Koh Samui – drugi dom „Maka”. Czy zawalczy w grudniu?

W ciągu roku od trzech do czterech razy Mistrz Tomasz Makowski jeździ do Tajlandii, by trenować. Niedawno był na 10-dniowym obozie. Czy „Maku” zawalczy w na MFC 15 w grudniu w Nowej Soli? To nie jest pewne, bo czeka go operacja kolana

W ciągu ostatnich miesięcy Tomasz Makowski, czempion K-1 i muaythai, był na wyspie Koh Samui trzykrotnie. To właśnie tam zawsze odbywały się przygotowania Mistrza do najważniejszych walk.

Za pierwszym razem jego obóz trwał około dwóch miesięcy.

Później spędził tam miesiąc trenując razem z Michałem Szmajdą i Michałem Chudeckim. – To było już mocniejsze zgrupowanie, wtedy zrobiliśmy troszeczkę siły. Mieliśmy więcej zajęć pod kątem wytrzymałości – wspomina „Maku”.

Ostatni, trzeci obóz, z którego wrócił niedawno, trwał około 10 dni. – Tam mam kilku dobrych trenerów, od których można się czegoś nauczyć. Dwóch z nich już niestety zmarło. Ostatni obóz nie był długi, wyjechałem, żeby potrenować, porobiłem trochę boksu z zawodnikami tajskimi – też troszkę pod nich, bo przygotowywaliśmy młodego zawodnika z Tajlandii i rzeczywiście wygrał swoją walkę. Więc główny cel był taki, żeby popracować z tymi Tajami.

Jak wygląda przeciętny dzień zawodnika trenującego tajski boks w Tajlandii? – Budzę się o 5.00 rano, o 7.00 jest trening. Nie ma z tym większego problemu, po prostu o rozsądnej porze trzeba chodzić spać – powiedzmy o 10.00. Trening trwa około dwóch godzin, później śniadanie, drzemka, czas dla siebie aż do drugiego treningu o godz. 17.00. Wtedy trenujemy też mniej więcej dwie godziny, ale to oczywiście zależy od trenerów. Jeden dzień np. bardziej poświęcają klinczowi, kolejny pod boks. Każdy trener, który się nami zajmuje, ma swój program – zaznacza Makowski.

Tajlandia, jak wiadomo, to matecznik tajskiego boksu. – Ale od kilku lat czuć mniej tę starą szkołę. Miejsca, w których trenuje się muaythai, stały się bardziej komercyjne. To już nie jest to, co jeszcze kilkanaście lat temu – mówi „Maku”.

Obecnie – choć sam cały czas trenuje – skupia się bardziej na zawodnikach. – Na tych młodych, ale też na tych, którzy przyjeżdżają do mnie trenować. Cieszę się, że wygrywają. Powiem szczerze, że ostatnio bardziej cieszą mnie ich wygrane niż moje. Na dzisiaj nie mogę sobie pozwolić na stuprocentowe treningi. Tzn. mogę sobie pozwolić – trzy dni mocniej potrenuję, ale kolejne dwa już muszę trochę odpuścić – tłumaczy.

W maju na łamach „TK” mówił tak: – Jeszcze jestem w stanie utrzymać się na najwyższym światowym poziomie, ale nie chcę, żeby tak się stało, że nagle spadnę półkę niżej, stanę się B-klasowcem. Chcę zejść ze sceny jako niepokonany, zapamiętany w ten sposób, że walczyłem z zawodnikami światowej klasy. Nie chcę natomiast w ostatnich walkach samemu wyznaczać sobie przeciwników i walczyć ze średnimi fighterami. Mam pewną propozycję od holenderskiego promotora – chodzi o walkę w Surinamie o Mistrzostwo Świata. To jest temat otwarty. Czekają, aż zoperuję kolano, do tego czas na rehabilitację. Nie spieszę się do tych walk. Do czterdziestki temat musi być zamknięty. Nie chcę później żadnych powrotów. Muszę zrobić, co mam zrobić i zakończyć karierę.

Czy zobaczymy go na gali MFC 15 w Nowej Soli w grudniu? – Nie mogę złożyć takiej deklaracji, że na sto procent na niej zawalczę. Po wrześniowej gali MFC 14 w Zielonej Górze chcę zrobić operację kolana. Zobaczymy, jak przebiegnie rehabilitacja, ale od września do grudnia jest niewiele czasu – przyznaje Tomasz Makowski.

Nadal jednak podtrzymuje – dwie walki i koniec. – Będę chciał pożegnać się z kibicami. Dalej ten plan jest aktualny – jedna walka kontrolna do późniejszej pięciorundowej o tytuł. Wszystko – tak myślę – poukłada się w przyszłym roku.

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media