Czerwińska i Pławecki z pasami MFC! [DUŻO ZDJĘĆ]

Mistrz Tomasz Makowski zrobił to, czego się spodziewaliśmy. Po raz kolejny zorganizował i przeprowadził rewelacyjną galę, w której wszystko było dopięte na ostatni guzik. Walki były porywające, nie brakowało nokautów. W dwóch głównych pojedynkach sobotniego wieczoru okazało się, że nowymi mistrzami MFC zostają Emilia Czerwińska i Łukasz Pławecki

Gala Makowski Fighting Championship odbyła się już po raz 13., dziewiąty raz fighterzy walczyli w Nowej Soli. Dla „Maka” i ekipy to była gala przełomowa. Pierwszy pas w historii organizacji zdobył w Zielonej Górze Paweł Jędrzejczyk, teraz z kolei na stole leżały dwa pasy mistrzowskie. W tym pierwszy w kategorii kobiet.

Ale galę rozpoczęły dwie walki z karty wstępnej. W pierwszej z nich Michał Gołębiowski z Maku Gym Nowe Miasteczko starł się z Patrykiem Świątkiem z Malinowski Team. To była wojna, Gołębiowski w ringu pokazywał od startu dużo ekspresji, nacierał na rywala. Starał się walczyć efektownie, próbował kombinacyjnych ciosów i kopnięć. W drugiej rundzie obaj panowie byli już mocno zmęczeni, ale cały czas pokazywali charakter. Koniec końców zwycięsko z tej batalii wyszedł podopieczny Tomasza Makowskiego.

Po walce moment ważny i bardzo miły. Marek Grzelka, nasz redakcyjny kolega, otrzymał z rąk „Maka” pamiątkową statuetkę za wieloletnie pisanie o MFC. Marek napisał o galach i ich otoczce setki tysięcy znaków. Zyskał szacunek w środowisku. Na ten szacunek zasłużył bez dwóch zdań. Super jest to, że został w ten sposób przez Tomasza Makowskiego uhonorowany.

Później w drugiej walce karty wstępnej Zuzanna Matusiewicz z Żarskiego Klubu Sportów walki zmierzyła się z Magdaleną Gryc z gymu Ronin Tychy – ta walka odbyła się na zasadach muaythai. Matusiewicz bezapelacyjnie miała za sobą kibiców, jak zwykle przyjechało ich z Żar sporo. To ją niosło, było to widoczne w ringu, bo cały czas szła do przodu. W pierwszej rundzie Matusiewicz przechwyciła kopnięcie Gryc i ta zapoznała się z ringową matą. Kilka razy reprezentantka ŻKSW łapała tajski klincz, Gryc co i rusz nadziewała się na potworne kolana, raz była liczona. W trzeciej rundzie sędzia liczył ją ponownie i walka została przerwana. Wygrała Matusiewicz przez TKO.

Po tej walce nastąpiło to, na co kibice czekali najbardziej. Ruszyła karta główna MFC 13. Na starcie Patryk Kuryłek z Engel Team bił się z Mateuszem Golsztajnem z ŻKSW. Kuryłek wchodził do ringu przy piosence „Łobuz kocha najbardziej” i pokazał, że łobuzem bywa. Golsztajn zaczął walkę od różnorodnych kopnięć, Kuryłek używał z kolei często kombinacji prawy, lewy i lowkick. Tenże zawodnik dużo więcej boksował w drugiej rundzie, rozbijał swojego rywala z cierpliwością. Golsztajn po kopnięciach nadziewał się na prawy prosty. Ostatecznie wygrał zawodnik Engel Team przez jednogłośną decyzję sędziów i ten werdykt był słuszny.

Walki Wojciecha Kazieczki mogą się podobać, bo są widowiskowe. Nie inaczej było w sobotę, kiedy wszedł do ringu ze Słowakiem Peterem Baranem z Fire Gym. Zielonogórzanin czarował tanecznym nieco krokiem, gardę trzymał bardzo nisko, był pewny siebie. Co jakiś czas częstował Barana latającym kolanem i mocnymi niskimi kopnięciami. W pewnym momencie Baran nieco przysnął w defensywie i na głowę wszedł również highkick. Słowak się odgryzał, sprzedał Kazieczce z prawej. Polak dobrze wykorzystywał przewagę zasięgu, trzymał dystans, był aktywniejszy. Dwukrotnie Baran lądował na deskach po niskich kopnięciach, w końcu w drugiej rundzie sędzia walkę przerwał i Kazieczko wygrał przez techniczny nokaut.

Kibice lubią w sposób szczególny wagę ciężką, na tych walkach nie ma co mrugać, bo nokauty wiszą w powietrzu, świstają co chwilę bardzo mocne ciosy. W kategorii ciężkiej walczyli Marcin Bodnar (Fight Club Zielona Góra) i Tomas Klimacek (Fire Gym). Bodnar ze swoją charakterystyczną przygarbioną sylwetką czyhał na nokaut, czaił się i w pierwszej rundzie zadał cios, którym prawie odesłał Klimacka do krainy snów. Prawie, bo Słowak jakimś cudem stanął na własne nogi. Bodnar już się cieszył, już wypluł ochraniacz i padł w ramiona kolegów, ale po chwili wrócił, by dokończyć dzieła. Po wznowieniu walki Polak zafundował Klimackowi kolejny cios i po minucie i 54 sekundach reprezentant zielonogórskiego Fight Clubu zwyciężył przez KO.

Arcyciekawie zapowiadała się walka Kacpra Muszyńskiego z Armii Polkowice z Niemcem Fabianem Hundtem, który trenuje na co dzień w 8Weapons Leipzig. Muszyński wziął tę walkę w zastępstwie za kontuzjowanego Michała Szmajdę. I pokazał dużą klasę. Od początku dobrze boksował, Niemiec skupiał się głównie na kopnięciach i kolanach. Z minuty na minutę Muszyński w ringu MFC czuł się coraz pewniej, w końcówce pierwszej rundy pozwolił sobie nawet na obrotówkę. Czasem zmieniał pozycję na odwrotną, co Hundtowi średnio odpowiadało. W trzecim starciu Muszyński ewidentnie osłabł, to zrozumiałe, b miał od Hundta dużo mniej czasu na przygotowania. Sędziowie po trzyrundowej bitwie orzekli remis. To był bardzo dobry występ Kacpra Muszyńskiego, gdyby nie kardio ta walka mogłaby pójść na jego konto. W ringu fighter Armii pokazał duże serce.

Walki Macieja „Zembola” Zembika na MFC zawsze są ciekawe. Po raz kolejny Zembik bił się na zasadach muaythai. W pierwszej rundzie Tomasa Cincika, swojego rywala ze Słowacji, regularnie trafiał. Kilka razy po kopnięciach Cincik lądował na macie. Co prawda Słowak przetrwał pierwszą część, ale w drugiej Zembik wyszedł w powietrze, trafił rywala latającym kolanem i było po meczu. Brutalny nokaut.

Jak zwykle mnóstwo kibiców przyjechało dopingować Sławomira Przypisa z Żytkiewicz Team. Tym razem walczył z Michalem Tomko (Fire Gym Słowacja). Tomko ruszył ostro na Przypisa, był ofensywny. Później do głosu coraz śmielej dochodził Przypis, w końcu zdewastował nogę Słowaka i wygrał przez TKO.

Gala w Nowej Soli była wydarzeniem historycznym. Po raz pierwszy o pas MFC walczyły bowiem kobiety – Emilia Czerwińska z SKF Boksing Zielona Góra stanęła oko w oko z Chelliną Chirino z Vos Gym Amsterdam. Pierwsza runda była wyrównana, Chirino była może bardziej przebojowa i minimalnie celniejsza. Ale Czerwińska w drugiej i trzeciej rundzie górowała, nieznacznie, ale jednak. W trzecim starciu poczęstowała Chirino mocnym prawym, złapała ją też przy linach. Czerwińska w tempo odpowiadała ciosami po kopnięciach zawodniczki Vos Gym, stopowała ją też frontkickami. Była po ostatnim gongu ewidentnie świeższa. I sędziowie zdecydowali, że to ona była górą. Jednogłośnie. A więc to na biodrach Czerwińskiej jest pierwszy w historii MFC pas mistrzowski kobiet.

Recepta na sukces? – Chciałam iść do przodu i cały czas obijać rywalkę – mówiła po walce zielonogórzanka.

Walką wieczoru MFC 13 – jako że nie zawalczył ostatecznie Szmajda – było starcie Łukasza Pławeckiego (Halny Nowy Sącz) z Denisem Teleshmanem z Golden Gloves (Mołdawia). „Boom boom” był niższy od swojego oponenta, ale nie sprawiało mu to żadnego kłopotu. Pławecki straszliwie okopał nogę Teleshmana, zawodnik z Mołdawii kulał już po jednym z pierwszych lowkicków. Po drugim, niezwykle silnym, już nie wstał. Pławecki kolejnym mistrzem MFC!

– Chciałem znokautować swojego przeciwnika i udało mi się to zrobić bardzo szybko. Zazwyczaj toczę ciężkie pojedynki, pięciorundowe. W tym przypadku skończyłem szybko i bardzo się cieszę. Mam nadzieję, że następna walka – już w obronie pasa – będzie ciężka. Mam kilka zaplanowanych walk, ale na pewno chciałbym w przyszłym roku bronić tego pasa w Nowej Soli – podkreślał po walce czempion Pławecki.

Gala MFC 13 przeszła do historii. Długo będziemy o niej pamiętać. Fantastyczne walki, genialna otoczka i duże emocje. Słowem: rewelka.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *