MFC 12. To był wieczór! (160 zdjęć)

Sobotnia gala Makowski Fighting Championship w zielonogórskiej hali CRS nie zawiodła kibiców, którzy przyszli zobaczyć sporty walki na najwyższym poziomie

Organizacyjna perfekcja gal MFC od zawsze budziła uznanie zarówno ze strony kibiców jak i zawodników biorących udział w gali. Duet Tomek Makowski i Joanna Wróbel po raz kolejny udowodnił, że potrafi stworzyć widowisko sportowe na najwyższym poziomie. Że kibic, który w sobotę przyszedł do hali CRS, czy ten siedzący przed ekranem telewizora, dostanie produkt najwyższej marki.

MFC 12 Memoriał Dawida Mory była galą wyjątkową z kilku względów. Po pierwsze, była poświęcona pamięci zmarłego 1 września 2016 roku Dawida Mory, zawodnika Maku Gym, uczestnika MFC, który miał rok temu walczyć w Zielonej Górze. Postać Dawida wielokrotnie w sobotę przywoływano, zaprezentowany został krótki film przypominający Dawida, konferansjerzy zwracali się do Dawida bezpośrednio, on był z pewnością na tej gali obecny. To było naprawdę ciepłe, wzruszające, serdeczne i przyjacielskie.

Pierwszy raz w historii MFC zorganizowała walkę o własny pas. Marka Makowski Fighting Championship to wysoka jakość sportowa, Tomek Makowski już rok temu zaczął myśleć o tym, by wprowadzić pasy mistrzowskie MFC i to bardzo dobre posunięcie, adekwatne do poziomu sportowego tej organizacji. Tomek nie zaczął od drugiej strony, choć są takie ruchy na polskiej scenie sportów walki, że najpierw robi się pasy, a potem na tej podstawie próbuje zbudować jakość. „Maku” najpierw zbudował niezaprzeczalną, wysoką jakość, a dopiero potem zdecydował się na własne pasy mistrzowskie, „Maku” jak mało kto miał do tego pełne prawo.

I jeszcze jeden aspekt miał wpływ na wyjątkowość tej edycji gali MFC. Otóż po raz pierwszy w ośmioletniej historii tych gal nie walczył w nich Tomek Makowski. Tym razem pełnił funkcję, menedżera, trenera i gospodarza gali. Tomek na początku gali przywitał kibiców, jego pojawienie się podczas prezentacji zawodników wzbudziło ogromny aplauz. Z tych zadań, jakie podczas MFC12 miał, wywiązał się doskonale.

Smaczna przystawka

Kibice w sobotę zobaczyli 11 walk, 10 w formule K-1 i jedną w muay thai. Wieczór otworzyły starcia młodych zawodników, stawiających pierwsze sportowe kroki. Żeby nie wrzucić ich na głęboką wodę, Makowski oswajał ich z publicznością podczas treningów medialnych, które odbyły się przed galą w Zielonej Górze. Występ na ringu przed tak ogromną publicznością, w tak uznanej organizacji, jak MFC, to dla tych chłopaków ogromne przeżycie. Potwierdził to zresztą lekarz zawodów, który po badaniu zawodników w szatniach wspomniał, że młodzi z emocji mają tętno na poziomie 120.

Pierwszą walkę stoczyli Michał Gołębiowski i Mateusz Słowik. Michał to nowosolanin, trenuje w Maku Gym w Nowym Miasteczku. Nie każdy ma możliwość trenowania w tym klubie, Michał taką szansę dostał, ale na początku odbył krótką, prostą i żołnierską rozmowę z Tomkiem co do udziału w treningach i zaangażowania. Efekty pracy w gymie Tomka Makowskiego pokazał w sobotę. Zaczął rewelacyjnie, agresywnie, zdecydowanie, z szeroką paletą kombinacji ciosów i kompletnie zdominował zawodnika z Żar. W drugiej rundzie tę przewagę stale dokumentował, w trzeciej podkreślił całość dwoma soczystymi highkickami i sędziowie nie mieli żadnych dylematów, kto tę walkę wygrał. To ręka Michała Gołebiowskiego powędrowała w górę. Dla chłopaka i jego najbliższych musiała być to przepiękna chwila. Michał sprawił sobie chyba wymarzony prezent na 16. urodziny, które obchodził zaledwie kilka dni temu, 7 września.Gratulujemy i czekamy na kolejne walki 16-latka.

Walka nr 2 to starcie Adriana Tomali reprezentującego Maku Gym z Denisem Ozgą z Żarskiego Klubu Sportów Walki. Młody zielonogórzanin miał bardzo trudne zadanie: doświadczonego, dużo wyższego rywala z większym zasięgiem. I ten zasięg i doświadczenie dały w pierwszej rundzie różnicę, choć Tomala wydawał się kompletnie tym niezrażony, zbierał, ale i odpowiadał, próbował skracać dystans, schodzić w dół i punktować w półdystansie. Jednak punktowo tę rundę wygrał żaranin. Druga odsłona była z kolei równa, podobnie jak trzecia. Tomala słuchał narożnika i robił, co mógł, by punktować, najlepszy efekt dawały niskie zejścia, skrócenie dystansu i atakowanie sierpami. Kilka razy w ten sposób rywala solidnie oklepał. Sędziowie w tej walce orzekli dwa do remisu na korzyść zawodnika z Żar, zadecydowała chyba ta pierwsza runda w wykonaniu zawodnika ŻKSW.

W trzeciej walce undercardowej Mateusz Urbanowicz z Żytkiewicz Team ze Świebodzina stoczył bój z Niemcem Gerardo Attim. 86kg to już solidna waga i solidna moc, a potwierdziła to końcówka pierwszej rundy, kiedy po backfiście Polaka Niemcowi zaczęła się przepalać żarówka, ale uratował go gong. Tę odsłonę z pewnością wygrał zawodnik ze Świebodzina. Runda druga była wolniejsza i równa, w trzeciej obaj próbowali punktować, szukać wyraźnych ciosów. Bili się do samego końca na 110 procent próbując każdy na swoją korzyść przechylić szalę zwycięstwa. Decyzją 2:1 ostatecznie wygrał Polak.

Rozkręciło się na dobre. Gala już żyła, publiczność rozochociła się pierwszymi starciami. Lubię ten klimat trwania gali, dziania się, ciągłych emocji dawkowanych jak w kroplówce, dożylnie kropla za kroplą jak ciosy zadawane na ringu. Kiedy sobie uzmysławiam: tyle miesięcy na to czekałem i się doczekałem, jest, ludzie walczą, klaszczą, krzyczą. Kiedy światła na hali gasną, a zapala się oświetlenie ringowe i czuję się jak w teatrze, z twarzą niemal przyklejoną do podłogi sceny. Przedstawienie. Widowisko. Głośne, kolorowe i emocjonujące.

Czerny przegrał z kontuzją

Kartę główna gali MFC 12 otworzyła walka Grzegorza Czernego z zielonogórskiego Fight Clubu z Niemcem Razvanem Ivorciucem. Czerny prezentował się jak monstrum, Niemiec wyglądał, jakby się nieco strapił. Gong wybrzmiał, Czerny poszedł od razu bardzo mocno, ale Niemiec cierpliwie robił swoje, przyjmował, ale też solidnie odpłacał. W którymś momencie zielonogórzanin zaczął być nonszalancki, prowokacyjny, ale Niemiec gry nie przyjął. Runda równa, nie potrafiłem orzec, kto ugrał więcej.

Druga odsłona to także bardzo mocny początek. Po jednym z ciosów Niemca Czerny doznał rozcięcia w okolicy oka, sędzia wstrzymał walkę, interweniowali medycy, którzy wydawało się, że w miarę połatali zawodnika. Ale Niemiec od tej pory bił już tylko w rozcięcie, zrobiła się na ringu krwawa jatka. Znów próby tamowania, znów adrenalina ze strzykawki do spółki z wazeliną i wznowienie walki. I Niemiec dalej walił tylko w ranę, kolejnymi ciosami ją pogłębił i po trzeciej interwencji medyków, kiedy bardzo głębokiego rozcięcia nie dało się zamknąć, sędzia zakończył walkę. Czerny był wściekły. Czekał na ten dzień ogrom czasu, włożył w przygotowania wielki wysiłek, a skończył porażką przez TKO, przez kontuzję. Szkoda, tu się mogło jeszcze naprawdę bardzo dużo wydarzyć.

Niemiecki czołg

Zapowiadając kilka tygodni temu walkę Wojtka Kazieczki z Kevinem Schotzem wiedziałem, jak, to będzie wyglądać. Finezyjny artysta ringu kontra taran, prący do przodu czołg z żelazną głową. I tak właśnie było. Wojtek technicznie bajeczny, widowiskowy, a do tego precyzyjny, a Kevin nic, jedynka wrzucona i do przodu, do przodu, bez względu na to, co zebrał. W końcówce pierwszej rundy Kazieczko dopiął swego, przełamał Schotza, w końcówce pięknie trafił, Niemca przyćmiło, padł w liny, ale uratował go gong.

Runda druga. Schotz nadal do przodu, Kazieczko go leje. Liczenie zamroczonego Niemca, ale ten wraca i dalej to samo: zbiera, ale wstecznego biegu w tym czołgu nie ma. I w końcu Wojtek wyprowadza prawy highkick, trafia w głowę, skóra pęka jakby ktoś ją naciął nożem. Koniec, 10 cm rany, krwotok, TKO, koniec walki. Schotz nie chciał się z tym pogodzić, schodząc z ringu umawiał się z Kazieczką na rewanż, a potem mógł już stanąć w kolejce do doktorów i czekać aż skończą szyć Czernego i zajmą się nim.

Remis

Szósta walka tego wieczoru to starcie Marcina Bodnara z Zielonej Góry z Bośniakiem Aliją Tucakiem. Przewagę po pierwszej rundzie miał moim zdaniem Tucak, potrafił się dynamicznie zerwać i bombardować. Polakowi brakowało determinacji, czekał na coś, na jakąś szczelinę w gardzie rywala, ale się nie doczekał. Druga runda równa, może z lekką przewagą Polaka, minimalną, ale dostrzegalną. Zdecydować miała o wyniku runda trzecia. Bośniak nonszalancko pogrywał, opuszczał ręce, nadstawiał głowę sugerując, że ciosy Polaka nic nie ważą. Marcin zamiast szukać wyraźnych punktów, dalej czekał. Moim zdaniem w tej rundzie minimalnie przeważał, ale nie na tyle, by wygrać całą walkę. Pokazał za mało. Podobnie uznali sędziowie, którzy ostatecznie orzekli w tym starciu remis.

Mistrzowski Przypis

Sławek Przypis z Żytkiewicz Team gości na MFC często. Rewelacyjny zawodnik dał kolejną rewelacyjną walkę, tym razem trafił na wyzwanie, Bartłomiej Domalik sprawił mu ogrom kłopotów.

Domalik pierwszą rundę wygrał. Bardzo silny, świetne akcje, rewelacyjne lowkicki. Sławek nie potrafił rywala przełamać, przegrywał ewidentnie, prawą nogę miał bardzo mocno okopaną, na pograniczu odcięcia. Domalik wyczuł szansę, chciał Sławkowi w drugiej rundzie tę nogę urwać, tak zrobiłby chyba w tej sytuacji każdy zawodnik. Ale Przypis wtedy pokazał czyste mistrzostwo. Nie dał się już do końca walki w tę nogę trafić. Zaczął siłą pięści kruszyć rywala, raz za razem, systematycznie, drugą i trzecią rundę przewalczył wspaniale, rozbił Domalika, przełamał, szukał ciosu kończącego. Domalik się słaniał, klinczował, ale dotrwał do ostatniego gongu. Jednak to Sławek był pewnym zwycięzcą w tej walce i tak się właśnie stało.

Cwaniak trafił na wariata

Pavel Magureanu, który w walce nr 8 w formule muay thai bił się Maćkiem Zembikiem, to zawodnik walczący bardzo brzydko, nieczysto, z faulem. Zembik to wiedział i zastrzegał, że nie z nim takie sztuczki. Po pierwszej rundzie miałem oczy wielkie. O ile Magureanu to ringowy cwaniak, tak Zembik okazał się ringowym wariatem, dosłownie taką miałem myśl w głowie. Nie dał sobie brudnego stylu narzucić, kontrolował tę rundę, był kompletnie skupiony. W drugiej myślałem, że Zembika nie ma w hali w Zielonej Górze, on był gdzie indziej, on był w walce z rywalem, w innym świecie, w białym kwadracie ringu, w świecie walki. Rozgrywał tę walkę jak w amoku, mruczał, skoncentrowany na maksa. Trzy rundy Niemca bił, trzy rundy konsekwentnie robił swoje, punktował, zaznaczał przewagę. Wynik? Mógł być tylko jeden: wygrana Maćka. Żarscy kibice skandowali „sie-dem-zero, sie-dem-zero” bo taki jest bilans Zembika na galach MFC.

Panie z klasą

Emilia Czerwińska w walce z Michaelą Michl pokazały ogromną klasę. Głupio brzmi, ale one się po prostu bardzo ładnie i kulturalnie biły. Michl zaczęła ostrożnie, kontrolnie, przydusiła w końcówce. Ale runda według mnie remisowa. Runda druga także równa, obie punktowały, Czerwińska zaznaczyła piękny backfist, celny i soczysty. W rundzie trzeciej to samo, aktywna Niemka i świetne odpowiedzi Polki, akcja na akcję, cios za cios.
Każde zagranie faul w tej walce wyglądało tak, że faulowana pytała wzrokiem, ej, co ty robisz, tak nie wolno, a rywalka oznajmiała, przepraszam, fakt, już nie będę. Klasa ogromna. Owsobiście nie potrafiłbym orzec, kto tu wygrał. Typowałem remis, jednak decyzją sędziów 2:1 wygrała zielonogórzanka.

Król nokautu ze Szprotawy

Szmajdę uwielbiam, rewelacyjny zawodnik, człowiek jeszcze lepszy. Miał zadanie bardzo trudne. Vlado Konsky to stary wyjadacz, znokautował kiedyś Szmajdę w Nowej Soli.

Michał zaczął z respektem, ale kąśliwie. Czujnie prowadził tę walkę, uważał i kiedy było można, atakował. Po jednym z prawych Konsky był liczony. Na co warto zwrócić uwagę? Na rewelacyjną pracę narożnika, gdzie Tomek Makowski i Paweł Derlacz doskonale Michała prowadzili w tej walce. Pierwsza runda dla Michała.

Runda druga, Konsky osacza, szuka sposobu, zapędza Szmajdę w narożniki, pod liny. Michał ucieka, odpowiada na ciosy, kontruje, znów świetna praca narożnika. Runda według mnie równa.

Trzecią rundę Michał zaczął rewelacyjną podcinką, Konsky podfrunął i runął. Chwilę potem mamy akcję wieczoru, wymiana w półdystansie i wtedy soczysty prawy Szmajdy trafia piekielnie, Konsky składa się jak scyzoryk i pada. Szmajda szaleje ze szczęścia. Odkuł się, odkuł się przepięknie za porażkę sprzed lat. Świetna walka.

Pas zostaje w odpowiednich rękach

Pas MFC był stawką pięciorundowej walki wieczoru, w której Paweł Jędrzejczyk walczył z Guillermo Bloklandem z Surinamu. Blokland miał trochę kłopotów z wagą, dzień przed walką jednak złapał limit.
I to zawodnik z Surinamu bardzo dobrze te walkę zaczął, jakby chciał Jędrzejczyka nastraszyć. Ale starego niedźwiedzia nie nabierze się na sztuczny miód. Paweł napór spokojnie przetrwał i obrócił losy rundy w pełni kontrolując jej przebieg.
Runda nr 2, Paweł doskonale czytał Bloklanda, wywierał nieustanną presję, czym sprawił, że rywal chwilami jakby tracił ochotę na cokolwiek. Runda dla Pawła.
W trzeciej konsekwencja Jędrzejczyka trwa dalej, pełna kontrola, precyzja, presja, rywal jest nawet raz liczony.
Ale w czwartej Blokland przypomina chorych na śpiączkę z „W pustyni i w puszczy”, kiedy to złożeni chorobą nagle odnajdują w sobie nadludzką moc, wstają i biegną w las z krzykiem. Blokland zaczął czwartą rundę świetnie, ofensywnie, wiedział, że teraz albo nigdy. Paweł tą wcześniejszą ciągłą presją był już wyraźnie zmęczony, zawodnik z Surinamu szukał swojej ostatniej szansy, ale nie znalazł. Runda piąta, brzydka, pełna klinczu, pauz, ale Paweł był już pewien, że tego pasa z rąk rywal mu już nie wyrwie. Tak się stało. Paweł Jędrzejczyk, nasz pionier walk w Tajlandii, nasz pionier walk w Glory, znów zrobił coś jako pierwszy – jako pierwszy został posiadaczem pasa MFC. I chwała mu za to, jest jest w dobrych rękach.
Co dalej? Odliczamy czas do MFC 13. 16 grudnia, Nowa Sól. Nie mogę się już doczekać.
Marek Grzelka

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *