akurat nie mają ochoty.
Kubuś, Kastor, Iskra i Luizjana są końmi z Rancho Indiana, które wcielały się okazyjnie w różne role. Były już końmi ułańskimi, tatarskimi, indiańskimi, a nawet rycerskimi rumakami. Można je było podziwiać w przemarszach po Nowej Soli. Uczestniczyły np. w orszaku trzech króli, czy na paradzie 11 listopada.
Wiola: – Na naszym ranczo nie ma czasu na nudę. Kiedy przychodzi sezon jeździecki, organizujemy m.in. rajdy konne. Spotykamy się z przyjaciółmi i każdy na własnym koniu bierze udział we wspólnej wyprawie, gdzie oczy poniosą. Potem rozpalamy ognisko, rozmawiamy. To cudowne chwile. Spotykamy się też wspólnie na różnych imprezach jeździeckich typu Hubertusy, zawody itd . Rok temu odbyły się u nas westernowe zawody treck. I jeśli pandemia pozwoli ,to planowane są kolejne. Bawimy się też trochę w łucznictwo konne. To bardzo widowiskowy sport, ponieważ jeździec z koniem muszą być doskonale zgrani. Trudność polega na tym, że jeździec musi się skupić na trafieniu do celu, podczas gdy koń galopuje sam, bez kierowania. A bywa i tak, że konie leczą czyjś strach. Czasami trafia do nas ktoś, kto wcześniej bał się koni. Jednak, gdy ma okazję poobserwować nasze, przekonuje się do nich, nabiera odwagi widząc, że są łagodne. Strasznie wtedy jestem z nich dumna, bo są takimi terapeutami na czterech nogach.

***

Wiola: – Wiesz, według indiańskich wierzeń ludzką duszę przed oblicze Stwórcy wiodą duchy zwierząt, które człowiek napotkał w swojej ziemskiej wędrówce. Tak myślę, że może jest w tym zachęta, by życie naszych młodszych braci traktować z równym szacunkiem, jak życie naszych bliźnich. Konie, z którymi przebywam codziennie, zawsze wiedzą jaki mam humor, czy jestem wesoła, czy akurat jest mi smutno. No i oczywiście zawsze zwęszą marchewkę w mojej kieszeni. Są bardzo inteligentne. Ja też rozpoznaję ich nastroje. Zwierzęta mają duszę. Mają uczucia, tak, jak człowiek. Czują ból, strach, smutek, radość. Miewają depresję. Ale też lubią robić kawały. I mają z tego radochę.
Gdy żegnam się z Wiolą, czuję niedosyt – głównie wiedzy o koniach, bo nie da się jej nabyć w czasie jednej wizyty. Branżowe koniarskie nazewnictwo, obce jeszcze dla mojego ucha, brzmi tajemniczo, a więź mieszkających tu zwierząt z Wioletą wydaje się niemal metafizyczna. Wystarczy raz się tu znaleźć, żeby ją poczuć.

Latest posts by Marta Brych-Jackiewicz (see all)
FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Skip to content