Czarnecki o karate: Ten sport przyszedł ze świata [ROZMOWA]

– To były czasy, w których nie byliśmy wolni. A karate dawało pewnego rodzaju wolność dla trenujących. Ludzie byli ograniczeni octem na półkach, czasem absurdalnymi przepisami. Przyjście na trening karate kyokushin było pójściem na coś, co przyszło ze świata – wspomina początki klubu trener Andrzej Czarnecki

Mateusz Pojnar: Jak to się potoczyło, że założył pan w Nowej Soli filię klubu z Zielonej Góry? Był rok 1983.

Andrzej Czarnecki: Od urodzenia jestem mieszkańcem Nowej Soli, tu się uczyłem, a w Zielonej Górze trenowałem karate. Zacząłem ćwiczyć, jak miałem 15 lat. Dojeżdżałem do Zielonej Góry, wracałem autobusem o 22.00 z pracownikami Novity. I tak czasami było pięć dni w tygodniu. Był zapał, coś tam z tego pozostało do dzisiaj.

W wieku 20 lat byłem świeżo upieczonym instruktorem i zaproponowano mi objęcie nowosolskiej sekcji, jako że znałem miasto, jestem rodowitym nowosolaninem. Tak się zaczęło.

Pamiętam czarno-białe plakaty, które miały promować sekcję, sam je rozwieszałem. Pierwszy dzień był pamiętny, to był trening na sali obecnej Szkoły Podstawowej nr 2. Godz. 18.00, październik, ciemno, idziemy z moim kolegą trenerem i widzimy tłumy ludzi. Tam w pobliżu były organizowane dyskoteki, ale przecież w sobotę, a to był środek tygodnia (śmiech). No i pierwszego dnia w sali było ok. 200 osób.

Mieliśmy problem: co z tymi osobami zrobić? To nie były dzieciaki, raczej osoby, które po 10-20 razy oglądały filmy z Brucem Lee.

Złapali zajawkę.

Dokładnie, część z nich miała już ręce porozwalane. Trzeba było zrobić przesiew, ale bez szkody dla tych ludzi. Żeby zostali najlepsi. Po dwóch latach grupa liczyła już 80 osób. W tej chwili taka liczba jest nie do wyobrażenia; myślę, że obecnie także dla moich kolegów sportowców w innych dyscyplinach. Ale czasy się zmieniły, trenują dzieciaki. Wtedy najmłodszy z trenujących – Ireneusz Dąbrowicz – miał ok. 11 lat. Był wyjątkiem. Waldemar Leśniewski, kiedy zaczynał, miał 16-17 lat.

Czym się różnili ludzie trenujący wtedy z obecnymi zawodnikami?

Przede wszystkim teraz trenują głównie dzieci. Obecnie 18-, 20-latkowie to sportowcy wychowani na bazie dużych doświadczeń, dużej wiedzy, innej metodyki treningów. W tamtych czasach to wszystko było bardziej spontaniczne, instruktorzy nie byli tak wszechstronnie wyszkoleni, jak w tej chwili. To też przekładało się na poziom zawodników.

W 1983 r. karate kyokushin w Polsce nie miało nawet 10 lat. Raczkowało. Założyciel – shihan Andrzej Drewniak – niewiele wcześniej przywiózł do kraju i zaszczepił ten ruch.

To też były czasy, w których nie byliśmy wolni. A karate dawało pewnego rodzaju wolność dla trenujących. Ludzie byli ograniczeni octem na półkach, czasem absurdalnymi przepisami. Przyjście na trening karate kyokushin było pójściem na coś, co przyszło ze świata. Oprócz wysiłku fizycznego był tam dodatkowy duch, jakaś magia. Wolność była ograniczona oczywiście do tego, kto ile mógł pompek zrobić (śmiech).

A po tych 35 latach trzy największe sukcesy klubu to…

Zanim wróciłem do funkcjonowania w NKKK, to Ola Leśniewska była ewenementem. Do tej pory jej pierwsze, drugie czy trzecie miejsca na Mistrzostwach Europy czy Świata to olbrzymie nasze sukcesy. Daniel Moryson bardzo dobrze startował na ME, zdobył brąz, teraz leczy kontuzję. To są osiągnięcia w skali światowej. Jeśli chodzi o kraj, mieliśmy Mistrzów Polski, Wicemistrzów, zdobywcę Pucharu Polski.

Może to zbyt ogólnie powiedziane, ale dużym sukcesem dla nas jest ta duża grupa dzieciaków, która u nas trenuje. Prowadzimy ich, wychowujemy od szóstego roku życia. Jak wróciłem do klubu, przeżyłem szok, bo nie widziałem nikogo dorosłego, za to masę dzieci.

Pamięta pan szczególne momenty sportowego szczęścia?

Na pewno dla mnie osobiście to były sukcesy Bartka (syn Andrzeja Czarneckiego, utalentowany zawodnik – red.). Ostatnio powiedziałem, że moje dziecko mnie kiedyś na macie doprowadzi do zawału. Ale też mam taką ogólną satysfakcję z tego, że współpracuję z tymi konkretnie ludźmi. Zawsze chce mi się iść na trening, zawsze chcę z nimi przebywać.

To drugi dom?

Tak, zdecydowanie. Odczuwa to moja żona, która wraca z pracy i mijamy się w drzwiach. A do tego dochodzą weekendowe wyjazdy na turnieje. Współczuję żonom sportowców i trenerów, bo nie mają łatwo.

NKKK to klub pokoleniowy, czego dowodzą choćby rodziny Czarneckich czy Leśniewskich. Jak wy to robicie, jak zaszczepiacie miłość do karate swoim dzieciom?

Trochę jest tak, że dzieci zaczynają chodzić na treningi, a rodzice, my, głowimy się: może by do tego wrócić i służyć doświadczeniem?

A teraz szczerze: namawiał pan Bartka do trenowania?

Nigdy. Do niedawna co dwa-trzy miesiące pytałem: synu, ty chcesz jeszcze trenować to karate, czy nie? Bartek, ale i cała grupa – są bardzo zintegrowani ze sobą, wspierają się.

Co najfajniejsze, zawodnicy, którzy jeżdżą na zawody po całej Polsce czy Europie, bardzo dobrze się znają i wychodzą na matę i ciężko ze sobą walczą. To dobra integracja środowiska, właśnie ta integracja trzyma młodych ludzi, koleżeństwo jest ważne.

Karate to też pewnego rodzaju filozofia. Na czym ona polega?

Sport w ogóle jest filozofią. W karate dochodzi jeszcze mistycyzm i sposób zachowania, który się wynosi z sali.

Karate uczy pokory wobec życia. Nabiera się jej z czasem poprzez ciężką pracę, duży wysiłek. Jestem pod wielkim wrażeniem najmłodszych zawodników. Jak na swoje małe rączki i nóżki ciężko pracują, mają czasem łzy w oczach. Ale to dziecko wraca na kolejne treningi, nie zniechęca się niepowodzeniem. W życiu dzięki takim doświadczeniom będą mieli – tak myślę – łatwiej.

Ciężka praca kształtuje człowieka i jego charakter. To procentuje w życiu.

Co w najbliższej przyszłości klubu?

Chcemy dalej wychowywać jak największą liczbę dzieci, pokazywać im karate. Medale to jeszcze coś innego. Cieszymy się wynikami, ale wielką radość nam sprawia to, jak robimy np. obóz, na którym jest 100 osób. Wtedy trenerzy innych klubów pytają nas: „Jak wy sobie z nimi radzicie? My mamy 20 osób, czterech wychowawców i nie da się wytrzymać”. Ale to jest właśnie karate: dziecko wie, po co przychodzi na trening, zna swoje granice. Łącznie u nas trenuje ok. 130 dzieci.

Życzylibyśmy sobie, żeby było ich jak najwięcej. I żeby było dużo mądrych rodziców, a mamy takich mnóstwo. To fantastyczni ludzie. Pomagają nam, wspierają swoje dzieci. Czasami jeżdżą po 400 kilometrów, np. na Śląsk, żeby na jednodniowym turnieju je wspierać.

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

One thought on “Czarnecki o karate: Ten sport przyszedł ze świata [ROZMOWA]

  • 17 stycznia 2020 at 22:06
    Permalink

    Byłem też w tej grupie na początku, udało mi się przez kilka lat poćwiczyć u boku Andrzeja, i muszę powiedzieć że jako mnie, dzieciaka dużo mnie nauczy. Trening zawsze był na 100% maksymalnej mocy, po treningu atmosfera mega przyjacielska. Fajna przygoda i mile wspominam.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media