Sędzia też może być przyjacielem

– Mam bardzo życzliwe podejście do zawodników, szczególnie do młodych, bo na ich zawodach można sobie pozwolić na kontakt z uczestnikami. Doradzam im, tłumaczę, cieszę się, jak sobie radzą z presją – mówi Janusz Czapliński, który od 48 lat jest aktywnym sędzią m.in. zawodów lekkoatletycznych

Janusz Czapliński mówi o sobie „człowiek tych starszych roczników, co to całe dnie ganiali za piłką albo na ulicach grali w dwa ognie”. Dziś 66-letni, doświadczony od dziesiątków lat sędzia sportowy, w dzieciństwie i młodości co prawda nie był członkiem żadnego klubu czy sekcji, ale aktywny był zawsze i na róże sposoby. Uprawiał dyscypliny lekkoatletyki, np. startował w biegach przełajowych, miał swój treningowy epizod w działającym przy fabryce nici „Odra” klubie bokserskim „Len”, czy też strzelał do tarcz w siedzibie Ligi Obrony Kraju.

Jak sam przyznaje, tak najbardziej, i to od zawsze, ciekawiła go jednak druga strona tych mniej lub bardziej sformalizowanych sportowych zmagań, czyli organizacja imprez i sędziowanie.

– Jeszcze pod koniec szkoły podstawowej, chyba jak miałem 14 lat, starsza siostra zaangażowała mnie w pomoc przy organizacji wojewódzkich zawodów saneczkarskich na torze wytyczonym na Bukowej Górze w gminie Otyń. Dodam, że ślad po tej dyscyplinie pozostał do dziś, bo dawny tor saneczkarski jest jednym z najtrudniejszych odcinków, który pokonują kolarze zawodów MTB Kaczmarek Electric – zaznacza pan Janusz.
Będąc w technikum J. Czapliński zdał egzamin kursu na tzw. organizatora sportu i turystyki. Potem były kursy sędziowania piłki siatkowej i nożnej oraz ten najważniejszy, czyli związany z udziałem w zawodach lekkoatletycznych, dyscypliny, której nowosolanin, zawodowo pracownik administracji szpitala, jest wierny niezmiennie i nieprzerwanie do dziś.

– Uprawnienia do pracy sędziowskiej na stadionie mam od 1969 roku. Od początku angażowałem się w różnego rodzaju zawody, razem z takimi osobami, jak np. Kazimierz Chmielowski, działacz i trener, Janusz Ślusarenko z Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji czy Andrzej Krzywiński z Lubuskiego Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej, działaliśmy prężnie – mówi Czapliński.

Nasz sędzia ma też uprawnienia do pracy na zawodach strzeleckich. Gdy otwierano w 1976 roku ośrodek sportowy w Drzonkowie 25-letni wówczas pan Janusz pracował przy odbywających się tam I Mistrzostwach Świata Juniorów w Pięcioboju Nowoczesnym.

– Przy okazji tego wydarzenia poznałem m.in. Irenę Szewińską, biegaczkę i skoczkinię w dal, legendę polskiego sportu, która była gościem winobraniowego mitingu. Do Zielonej Góry pani Irena przyjechała wówczas razem z olimpijskim mistrzem z Montrealu, pięcioboistą Januszem Pyciak-Peciakiem.

Zawodów do sędziowania przez lata nie brakowało. Nowosolanin w rodzinnym mieście najbardziej kojarzony był od zawsze z Półmaratonem Solan, przy którym jest od samego początku istnienia zawodów do dziś, jak również z cyklu Czwartków Lekkoatletycznych. W Zielonej Górze wiele lat był przy biegu sztafetowym „Od ratusza do ratusza”, w którym startował też kiedyś śp. Roman Terlikowski. Jeździł też do innych miasta, jak Wrocław czy Lubin, ale również do niemieckiego Cottbus. Sędziował zawody w różnych dyscyplinach i różnej rangi, jednak najczęściej lekkoatletyczne pracując głównie przy konkurencjach rzutowych, mniej przy biegach czy skokach. Jak była tak potrzeba to był i przy imprezach kolarskich, i przy przyzakładowych spartakiadach. W ostatnich latach skupił się już tylko na królowej sportu, czyli lekkoatletyce.

Czapliński przez 50 lat sędziowania obserwował całe pokolenia sportowców, od ich występów w wieku dziecięcym, przez starty w młodzikach, juniorach, aż do przejścia do kategorii seniorskich.

– Moim rówieśnikiem jest Grzegorz Cybulski, skoczek w dal, który występował na Olimpiadzie, ale był uniwersalnym zawodnikiem, który radził sobie również z dyskiem, próbował swoich sił w pięcioboju. Sędziowałem jego występy. Od zawodów w Czwartkach Lekkoatletycznych i rzutu piłeczką palantową obserwowałem rozwój Aleksandry Mickiewicz, czołowej zawodniczki w rzucie oszczepem i dyskiem. Podobnie było z Wiolettą Trelewicz, również oszczepniczką, której karierę przerwały jednak kontuzje. Była też taka znana dwójka braci Pawelskich jeden rzucał oszczepem, drugi młotem oraz pchał kulę. Dziś sportowcem jest syn jednego z nich. Obserwowałem także Janusza Trzepizura, czołowego skoczka wzwyż, którego ze sportu wykluczyły kontuzje. Było tych sportowców wielu, setki właściwie i trudno dziś sobie ich przypomnieć – przyznaje pan Janusz. – Ważny był dla mnie na pewno moment, gdy sędziowałem dla skoczka wzwyż, zdobywcy złota i srebra na Olimpiadach, Jacka Wszoły. Pamiętam, że już wchodziły do obiegu poprzeczki z nowoczesnego tworzywa, ale on miał swoją ulubioną metalową, biało-czerwoną, której nie używaliśmy i którą odkładaliśmy specjalnie na miting z jego udziałem – dodaje.

– Swoją pasją udało mi się zarazić członków swoje rodziny. Sport uprawiały, a potem sędziowały zawody moje dzieci – syn Jacek i córka Sylwia. Wnuki też startowały w zawodach, m.in. z sukcesami w Minibiegu Solan. Dopiero co urodziła mi się prawnuczka. Kto wie, może doczekam, żeby sędziować jakiś start z jej udziałem – zaznacza z nadzieją J. Czapliński, dla którego właśnie obserwowanie rozwoju młodych ludzi, to jak zmieniają się z dzieci bawiących się sportem w zawodników walczących o medale, a dalej w trenerów czy uczestników zawodów dla weteranów, jest największą radością.

– Mam bardzo życzliwe podejście do zawodników, szczególnie do młodych, bo na ich zawodach można sobie pozwolić na kontakt z uczestnikami. Doradzam im, tłumaczę, cieszę się, jak sobie radzą z presją, bo dzieci i młodzież bardziej się stresują niepowodzeniami. Szczególnie spalone próby w konkurencjach rzutowych z obrotami – rzut dyskiem czy młotem, przeżywają mocno, więc ich wtedy pocieszam, mówię, że trzymam za nich kciuki – przyznaje nowosolanin. – I niektórzy potem mówią, że to właśnie im pomaga, że dobrze na nich wpływa, że szczęście im przynoszę i gdy jestem obok, osiągają swoje najlepsze wyniki. Sędzia też powinien być przyjacielem. Zawsze tego uczyłem młodszych sędziów, czy to przy okazji szkoleń czy na zawodach, jak chcieli porozmawiać, mówiłem, żeby podchodzili do zawodników stanowczo, ale życzliwie – dodaje pan Janusz.

Czapliński to nie tylko sędzia z własnymi zasadami i podejściem do tej profesji, ale też jeden z tych, którzy przy sporcie są konsekwentnie od bardzo wielu lat, czego nie można powiedzieć o znacznie mniej doświadczonych sędziach.

– Młodzież po kursach sędziowskich szybko się rozchodzi. Póki się uczą, studiują, to jeszcze są, potem trzeba szukać kolejnych. A my, starsi, jak A. Wichman, Ryszard Juny, Zbigniew Wiśniewski i Edward Mazurkiewicz, byliśmy, jesteśmy i będziemy, bo nie robimy tego dla pieniędzy, a z pasji. Lubimy to, cieszy nas kontakt ze sobą nawzajem i z sportowcami – podkreśla nestor sędziowania. – Trochę żałuję, że zawodów lekkoatletycznych jest coraz mniej. Ten sport usuwany jest w cień. Liczą się np. w Zielonej Górze koszykówka i żużel. Może będzie lepiej, jak zgodnie z tym, co się słyszy, wybudują nowy stadion w Gorzowie Wielkopolskim – dodaje pan Janusz, którego w roli sędziego z pewnością będzie można zobaczyć we wrześniu na lekkoatletycznym Pucharze Winobrania i Pucharze Winobrania Weteranów.
Artur Lawrenc

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *