Goltz: Wracam do domu pewniejszy siebie i szczęśliwy [ROZMOWA]

Po dwuletniej przerwie i grze w Sobieskim Żagań wraca do Astry Nowa Sól jej wychowanek Alan Goltz. W rozmowie z nami zdradza, co czuje wracając do domu, jak bardzo się zmienił i co najbardziej cieszy go w powrocie do Koliberków

Monika Owczarek: Od dziecka grałeś w Nowej Soli. Co sprawiło, że przeszedłeś do Żagania?

Alan Goltz: Przyszła dobra propozycja i zaryzykowałem, podjąłem wyzwanie. Dzisiaj, z perspektywy czasu, uważam, że to był strzał w dziesiątkę. Bardzo dobrze mi to zrobiło. Rozwinąłem się pod każdym względem. Poukładałem sobie życie – zarówno sportowe, jak i osobiste.

Kiedy zacząłeś przygodę z siatkówką, jak toczyła się twoja sportowa historia?

W siatkówkę zacząłem grać w czwartej klasie szkoły podstawowej. Uczyłem się w nowosolskiej „ósemce”. Wszyscy koledzy grali w piłkę nożną, a mnie ta siatkówka jakoś podpasowała. Dobrze przeszedłem testy i wziął mnie pod skrzydła trener Aleksander Karimow.

Mijały lata, a ja wciąż grałem w siatkówkę przechodząc wszystkie szczeble szkolenia. Początkowo byłem najniższy w zespole. Dopiero w gimnazjum urosłem – w jeden rok o dziesięć centymetrów, a z czasem przybywało mi kolejnych i tak do 196 cm wzrostu. Jestem najwyższy w rodzinie, dziadek jest wysoki, ale nie aż tak (śmiech).

Grałem w Nowej Soli w III, a później też w II lidze. Nieustannie byłem jednak najmłodszy w zespole. Koledzy byli bardziej doświadczeni. Trudno było mi się wykazać.

Jednym słowem: stałeś w kwadracie i klaskałeś, jak dzisiaj najmłodszy z Koliberków Tomek Panasiuk.

Tak (śmiech). Kiedy dziś patrzę na Tomka Panasiuka, to jakbym widział siebie. Dokładnie tak samo, jak on teraz, najczęściej byłem rezerwowym. Stale stałem w kwadracie, ale za to krzyczałem najgłośniej i mocno klaskałem.

Kiedy jest się wytrwałym, ciężko trenuje i kocha siatkówkę, to wychodzi się z kwadratu. Pomogło mi przejście do Sobieskiego Żagań. Bałem się, nie wiedziałem, co mnie czeka. Nigdy wcześniej nie opuszczałem Nowej Soli. Razem z grą w Sobieskim zacząłem pracę w firmie trenera Chaberskiego. Wszystko się poukładało. Trener dbał, żebyśmy mieli transport z Zielonej Góry do Żagania na treningi.

Z czasem zamieszkałem właśnie w Zielonej Górze, bo tak było wygodniej. W Żaganiu grałem dwa sezony. Dostałem potężnego kopa (śmiech). Tak jak chciałem, zacząłem od razu dużo grać w pierwszym składzie. Musiałem się wykazać, ciężko na to pracowałem. Sobieski to wojskowy klub i z takim właśnie podejściem do zawodników. Trzeba było być wytrzymałym także psychicznie. Nie przeszkadzało mi to, radziłem sobie i chyba dorosłem.

W Nowej Soli byłem zawsze miejscowym wychowankiem, który kiedyś był tym najniższym. Tam nie było sentymentów, tylko treningi (śmiech). Tak naprawdę to w każdym klubie jest ciężko, jeżeli podchodzi się do gry na poważnie.

Co się stało, że postanowiłeś wrócić do domu i co na to trener Sobieskiego?

Trener Chaberski nie ma pretensji. Takie są losy siatkarzy, rozumie mnie. Zresztą powiedziałem mu o mojej chęci powrotu do Astry już przed play-offami poprzedniego sezonu, a dokładnie po meczu Astry z Bolesławcem w drugiej rundzie fazy zasadniczej.

Porozmawiałem wtedy z prezesem Rolą, zapytałem, co on na mój powrót. Dostałem zielone światło. Odmeldowałem się ze swoich planów w Żaganiu. Trener Chaberski miał czas, żeby kogoś znaleźć na moje miejsce.

Z tego co mówisz, dobrze ci się grało w Sobieskim. Co sprawiło, że zapragnąłeś wrócić do Nowej Soli?

Rzeczywiście gra w Sobieskim bardzo dużo mi dała. Jestem teraz starym wyjadaczem (śmiech).

Wracam pewny siebie, o dwa lata starszy, bardziej stabilny sportowo i emocjonalnie. Podoba mi się atmosfera, jaka jest na meczach Koliberków. Mając przerwę w grze w Żaganiu, przyjeżdżałem tutaj na mecze Astry. Zachwycili mnie kibice, ten niesamowity doping, entuzjazm i radość na meczach. Jest pełna sala ludzi, wszyscy krzyczą, cieszą się, jest dużo rodzin z dziećmi, są tancerze. Trzeba przyznać, że to coś pięknego. Kiedy ja grałem, nawet połowy tej publiczności nie było. Teraz mamy wspaniałych siatkarskich kibiców. Coś się zmieniło, aż chce się grać.

Siatkówka w Nowej Soli zaczęła się rozwijać. Jest coraz lepsza organizacja. Jestem pewien, że w ślad za tym pójdą nasze coraz lepsze wyniki sportowe.

Rodzina się cieszy, że wracasz?

Tak, są bardzo zadowoleni. Rodzice pracują za granicą. Dziadkowie jednak będą musieli chodzić teraz na wszystkie mecze. Bardzo lubią siatkówkę i zawsze mnie wspierali. Widzę, że są zadowoleni, bo będą mnie częściej widywać. Tylko jak grałem w Żaganiu, to oni wciąż kibicowali Koliberkom… (śmiech).

Niemal ze wszystkimi w drużynie dobrze się znasz. Jaki twoim zdaniem stworzycie zespół?

To będzie bardzo dobry i mocny skład. Uważam, że osiągniemy doskonały wynik. Graliśmy już razem, rozumiemy się na boisku, jesteśmy zgrani. Będziemy mocni doświadczeniem.

Mamy wszystko, co trzeba, żeby wywalczyć szczyt tabeli.

Ale nic za darmo, czeka nas jednak ciężka praca. Może będziemy mieli wymarzoną I ligę. Siatkówka jest dla mnie wielką przygodą. Kiedy szedłem do Żagania, byłem wystraszony, teraz jestem spokojny. W Nowej Soli czuję się pewnie, jestem u siebie. Nie mogę się już doczekać pierwszego meczu. Chcę zobaczyć chodzącą po sali maskotkę Koliberka, poczuć swoich, nowosolskich kibiców. To jeszcze bardziej zbuduje atmosferę, a nas zmotywuje.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *