Po spotkaniu z Grzelką: Lektor mówiący z ciemności [KOMENTARZ]

Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Myślę o tym, jak K., A. albo M. budzą się wczesnym rankiem. Jest zimno, szybko ubierają bieliznę i mundury SS, później ciepłe buty. I idą do pracy do obozu w Neusalz. Tłuką bezlitośnie więźniarki za najmniejsze „przewinienia”. Zamieniają się z dnia na dzień w bestie. K., A. albo M. jako esesmanki

Jesteśmy sześć dni po spotkaniu z Markiem Grzelką. W Miejskiej Bibliotece opowiadał on o losie kobiet z obozu pracy w Neusalz. O historii kobiet, które pracowały przymusowo podczas II wojny światowej w fabryce Gruschwitza, w skrajnie ciężkich warunkach. Później naziści kazali im pójść w marsz, który okazał się marszem śmierci. Do punktu docelowego – Flossenburga, miejscowości oddalonej od Neusalz prawie 500 km, doszło najprawdopodobniej około 200 z 1000 kobiet. Reszta zginęła – były zabijane, umierały z chorób, wycieńczenia, głodu. Niektóre zamarzły, bo w podróż zimą były wysłane w łachmanach, niekiedy bez butów.

Sam temat sugerował, że spotkanie nie będzie należało do tych z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. Mimo to przyszło na nie około 120 ludzi. Dużo. Sam Marek nie spodziewał się takiej frekwencji. 

W ostatnim numerze „Tygodnika Krąg” mówił: – Wszystkich rzeczy dotyczących obozowego życia i marszu na sto procent ustalić się nie da, bo żyje już niewielu ludzi, którzy pamiętają tamte wydarzenia. Będę musiał tę wiedzę przefiltrować przez siebie i ją spisać. Bardzo trudno mi jest o tej historii mówić i w ogóle o niej myśleć. Cały ten czas doszukiwania się kolejnych faktów na ten temat, a ów proces jeszcze trwa, to mój okres obcowania ze złem. Trudno dźwigać to brzemię.

Kiedy w ubiegłą niedzielę dowiedziałem się w rozmowie z Markiem, że powstanie książka na ten temat, że on podejmie się jej napisania, poczułem ulgę. Bo tę historię po prostu trzeba spisać. Dla tych wszystkich dziewczyn, które zginęły w tym marszu. Również dla tych, które te potworności widziały i cudem przeżyły. Z niecierpliwością na tę książkę czekam, trzymam za nią i za autora kciuki, a o to, że będzie bardzo dobra – jestem spokojny.

Marek podczas spotkania w bibliotece przypominał mi lektora mówiącego z głębin ciemności. Ustawił swój stolik z boku sali, jego fizjonomię oświetlało lekkie światło lampki. Centrum oddał samej historii, siebie, jako – powiedzmy – kronikarza, usadowił z boku. Na dużym wyświetlaczu pojawiały się kolejne zdjęcia, coraz bardziej przerażające. Fotografie kobiet wyzutych z życia, wychudzonych, zamęczonych, z niewyobrażalnym cierpieniem wymalowanym na twarzach.

Lektor mówiący z ciemności… Kiedy Marek mówił o strażniczkach SS obozu w Neusalz, przypomniałem sobie tekst Hanny Arendt o banalności zła. Jedna ze strażniczek zapytana podczas procesu o to, czy ktoś mógł widzieć, jak biła więźniarkę, odparła: „Tak, jeżeli któraś z nich odeszła od swojego stanowiska pracy”. W tej odpowiedzi nie słychać skruchy. Zło jest banalizowane. Dla tej strażniczki odstępstwo od pracy jest bardziej karygodne niż nieludzkie traktowanie pracownicy przez nią. Podobnie myślał Adolf Eichmann, koordynator i wykonawca planu tzw. „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Bronił się podczas procesu w Jerozolimie: „Przecież ja tylko wykonywałem rozkazy”.

Te dziewczyny, które poszły do SS, chciały szybkiej kariery. Były mamione perspektywą lepszego, bezpiecznego życia. Wyobrażam sobie, jak dziewczyny, kobiety, które znam, moje równieśniczki, w warunkach wojny decydują się dzisiaj na podobny krok. To dobre, ciepłe osoby, ale perspektywa okrucieństwa wojny tworzy grunt pod zupełnie inne postrzeganie rzeczywistości. Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Myślę o tym, jak K., A. albo M. budzą się wczesnym rankiem. Jest zimno, szybko ubierają bieliznę i mundury SS, później ciepłe buty. I idą do pracy do obozu w Neusalz. Tłuką bezlitośnie więźniarki za najmniejsze „przewinienie”. Zamieniają się z dnia na dzień w bestie. 

Piszę te zdania ciemnym pokoju i cierpnie mi skóra, bo ta wizja jest przerażająca. K., A. albo M. jako esesmanki.

Spotkanie Marka Grzelki w bibliotece było wydarzeniem bardzo ważnym. Niektórzy ludzie zetknęli się z tą historią po raz pierwszy – i to jest największy plus czwartkowego wieczoru. Dlaczego to jest istotne? Bo tym dziewczynom się to należy, bo to ważne – pamiętać i oddać im hołd. Po co? Z poczucia najzwyklejszej przyzwoitości.

Chciałem państwu przypomnieć, że w najbliższy piątek 26 stycznia o godz. 18.00 już po raz trzeci odbędzie się spotkanie na terenie „Nitek” z okazji 73. rocznicy ewakuacji filii obozu Gross-Rosen w Neusalz. Będzie można zapalić znicz ku pamięci więźniarek, które dotknęły piekła. Podarujmy im – jak mówi Marek Grzelka – ciut światła, ciut cierpła i ciut serca.

*Zdjęcie przedstawia bramę obozu we Flossenburgu.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *