Dzień Matki: Ich dzieci się biją [REPORTAŻ, ZDJĘCIA]

– Na żywo rzadko oglądam ich walki. Strasznie się denerwuję i to przeżywam. Byłam na kilku galach i serce mi wyskakiwało z piersi – mówi Iwona Kubacka-Kazieczko, mama Maćka i Wojtka, zawodnika MMA i kickboksera. Niedługo Dzień Matki. Z tej okazji reportaż o mamach fighterów

Grudzień 2017 roku, katowicki Spodek. KSW 41. Galę otwiera walka Maciej Kazieczko – Gracjan Szadziński. Kazieczko prowadzi, ale nagle dostaje brutalną bombę, po której ląduje na macie. Tam dostaje kilka ciosów, sędzia przerywa pojedynek.

– Akurat tę walkę oglądałam w telewizji – mówi Iwona Kubacka-Kazieczko, mama Maćka. – Cała rodzina kibicowała mu i tak naprawdę na początku nie zauważyliśmy tego nokautu. Wydawało nam się, że dostał, ale to jest koniec rundy, a nie koniec walki. Więcej było zdziwienia niż strachu. Potem usiadł na macie, widać było, że jest załamany, ale nic poważniejszego mu się nie stało.

Sporty walki trenuje też Wojciech Kazieczko, drugi z jej synów. Mają jeszcze córkę, wszystkich od małego gonili do sportu. Pływać nauczyli się, zanim poszli do szkoły. Do tego jazda na nartach, rower, górskie wycieczki. – No ale widocznie nie trafiliśmy do końca w ich zainteresowania – uśmiecha się Kubacka-Kazieczko. – W szkole Maciek grał trochę w piłkę, trochę w tenisa. Ale to nie było to. Chciał czegoś więcej. Tak naprawdę nie wiem, dlaczego poszli w te sporty walki. Maćka namówił trochę kuzyn, to było już w liceum, bo chłopaki dość późno zaczęli to trenować. Wojtek zaczął w gimnazjum.

– Nie boi się pani o nich? W ringu często pojawia się krew.

– Cały czas walczę ze sobą, tłumaczę sobie, że wszystkie sporty, które trenuje się nie rekreacyjnie, a wyczynowo – niosą za sobą jakieś ryzyko kontuzji. Tego się nie uniknie. Wydaje mi się, że nawet bardziej kontuzyjnymi sportami są jakieś gry zespołowe czy np. podnoszenie ciężarów.

– Może w ten sposób próbuje pani stłumić strach o synów?

– Trochę tak. Maciek po ostatniej walce w kwietniu, mimo że wygranej, ma kontuzję, też to jakoś przeżyliśmy. Wspieramy go, żeby jak najszybciej z tego wyszedł. Wojtkowi też zdarzają się urazy, one się odnawiają. To jest przypisane w ogóle do sportów wyczynowych. Nie chodzi tylko o sztuki walki, one tylko wyglądają groźniej. Że to tylko bijatyka i zawsze musi się skończyć źle.

Choć Iwona Kubacka-Kazieczko widziała nokaut Szadzińskiego na Maćku, generalnie nie ogląda walk synów. – Na żywo bardzo rzadko. Strasznie się denerwuję i to przeżywam. Byłam na kilku galach i serce wyskakuje. Straszne przeżycie. Oglądam potem powtórki. Wtedy też, jak widzę, że Maciek albo Wojtek dostają cios, to są duże emocje i przejmuję się tym, ale wiem też, że jest już po walce i wiem, jak się skończyła.

Jak każda matka boi się o swoje dzieci. – A jeżeli jeszcze trenują takie sporty, to tym bardziej. Z drugiej strony cieszę się, że mają ogromną pasję, że poświęcają temu bardzo dużo czasu, że trenują i dążą do coraz lepszych rezultatów. To budujące. Nie włóczą się gdzieś, nie mają jakichś dziwnych pomysłów, tylko idą sportową drogą.

– Największe negatywne przeżycie związane z walkami Wojtka albo Maćka?

– Jak jeździliśmy dwa dni do Wrocławia na World Games. To było dla mnie takim obciążeniem, że po tych dwóch dniach po prostu wszystko mnie bolało. Z nerwów.

Iwona Kubacka-Kazieczko nie mówi już synom: dajcie sobie z tym spokój. Jest już za późno. – Wcześniej rozmawialiśmy z nimi, tłumaczyliśmy, jakie to może nieść za sobą konsekwencje. Ale wychowujemy w ten sposób dzieci, że dajemy im trochę wolną rękę, do niczego nie zmuszamy.

– Chłopaki nie mówią: mama, nie przejmuj się?

– Może kiedyś częściej tak do mnie mówili. Teraz po prostu z tym żyjemy, wspieramy ich. Nie rozmawiamy przy obiedzie o sporcie, ale czasami komentują swoje walki. Pomału zaczynam się też troszeczkę na tym znać. Mąż, jak to mężczyzna, jest z zewnątrz silniejszy i stara się mnie przekonywać, że wszystko będzie z nimi dobrze itd. Ale wewnątrz też mocno się denerwuje.

Kariery Wojtka i Maćka rozwijają się w błyskawicznym tempie. Walczą na galach zawodowych – Maciek w KSW, największej organizacji MMA w Europie, Wojtka kibice w Nowej Soli dobrze kojarzą z doskonałych gal Tomasza Makowskiego.

– W gablocie z pucharami jest dużo kurzów do wycierania?

– Więcej jest prania tych wszystkich sportowych brudnych rzeczy. W tej chwili Maciek jest w Poznaniu, więc sam musi o siebie zadbać, ale Wojtek mieszka z nami. Jeszcze à propos tego strachu: walki zawodowe wyglądają dużo gorzej, bo wtedy nie ma żadnych ochraniaczy. Boję się tych ciosów, które dostają na głowę, bo – umówmy się – złamanie ręki to też kontuzja, ale to zupełnie coś innego. Maciek raz miał taki nokaut, ale – jeśli można tak powiedzieć – był delikatny. Wojtkowi się jeszcze na szczęście nie zdarzyło.

Matczyny stres towarzyszy też jej przed walką. Czasami Maciek i Wojtek sami są zadowoleni z siebie po przygotowaniach. Mówią, że są w superformie. Ale czasem wiedzą, że muszą wyjść do ringu, a są np. po jakieś chorobie. Wtedy matka martwi się podwójnie.

Jednak synowie, którzy trenują sporty walki, dostarczają też radości. – Cieszymy się z każdej wygranej. U Wojtka w kickboxingu jest trochę inna sytuacja – więcej zawodów, Mistrzostwa Polski, Europy, Świata, na których też był. Miał srebro na ME jeszcze jako junior i teraz brąz jako senior. Kariera Maćka w KSW rozwija się też bardzo dobrze. Ale wiemy, że to nie jest do końca to, o czym oni marzą. Chcą sięgać wyżej. A my cieszymy się każdym sukcesem. Każdą przegraną przeżywam z nimi – dochodzi do tego aspekt psychologiczny, bo przegrana zawodnika to nie jest tylko to, że on dostał lanie, ale to siedzi w głowie. Kiedy Maciek przegrał w grudniu, to nie pokazywał tego po sobie, ale widać było, że jest u niego ciężko.

– Co chciałaby pani usłyszeć od nich w Dniu Matki?

– Cieszę się, jak mówią mi, że ich wspieram. Dziękują za to rodzinie np. po walce, często na pierwszym miejscu – przed trenerami i sponsorami. No i chciałabym, żeby mi powiedzieli, że mnie kochają.

Matka Legionistów

Z Dorotą Domińczak, jak sama siebie nazywa – matką Legionistów, rozmawiam w redakcji. Ma dwoje młodych wojowników – 13-letnią Karinę i rok starszego Oliwera. Jest żoną Macieja Domińczaka, znakomitego fightera i trenera Legionu Głogów, w którym trenują m.in. zawodnicy z Bytomia Odrzańskiego. D. Domińczak jest instruktorką rekreacji ruchowej, uczy jogi, sama czasem trenuje na macie sporty uderzane. W dzieciństwie trenowała karate. Od pierwszego momentu widać, że jest otwarta, pewna siebie.

– Kiedy Legion powstał, zaczęłam bardziej czynnie brać w tym udział, interesować się sztukami walki. Moje dzieci – na początku poprzez zabawę – zaczęły trenować. Jak mąż zobaczył, że łapią bakcyla, to stało się rytuałem. Trening obowiązkowo – czy chcesz, czy nie chcesz. Podjąłeś się, musisz teraz tą dróżką iść. Często jest tak, że dzieci mówią „podoba mi się to, chcę na to chodzić”, ale później szybko odpuszczają. U nas była konsekwencja.

I Oliwera, i Karinę w pewnym momencie na dobre pochłonęły kickboxing i muaythai. Nie było żadnego namawiania przez rodziców: masz to trenować. – W pewnym momencie Karina wiedziała, że musi chodzić na treningi, bo po prostu trzeba ruszać się dla zdrowia. Teraz, jak się patrzy na dzieci, niektóre z nich to naprawdę kaleki. Maciek musi uczyć dzieciaki wszystkiego od podstaw, tego, co powinny umieć już po wuefie. Większe jaja mają często dziewczynki niż chłopcy.

– Tak jest w przypadku Kariny i Oliwera?

– Tutaj akurat nie. Karina długo w głowie przerabiała sobie to wszystko i w pewnym momencie powiedziała „tato, chcę zawalczyć”. Co ja powiedziałam? „Spoko, nie ma problemu”. Jak jedziemy na jakieś zawody i walczą nasze dzieci, to mój mąż jest strasznie zestresowany. Ja nie. Nigdy nie stresowałam się, jak kiedyś wchodzili wysoko na drzewa. Spadną, to spadną. Połamią się, to się połamią. Poskładamy ich. Mam luźniejsze podejście do tego. Wiem, jak ja się bawiłam. Dzisiaj nazwano by to kryminałem albo patologią (śmiech). Nigdy, nawet jak są w ringu, nie trzęsłam się ze strachu, jak to robią niektóre mamy. I może dlatego te dzieciaki są twarde. Mnie się w ogóle podobają sporty walki, bardziej niż karate, w którym wszystko jest markowane. Na pewno moje dzieci nie usłyszą ode mnie: nie trenuj tego. Gorzej byłoby, gdyby Oli np. powiedział mi, że zostanie księdzem, a Karina, że pójdzie do zakonu.

D. Domińczak w ogóle nie boi się o kontuzje swoich dzieci. Nie myśli o tym. – Podczas obozu, na który co roku jeździmy, jestem też trochę pielęgniarką. Dużo czytam na tematy medyczne. Kiedy coś się dzieje, to wszyscy przychodzą do cioci Dorotki. „Tu mnie boli, tu, tutaj pani posmaruje”. Oli i Karina mają mnie na miejscu i jak coś się dzieje z ich kolegami, to „idź do mamy”. Ostatnio, jak mój siostrzeniec, Simone, przez to, że nie trzymał gardy, wyłapał na nos, zaczął mi płakać. Zapytałam: poddajemy walkę, czy walczymy dalej? Nie, nie poddajemy. I bardzo dobrze!

Choć strachu nie czuje, D. Domińczak też w pewien sposób emocjonuje się walkami swoich dzieci. Nie daje jednak tego po sobie aż tak poznać. Tłumi to w środku. – Jak byliśmy ostatnio w Szczecinie, widziałam, jak mamy przeżywały, machały rękoma, kiedy ich dzieci walczyły. Nie mam czegoś takiego. Czasami sama stoję w narożniku, wiem, że to nie zawsze są takie fachowe rady, jakie dałby im Maciek, ale mówię „jest dobrze” albo „przyspiesz”. Chodzi o to, żeby ich uspokajać, mówić: bawcie się tym. Zdarzają się nokauty, to niebezpieczne. Krwi na ringu się nie boję. Ludzie dookoła panikują, wtedy to wygląda niefajnie. Ale wystarczy podejść na chłodno, odpowiednio człowieka ułożyć. Ratuje spokój.

D. Domińczak to rzeczywiście matka wszystkich Legionistów z Głogowa. W Legionie w wieku 16 lat zaczął trenować chłopak z domu dziecka. Ona traktuje go jako swoje trzecie dziecko. – To jest jedyna osoba, która jak wchodzi do ringu, to mam stres. Nie wiem czemu. Oglądam te jego walki, ale najchętniej spuszczałabym głowę i nie patrzyła, chociaż jest rewelacyjnym zawodnikiem.

Są u niej łzy po wygranych walkach dzieciaków? – Raczej szeroki uśmiech. Mnie wzruszają powitania albo pożegnania. Ale że dziecko wygrało? No super, fajnie. Z innych tego typu rzeczy się cieszę, podam przykład. Ostatnio sędziowie połączyli dwie wagi i kiedy zobaczyłam przeciwniczkę mojej Kariny, dużo większą i cięższą – wtedy się zdenerwowałam. Karina była przerażona, jak ją zobaczyła. Ona była nawet ode mnie o głowę wyższa. I ona szła w wadze 47 kg. Byłam u organizatora, później podeszłam do któregoś z trenerów, rozmawialiśmy na ten temat. To było to matczyne uczucie, o które pytasz, pomyślałam: jak zawalczysz, Karina, to zawalczysz sprawiedliwie. Bo inaczej ona może zrobić ci krzywdę. Oli walczy od samego początku z większymi od siebie, ale on jest pod to przygotowywany. I rzeczywiście wskutek tej interwencji rozdzielili kategorie wagowe na dwie, nie musiały ze sobą walczyć.

Bytomianka mówi, że Oliwer jest bardzo wrażliwy. Na obozie D. Domińczak podczas ćwiczenia technik dostała przeciwnika prawie dwa razy cięższego. Ten ją kopnął. No i zabolało, mimo że poszło na tarczę. Oliwer zobaczył to kątem oka. – Tak zaczął płakać… „Mamusiu, nic ci się nie stało?”. Karina też była taka smutna. Ale jeżeli występują u Oliwera łzy po samych walkach, to są to łzy złości – nie, że przegrał, tylko że może zrobił za mało, by wygrać. Nie płacze, bo zabolał go jakiś cios. Przekładamy sztuki walki na codzienność: ucz się życia, też będą sytuacje, że przegrasz, ale trzeba się pozbierać i iść dalej.

Strach

– Idąc ulicą też można oberwać – mówi Anna Hassa, mama Bartka, kickboksera.

Ten ma już 26 lat, ale jego matka wspomina małego Bartka: nieśmiały, niski chłopak. – Chyba w pewnym momencie przez to zaczął trenować kickboxing, żeby nabrać pewności siebie. Na co dzień nie widziałam go nigdy, żeby był zdenerwowany, jest spokojnym chłopakiem, dobrym synem. Przy mnie nie przeklina, ale na treningach się zdarza (śmiech). Tuż przed samą walką nie podchodzimy do niego, żeby się nie stresował. Na dłuższą chwilę przed galą, jak przyjeżdżamy, to witamy się, żeby widział, że jesteśmy. A później nie zawracamy mu głowy. Jest muzyka, wchodzi do ringu i staje się zupełnie innym człowiekiem. Tłucze się. Na razie mu dobrze wychodzi. Nie namawiałam go do tego, sam wybrał sporty walki. Kiedyś chodził na piłkę nożną. Polubił później co innego. Wolę to, niż ma szlajać się po knajpach.

– A szachy nie byłyby lepsze? Na pewno bezpieczniejsze.

– Ale to raczej nie dla Bartka.

JEŻELI CHCESZ PRZECZYTAĆ CAŁOŚĆ ARTYKUŁU, WYKUP DOSTĘP TUTAJ

 

Maciej Kazieczko: Wsparcie mamy jest dla mnie bardzo ważne, zawsze czuję je przed każdym sportowym wyzwaniem. Dba o moje zdrowie i samopoczucie. Bardzo mi kibicuje i zawsze staram się jej nie zawieść. Z okazji Dnia Matki życzę jej przede wszystkim dużo zdrowia i jak najmniej stresu związanego z moim udziałem w walkach MMA.

Wojciech Kazieczko: Moja mama wspiera mnie praktycznie od początku kariery. Od kiedy kickboxing zacząłem uprawiać wyczynowo, jej pomoc, dobre słowo, wsparcie lub choćby zdrowe posiłki – ważne w życiu sportowca – są nieocenione. Więc w Dniu Matki życzę jej właśnie takich małych rzeczy od otaczających ją osób, które będą wpływać na jej szczęście.

Oliwer Domińczak: Moja mama bardzo mnie wspiera na zawodach, pomaga mi w skoncentrowaniu się na walce. Po przegranej zawsze mnie pociesza, podkreśla, że na następnych zawodach będzie lepiej. Ostatnio po przegranej walce okazało się, że jeszcze walczę o 3. miejsce i wtedy mama mi najbardziej pomogła tym, że przygotowała mi wszystkie rzeczy na walkę i gdy została do niej minuta, to ona najbardziej mnie motywowała. Powiedziała: będzie, jak będzie – czy wygrasz, czy przegrasz i tak będę cię bardzo kochać. Życzę jej zdrowia, szczęścia i pomyślności. Chciałbym, żeby zawsze mnie tak wspierała i pomagała przed walką.

Karina Domińczak: Moja mama jest dla mnie wielkim wsparciem. Za każdym razem, kiedy jesteśmy na zawodach, motywuje mnie, uspokaja i pomaga opanować stres. Chciałabym jej życzyć wszystkiego, co najlepsze z okazji Dnia Matki. I bardzo, bardzo jej podziękować. Za to, że po prostu jest.

Bartosz Hassa: Wsparcie mamy i rodziny jest dla mnie bardzo ważne. Kibicują i wspierają mnie razem z siostrą i tatą. Czego chciałbym jej życzyć? Na pewno dużo zdrowia, tego, żebyśmy wszyscy w rodzinie żyli w zgodzie, zawsze znajdowali wspólny język. No i oczywiście życzę mniej stresu podczas moich startów, chociaż i tak uważam, że jak na mamę nerwy ma stalowe, bo wiem, że większość mam raczej nie chciałaby patrzeć, jak synek się bije – przecież ktoś może zrobić mu krzywdę (śmiech). Na pewno chciałbym też podziękować z całego serca za jej doping i za to, że cieszy się moimi sukcesami tak jak ja sam, a może nawet i bardziej.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *