Nie wytrzymaliśmy tego w głowach

Mateusz Pojnar: Żeby mieć całościowe spojrzenie na to, co wydarzyło się w dwumeczu z Gwardią, trzeba najpierw zapytać: co stało się we Wrocławiu? Przegraliście jako zwycięzcy rundy zasadniczej 3:1 z ósmą drużyną w tabeli. Byliście zbyt pewni siebie?

Przemysław Jeton: Na pewno to nie był nadmiar pewności siebie, bo mamy respekt do tego zespołu. Wiemy, że oni szczególnie u siebie, w tej nietypowej hali, w której jest bardzo mało miejsca za liniami końcowymi na zagrywkę, są bardzo groźni.
Cały mecz graliśmy praktycznie bez tej silnej zagrywki. Jako że oni tam grają i trenują na co dzień, mieli opanowany serwis w takich warunkach. Można powiedzieć śmiało, że po prostu nas rozstrzelali w tym meczu. Mieliśmy niesamowite problemy w przyjęciu, graliśmy tylko i wyłącznie z wysokiej piłki.
I to była łatwa dla nich gra, z którą sobie doskonale radzili. Co prawda byliśmy faworytem, ale pod koniec rundy zasadniczej Gwardia nie była już tą Gwardią z początku rozgrywek. Z różnych względów, nie tylko dlatego, że powróciło do zespołu po kontuzjach dwóch kluczowych zawodników. Ale to przede wszystkim ich napędzało. To było widać po wynikach ostatnich meczów. Oni wskoczyli do tej ósemki gdzieś na trzy kolejki przed końcem, wyprzedzając rzutem na taśmę Bolesławiec. Wygrywali z Żaganiem czy z Głogowem. Ich dyspozycja rosła. Do tego doszło to, że każdy chce wygrać z liderem w sposób szczególny. Gwardia się na nas podwójnie zmobilizowała.
My też byliśmy zmobilizowani, na pewno nie zlekceważyliśmy przeciwnika.
Drużyna z Wrocławia zagrała bardzo dobrze dwa pierwsze sety, byliśmy totalnie poza grą, zdominowani. Wróciliśmy do tego meczu w trzecim secie. Byliśmy bliscy zwycięstwa w czwartym, ale nie udało nam się. I teraz wychodzi na to, że gdybyśmy w nim jednak zwyciężyli, to nie byłoby tej całej historii w Nowej Soli…
Wystarczyłoby wtedy wygrać 3:0 lub 3:1 i mielibyśmy spokój.

No właśnie, co myślisz o tym nowym regulaminie rozgrywek? W teorii wygrywacie w dwumeczu 4:3 w setach, a w praktyce jest złoty set, porażka i odpadnięcie z dalszej walki o I ligę.

Padło już sporo słów krytyki pod adresem tych nowych zasad. Przed sezonem oczywiście czytałem ten regulamin i już wtedy był dla mnie dość kontrowersyjny. Ale wiedzieliśmy, że tak czy inaczej musimy się z tym nowym systemem gry pogodzić i walczyć na boisku.
Dopiero kiedy odczuliśmy na własnej skórze, jak boli porażka na takich zasadach, to nas to zdołowało. Odczuliśmy to boleśnie. Jesteśmy mocno zdenerwowani na twórców nowego systemu grania. Mamy nawet w planach wysłać oficjalną skargę. Zresztą nie tylko my, podobne plany ma klub z Międzyrzecza.
Wygrywamy 4:3 w setach w dwumeczu, przegrywamy tego krótkiego seta i to decyduje tak naprawdę o całym naszym sezonie, bo granie o piąte miejsce, to – nie ukrywajmy – granie o pietruszkę. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiadomo, po co to komu. Kiedyś na podstawie sezonu zasadniczego była ustalana kolejność zespołów na koniec rozgrywek. Teraz te zasady są tworzone nie dla klubów, tylko typowo pod sędziów, pod związek, żeby to wszystko wydłużyć. Po prostu więcej pieniędzy wpada do związku dzięki organizacji kolejnych meczów.
To był dla nas mimo wszystko bardzo dobry sezon. Na 20 rozegranych spotkań przegraliśmy tylko pięć, a summa summarum wyszło, że teraz gramy o nic. Gwardia wygrała sześć spotkań, my 15 i oni mają szansę walczyć dalej.   

Wróćmy do sytuacji, która panowała po meczu we Wrocławiu. Jaka atmosfera panowała w zespole?

Na początku w naszych szeregach było duże rozczarowanie. Taka sportowa złość na siebie. Wiadomo, nastawialiśmy się na ciężki bój, w końcu polegliśmy, ale z drugiej strony nie można było tkwić w takiej atmosferze smutku i goryczy.
Szybko postawiliśmy się na nogi i od początku kolejnego tygodnia trenowaliśmy ostro, budując nie tylko formę fizyczną, ale i mentalność.
I dzięki temu wyglądało to w drugim meczu dobrze. Niektórzy mówili, że pierwszy set był na poziomie pierwszoligowym, mimo że przecież grał pierwszy z ósmym zespołem w II lidze.

Zagraliście dobre trzy partie, ale przegraliście kluczowy, złoty set. Co przeważyło w nim szalę na korzyść Gwardii?

Mam wrażenie, że ta długa, 15-minutowa przerwa wpłynęła na nas niekorzystnie. Wybiła nas z rytmu. Zespół z Wrocławia miał chwilę, żeby się jeszcze dodatkowo zmobilizować po trzech przegranych setach. U nas ta mobilizacja była na wysokim poziomie cały czas.
Mieliśmy w głowach to, że to jednak krótki set i od tego, jak on się potoczy, zależy wszystko.
W środkowej fazie tej partii Gwardia odskoczyła nam na dwa-trzy punkty i zdecydowanie było widać, że my w głowach tego nie wytrzymaliśmy. To na nas ciążyła presja, to my mieliśmy większą odpowiedzialność. Graliśmy przed własną publicznością, przed rywalizacją byliśmy wskazywani jako faworyci, musieliśmy więc to wygrać. A przecież sami mieliśmy taki cel: chcemy grać dalej, więc baliśmy się tej porażki. Graliśmy przez to niepewnie.

Ktoś zawiódł cię szczególnie w trakcie tych dwóch meczów?

Nie, personalnie bym tego nie rozliczał. W meczu we Wrocławiu nikt z naszej drużyny nie zagrał jakoś rewelacyjnie.
Decydujące było starcie w Nowej Soli. Wszystko w przeciągu tych regulaminowych trzech setów przebiegało dobrze. W złotym secie nie było jakiejś jednej osoby, która stałaby się liderem. Pojawiały się nieskończone ataki i błędy własne. Nie podołaliśmy psychicznie jako zespół.

Jaka była reakcja kibiców po odpadnięciu z dalszej walki o awans?

Na pewno dużo osób zastanawiało się, dlaczego przegraliśmy, skoro teoretycznie wygraliśmy. Była dezorientacja i zdziwienie.
Po meczu byliśmy – szczerze mówiąc – trochę zamknięci w sobie i na reakcję kibiców nie zwracaliśmy uwagi. Każdy przeżywał to mocno wewnątrz.
Ale później trafiały do nas pewne sygnały, dużo telefonów, wiadomości na Facebooku. Raczej były wyrazy współczucia, głównie ze względu na system rozgrywek. Trochę nas podniosły na duchu, bo równie dobrze mogłoby być tak, że kibice wylaliby na nas falę hejtu. Dużo osób na nas liczyło. Było dużo zrozumienia.  

W rundzie zasadniczej szliście jak burza. Może odłożył się wysiłek, który włożyliście w to, żeby wygrać pierwszą fazę sezonu? Może z Gwardią zaważyła wasza forma fizyczna?

To nie miało raczej znaczenia. Zagraliśmy u nas 3,5 seta tak naprawdę, a zdarzało się przecież niejednokrotnie grać pięć wyczerpujących setów.
Rzeczywiście zagraliśmy dobrą rundę zasadniczą. Mieliśmy skład, którym można było rotować, co też robiłem. Uważam inaczej: im dalej w las, tym lepiej byliśmy przygotowani fizycznie. Raczej kluczem były czynniki psychiczne – stres, niepewność i odpowiedzialność za wynik.    

Teraz Astra gra o piąte miejsce. Na początek z Olavią Oława.

U nich gra nam się od dawien dawna źle. Wygraliśmy tam bodaj raz na cztery sezony. Zazwyczaj przegrywaliśmy tie-breaki.

Jakie to będą, twoim zdaniem, mecze?

Nie będą na pewno łatwe. U nas poziom mobilizacji spadł. Mieliśmy wyższe cele, a granie o piąte miejsce jest graniem o nic, może o zachowanie twarzy. Mam nadzieję, że tę mobilizację uda nam się podnieść, że każdy będzie trzymał odpowiedni poziom sportowy.
Ale naprawdę powietrze z nas zeszło, to widać po ostatnim tygodniu treningów. Liczyliśmy na dużo więcej. To jest trochę tak, jakby Adam Małysz za najlepszych czasów miał problemy w pierwszej serii, żeby awansować do drugiej.
Będziemy starali się do meczów z Oławą podejść bardzo profesjonalnie i pokazać się kibicom z jak najlepszej strony, żeby nie było wstydu.
Ten zespół nam nie leży, ale spokojnie. Jestem dość pewnym człowiekiem i wierzę, że ten dwumecz przejdziemy, a później czeka nas prawdopodobnie dwumecz z Bielawą.

Myślisz, że zdołacie wykrzesać w sobie jeszcze tę iskrę, żeby w tych meczach pokazać fajną siatkówkę? Taką jak choćby w fazie zasadniczej.

Będzie ciężko, ale mamy szeroki skład i wydaje mi się, że co niektórzy mają jeszcze coś do udowodnienia – szczególnie ci zawodnicy, którzy grali mniej. Będą na pewno chcieli się pokazać z dobrej strony.  
Poza tym widzę u nas wysoki poziom profesjonalizmu, bo mimo że to druga liga – ci ludzie pracują, uczą się itd. – to wiem, że wychodzą na parkiet nie po to, by odbębnić swoje, tylko pokazać najwyższą formę i duże umiejętności.

Co dalej będzie z Astrą, rozmawialiście już z zarządem? Jakie będą cele w przyszłym sezonie?

Jest chyba jeszcze za szybko na takie deklaracje, musimy dokończyć ten sezon i warto na tym się teraz skupiać. Nie chcemy pompować atmosfery. Jak będziemy za daleko wybiegać w przyszłość, to może nas to rozkojarzyć.
Najważniejsze w kwestii przyszłości – nie oszukujmy się – są rozmowy ze sponsorami. Zawodnicy, zarząd mogą mieć różne cele, a środki finansowe, by je osiągnąć, to druga rzecz. Mam dużą nadzieję, że osoby, które nam zaufały i doceniały to, co robiliśmy do tej pory, nie wycofają się. Bo w gruncie rzeczy to naprawdę nie był zły sezon. Personalnie mieliśmy – tak myślę – najlepszy skład jak dotychczas. Jeżeli będzie kontynuacja, będzie dobrze.
Z tego co widzę, miasto też dalej będzie chciało nas wspierać. Mimo że końcowy wynik można nazwać klapą, to na przestrzeni tego, co prezentowaliśmy w całym sezonie, można być zadowolonym. Miasto patrzy okiem rozsądnym – o sezonie zadecydowało 15 minut grania i wiem, że oni mają to na uwadze.
Powinno być wszystko dobrze. Z racji tego, że mamy trzy sekcje – lekkoatletykę, piłkę ręczną, która ma duże szanse, by się utrzymać, i siatkówkę – to pieniądze rozkładają się na cały klub. Mam nadzieję, że żadne cięcia nie wchodzą w grę.

Uda ci się utrzymać obecny skład, są już jakieś pogłoski o odejściach?

Będzie trudno, mam pewne sygnały, że ktoś chciałby rzeczywiście odejść. Co roku jest migracja, zawodnicy szukają swojego miejsca. Część osób kończy karierę, bo mają swój wiek i swoje obowiązki, część dostaje lepsze propozycje. Bo nie ma się co oszukiwać – my nie płacimy Bóg wie ile. Niekiedy kluby, które prezentują słabszy poziom sportowy, kuszą zawodników lepszymi pieniędzmi i prawdopodobnie w tym roku będzie tak samo.
Słyniemy z tego, że mamy fajną, stabilną atmosferę i wysoki poziom grania, ale pieniądze są większą pokusą.
Więc liczę się z tym, że ktoś może odejść. Co prawda kiedy luźno rozmawiam z chłopakami, to jest spory niedosyt po tym sezonie i chcieliby już teraz zacząć w tym samym składzie nowe rozgrywki, żeby pokazać siłę. Ale nie wiem, jak będzie. Rozmowy rozpoczną się po sezonie, mam nadzieję, że już w maju będziemy zaczynać budowę zespołu. Jeżeli rzeczywiście pieniądze na Astrę ze strony sponsorów będą niższe, to będziemy budować taką drużynę, na jaką nas będzie stać. Liczę, że uda nam się utrzymać trzon zespołu. Będziemy starali się uzupełniać skład, wzmacniać się w przypadku odejść.

Nowa Sól doczeka się w najbliższych latach I ligi?

Mam nadzieję, że tak. To moje małe, ciche marzenie, żeby pokazać się na arenie ogólnopolskiej. Pewne jest to, że potrzeba będzie na to mnóstwo pieniędzy, ale też dużo cierpliwości i pracy. My aktualnie będziemy powoli kończyć swój czwarty sezon w II lidze. Jeżeli uda nam się uzyskać przychylność jeszcze kilku solidnych sponsorów, to pieniędzmi na I ligę można sobie zapracować.
Ale chciałbym też, żeby kibice troszkę się do tej I ligi dorzucili. Widać było podczas ostatniego meczu, jak pracują – w cudzysłowie – kibice Gwardii Wrocław. Przyjechali całym autokarem, ponad 60 osób. Zrobili różnicę na trybunach. Dali im dużo otuchy i wsparcia. Można sobie też wyobrazić, jak to wyglądało we Wrocławiu – tam było ich jeszcze trzy, cztery razy więcej. Chciałbym, żeby mentalność ludzi z Nowej Soli trochę się zmieniła. Warto wyjść czasami, ruszyć się z domu. Jest jeszcze sporo wolnych miejsc na trybunach. Na miasto 40-tysięczne jest trochę za mało kibiców. My przecież gramy też dla nich. Stwarzamy pewną formę rozrywki, dajemy możliwość spędzenia wolnego czasu.
Nie wiadomo jeszcze do końca, na jakiej sali będziemy rozgrywać mecze w przyszłym sezonie. Tutaj też chciałbym zmiany.

Gdzie chciałbyś grać?

Według mnie bardziej kameralna, ale też bardziej widowiskowa jest hala przy ul. Botanicznej. Gdzieś tam się łudzę jednak, że niedługo powstanie jakaś fajna hala z prawdziwego zdarzenia, gdzie przede wszystkim będzie lepsze zaplecze sportowe na I ligę.

Pobawmy się w science fiction. Ile w ogóle pieniędzy potrzeba, by utrzymać zespół w I lidze?

To są bardzo wysokie koszta. Sam transport kosztuje dużo, bo jeździ się po całej Polsce. Często to się wiąże z noclegiem, bo nie da rady wyjść na mecz po 12 godzinach jazdy. Trzeba mieć też zawodników, którzy swoim poziomem będą zapewniali możliwość utrzymania, bo podróż jednosezonowa nikogo raczej by nie interesowała.
Pytaliśmy przedstawicieli zespołów z klasy wyżej i to są pieniądze dla nas niebotyczne – od 700 tys. zł wzwyż. Niektórzy dysponują milionem z hakiem. Nawet w tej naszej II lidze jest spory ból głowy, skąd pozyskać pieniądze. I na szczęście mamy sponsorów, którzy ile mogą, tyle dają. Bez tych pieniędzy ciężko będzie o odpowiedni poziom

Nie masz wrażenia, że staliście się ofiarą sztucznie pompowanego balonika? „Astra musi mieć I ligę” – padały głosy ze strony co niektórych.

Nie do końca. Sami się o to prosiliśmy. W wywiadach mówiliśmy przecież, że nie budujemy składu i nie podchodzimy do rozgrywek, żeby utrzymywać się w środku tabeli, żeby pobawić się w siatkówkę. Staraliśmy się zawsze o najlepsze wyniki.
Głośno o tym mówiliśmy. Trzeba mieć cele zawieszone wysoko. W tym roku się nie udało, w ubiegłym doszliśmy bardzo wysoko, mieliśmy też troszkę więcej szczęścia, a bez tego w sporcie ani rusz.
Nie zwalałbym winy na to „pompowanie balonika”. Dla mnie to jest motywujące. Granie o to, by być średniakiem – to nas nie interesuje. My nie chcemy tylko wziąć w czymś udział, my chcemy wygrywać. To jest zdrowe podejście w sporcie i w życiu. Każdy powinien mieć wysokie cele i dążyć do tego, by je realizować.

Zostajesz dalej na stanowisku trenera?

Konkretnych rozmów nie było, musimy poczekać. Ale nie dostałem równocześnie takiego sygnału, że mam sobie szukać nowego pracodawcy. Dużo serca w to wkładam, urodziłem się w tym mieście, mieszkam tutaj, jestem wychowankiem klubu. Staram się też wokół Astry budować pozytywną otoczkę i wysyłać w Polskę sygnał, że ta Nowa Sól to nie jest dziura, mieścina, tylko miasto słynące z dobrej siatkówki.
Mam nadzieję, że zostanę i pobawię się w to dalej, bo to dla mnie też superhobby. Chcę to kontynuować.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *