Szczypiorniści zagrali koncert

Astra Nowa Sól – Tęcza Kościan 30:22 (16:13)

Astra: Kruk, Kujawa, Lotko, Bortnowski (3), Adamek (1), Jaworski (9), Kokot (1), Grygorowicz (2), P. Nowakowski (3), R. Nowakowski, Kowalski (3), Lisiewicz (3), Hołubek (4), Hajnysz (1), Hady, Krajewski

W listopadzie, w pierwszym meczu między Astrą a Tęczą, nowosolanie przegrali boleśnie, jedną bramką. W sobotę za ten pstryczek zamierzali się odkuć.
Sęk w tym, że po jesieni Astra nie jawiła się w lidze jako legendarna ligowa bestia, na której parkiet wchodzi się jak do niezdobytej jaskini. Kościańskie konie, bo gabarytowo faktycznie goście wyglądali, jakby przyjechali do Nowej Soli łapać dzikie zwierzęta gołymi rękami, nie spodziewali się chyba takiego meczu. Ale kto się spodziewał?

Złe początki

Nic się nie zgadzało od samego początku, nawet koszulki nowosolan. Czerwone? Od kiedy, skąd?
Nie zgadzała się dyscyplina. Niby piłka ręczna, a pierwsza bramka padła później, niż w meczu klasy A, z którego przyjechałem na halę przy Botanicznej. W 7. minucie trafił Kamil Kowalski.

Słowo o tym fakcie: różne są czary, zabobony, zaklęcia i przesądy. W meczu Astry z Obornikami pod koniec lutego pierwszą racę też odpalił Kowalski i Astra wtedy wygrała. Ale 7. minuta meczu  to nie czas na wieszczenie zwycięstwa na podstawie analogii, że jak  „Kowal” trafił, to wygramy.
Goście złapali remis w 9. minucie. Potem było 2:2, a potem kibice Astry na entuzjazmie oklapli, 2:4 w plecy, 4:6, potem 4:8, Tęcza odpaliła diesla w spychaczu, łyżka w dół, pchamy tę Astrę.

Jakoś przycichło na sali, tylko goście pokrzykiwali. Na ławce Astry lekka konsternacja, podobnie naprzeciwko, gdzie zasiedli radni miejscy Biesiada i Stachowiak, prezes Rola, wiceprezydent Milewski. Zatroskane Ola i Julia pociechy szukały w kawie, ktoś poszedł zapalić. Nad halą wiatr chmury gonił.
Ale nagle wyszło słońce, promyk nazywa się Krzysztof Jaworski i dwa razy celnie sieknął z karnych, 6:8. Trafia Tęcza, 6:9, w 23. minucie spod parkietu wyrasta z boku Hołubek, rywal szuka go ręką, ale jest za wolny, sprężyna, w górę, pyk, 7:9. Chwilkę potem Lisiewicz sadzi rakietę, 8:9. 24. minuta, Grygorowicz 130km/na godzinę wbiega z kontrą, bęc, mamy remis 9:9.

Odpowiedź gości na 9:10, ale znów Hołubek z flanki, w górę hop, zawisł, zerknął, podumał, „masz tu, łotrze – bramkarzyku”, piłka w siatce, 10:10. Lisiewicz na 11:10, tamten kibic, co poszedł zapalić, wraca i pyta sam siebie, „ludzie, co jest, siedem minut temu było 4:8”.
Ale to jeszcze nic. 26. minuta, 11:11. „Jawor” karny, 12:11, zaraz Grygorowicz 13:11, goście na 13:12, Lisiewicz na 14:12. Niby już koniec.
I ta ostatnia minuta: młody Nowakowski robi dwie akcje, dwie perfekcyjne, niemożliwe do wykonania, jedną za drugą, 16:12. Astra pierwszą część koncertu kończy głośno i z przytupem, publika buzuje, ludzie prawie się ściskają i całują z radości jak na koniec wojny, klepią się po udach, gładzą wąsy, kobiety z torebek wyciągają chusteczki.

Jak w amoku

Trzy oczka przewagi. Dużo i niedużo. Astra gra z ręką na pulsie, pilnuje wyniku, goście spinają się już od defensywy, bo bez tego nie dogonią. Ściana z tyłu najpierw, potem trzeba szukać bramek.

Ale ci nasi ręczni grają już jak w amoku, a do tego na niesamowitym luzie. Doskonałe akcje w tempo, precyzyjne i zaskakujące podania, perfekcyjnie mierzone rzuty. Co więcej – wychodzi absolutnie wszystko, no, 95 procent, bo Marcin Hajnysz woli tego dnia słupki. Do tego cuda wianki wyprawia Kujawa, po prostu samograj, matrix, festyn. Brawo.

Teraz na drodze Astry, która w rundę rewanżową weszła jak po remoncie generalnym silnika, mecz w Świdnicy. Ciężko? Oczywiście, że będzie ciężko.
Sugestia. Dajcie rzucić „Kowalowi” pierwszemu, powinno pójść. Powodzenia.
Marek Grzelka

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media