Grzegorz Bączykowski: Nowe cele, nowe szczyty do zdobycia [ROZMOWA]

– Jak robisz to, co kochasz, to nie pracujesz w ogóle – mówi Grzegorz Bączykowski, trener Ipponu Kożuchów. W tym roku klub obchodzi 10-lecie powstania

Mateusz Pojnar: 2008 rok, powstaje Ippon Kożuchów – klub judo. Jak do tego doszło?

Grzegorz Bączykowski: Przez rok prowadziłem grupę w Ósemce, później przeprowadziłem się do Wrocławia, a po powrocie do Nowej Soli spotkałem się z Grzegorzem Sawickim, on zapytał, czy nie chciałbym zrobić klubu w Kożuchowie. Wiadomo, że na własnej działalności jest lepiej, bo wtedy sam decydujesz o wszystkim. Po rozmowach zdecydowaliśmy, że warto to zrobić.

Pochodziliśmy po szkołach i na pierwszych odwiedzinach w „jedynce” Elżbieta Maślankowska, dyrektorka, od razu się zgodziła i udostępniła nam aulę. Zaczęliśmy prowadzić zajęcia.

Gdyby nie pomoc klubu Ósemka oczywiście nic by z tego nie wyszło, bo pożyczyli nam matę, z której parę lat korzystaliśmy.

Jak Andrzej Bączykowski, twój tata, legenda nowosolskiego judo, zareagował na twoją decyzję? Jego porady były dla ciebie ważne na początku?

Tak naprawdę na starcie to była taka filia Ósemki. Wszystkie rzeczy, które przekładałem na moich zawodników, to było to, co wyniosłem z zajęć z ojcem. Nie byłoby Ipponu przez pierwsze trzy-cztery lata, gdyby nie pomoc Ósemki – choćby pod względem wspomnianej maty. Kolejną ogromną pomocą były wspólne obozy.

Dopiero po jakimś czasie samodzielnie zacząłem to prowadzić, sam jeździć na obozy i zawody. Tata bardzo mi wtedy pomógł, dużo czerpałem z jego wiedzy, zresztą tak jest cały czas. Po 10 latach już sam wiem, jak zawodnika ułożyć, zmieniły się też metody szkoleniowe.

Wcześniej nie było judo w Kożuchowie. Jak mieszkańcy podchodzili do tego projektu?

Była piłka nożna i szachy tak naprawdę. Podczas pierwszego naboru bardzo dużą pomoc wykazał prezes Grzegorz Sawicki. Pierwsze dwa lata prowadziłem jeszcze klub z Mateuszem Ilnickim, który był pomysłodawcą Ipponu. Kożuchowianie przyjęli ten pomysł dobrze, na pierwszy nabór przyszło do nas z 20 dzieci w wieku 5-8 lat – to był dla nas naprawdę duży sukces, bo spodziewaliśmy się garstki. Ale dobra opinia poszła, wszystko zaczęło żyć własnym życiem. Ludzie dostrzegli, że warto, że dzieci dobrze się rozwijają, że to jest ciekawe.

I z roku na rok przychodziło coraz więcej dzieciaków? Jakimi etapami klub się rozwijał?

Różnie. Z roku na rok robię taką przerwę w naborze, żeby można było dozbierać dzieci do kolejnego roku, żeby ludzie się nie zmęczyli, że ciągle judo i judo.

Pierwszym takim ważnym etapem było po prostu założenie Ipponu, obranie kierunku na ten sport. Stawialiśmy na dobry rozwój dzieci, w drugiej kolejności na wyniki sportowe, do których – wiadomo – każdy dąży.

Później rodzice wracali z dziećmi od fizjoterapeuty czy ortopedy i opowiadali, że widać u nich poprawę. Takim etapem rozwoju były też pierwsze medale w zawodach o pietruszkę – smakowały jak mistrzostwo świata (śmiech).

A teraz? Z klubu judo sensu stricto zrobiliśmy się klubem sportowym. Prowadzimy samoobronę, ogólnorozwojowe zajęcia dla przedszkolaków, modelujące sylwetkę, mobility, treningi rozciągające. Otworzyliśmy się na inne rzeczy, w wakacje były zajęcia z MMA. Wielu może znaleźć coś dla siebie nie tylko z zakresu judo.

Po 10 latach masz poczucie, że w jakimś sensie załataliście sportową dziurę w Kożuchowie? Chociaż w jakiejś części?

Otworzyliśmy oczy na to, że może być coś innego niż dotychczas. Po nas powstało troszkę klubów, jest w Kożuchowie siatkówka, też klub kickbokserów, bo Bartek Muszyński przyjeżdżał prowadzić zajęcia. Coś zaczęło się dziać. To cieszy, bo każdy sport jest dobry dla dziecka.

Na pewno były momenty dużego szczęścia z powodu prowadzenia klubu, ale i pewnie zwątpienia, czy aby na pewno warto?

Takich chwil szczęścia było dużo: od medali na małych zawodach po krążki na Mistrzostwach Polski, które dla mnie były nagrodą za to, co robię, za poświęcony czas.

Nie miałem chwili zawahania. Wychodzę z założenia, że jak robisz to, co kochasz, to nie pracujesz w ogóle. Zawsze chciałem być na macie, prowadzić zajęcia z dziećmi – już od czasu, kiedy sam byłem zawodnikiem i widziałem, jakie relacje ma ojciec z zawodnikami. Kiedy widziałem, że nawet jak już nie trenowali, odwiedzali go i nadal darzyli szacunkiem. Zawsze chciałem mieć taki kontakt z młodzieżą i to mnie napędzało, napędza dalej.

Punktem kulminacyjnym obchodów 10-lecia klubu był turniej z września. Jak go wspominasz?

On był od bardzo dawna planowany. Są pewne standardy na zawodach judo: określona liczba mat, miejsce na widowni itd. Po namowach rodziców poszliśmy sprawdzić salę w „piątce” i wyszło super. We wrześniu mogliśmy spodziewać się do 250 zawodników, mieliśmy bodaj 216. Jak na pierwszy raz organizacyjnie wyszło perfekcyjnie. Ci wszyscy judocy skończyli walki w cztery godziny. Jeden z kolegów trenerów z Wrocławia powiedział: na takie zawody to ja mogę jeździć codziennie, bo ani nie zdążyłem zgłodnieć, ani nie zachciało mi się jeszcze napić kawy.

Wszyscy byli zadowoleni, naprawdę fajne nagrody przygotowaliśmy.

Ale organizacja nie wyszłaby, gdyby nie rodzice. To oni biegali, stawali na głowie, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Mamy popiekły ciasta, ojcowie pomagali rozłożyć i składać maty. Ja doglądałem, a tak naprawdę to oni robili wszystko. Rodzice są fundamentem każdego klubu, dla nich czapki z głów. Moja rola jest taka, żeby zatrzymać ich na treningu, a to rodzice właśnie przyprowadzają swoje dzieci.

Jak teraz w liczbach wygląda Ippon?

Grupa 3-5 lat, przedszkolaków, to 25 dzieciaczków biegających, krzyczących i świetnie się bawiących (śmiech). Później grupa 6-8 lat – podstawy judo, wszystko z zabawą; tam również jest ok. 20 osób. Jest moja grupa starsza, jeżdżąca po zawodach – 25 osób. Czyli łącznie koło 70-80 osób. Ale doliczyć trzeba zajęcia inne – siłowo-wytrzymałościowe – tam ponad 30 kobiet i mężczyzn, nawet w wieku 30+, do 50 lat. Razem ok. 100 osób przewija się przez Ippon.

To są ludzie z Kożuchowa, okolicznych miejscowości, Nowej Soli.

Najważniejsze wasze sukcesy do tej pory?

Mistrzostwa Polski w Luboniu – tam zrobiliśmy trzy medale. Gosia Wacyra była druga, Liwia Foterek trzecia, Łukasz Wawrzyński trzeci. Ale też trzy medale na Warsaw Judo Open – dwa srebra i brąz. Marta Korfanty zdobywała medale na pucharach Polski. Oliwia Foterek z Martą były w kadrach narodowych juniorek.

Ale ja cały czas czekam na ogromny sukces (uśmiech).

Może autorem będzie Janek, twój syn?

Mam nadzieję (śmiech). Wiesz, zawsze byłem za tym, żeby nie trenować własnego dziecka. To się udawało, dopóki był z nami Paweł Śliwa – wielka szkoda, że już z nami nie pracuje. Wtedy było mi o wiele lepiej, teraz troszkę czasami emocje biorą górę nad rozsądkiem, kiedy walczy Janek.

A czego życzyć klubowi na przyszłość?

Rozwoju, żebyśmy nie stanęli w miejscu. To jest najważniejsze. Nowych celów, szczytów do zdobycia. I żeby przede wszystkim dzieci były zadowolone z tego klubu. Bo uśmiech dziecka, jak schodzi z maty, jest najpiękniejszy.

Mamy dużo planów. W sobotę zorganizowaliśmy randori, chcemy stworzyć taki cykl Mocne Lubuskie. W każdym województwie, makroregionie takie rzeczy są organizowane i chcemy coś takiego robić w Kożuchowie raz w miesiącu. Tutaj słowa podziękowania dla Darka Giedziuna z Olimpu, z którym też dobrze nam się współpracuje.

Lista twoich podziękowań za 10 lat Ipponu nie zmieściłaby się pewnie w gazecie.

Oj tak, zajęłaby z dwie strony. Na pewno chciałbym podziękować tacie – nie tylko za pomoc w klubie, ale za ukształtowanie mnie w ogóle. Również mojej mamie za ogromną pomoc mentalną, która zawsze mnie pchała do przodu, mówiła: nie poddawaj się.

Ale największe podziękowanie dla mojej żony Uli. To, co ona wycierpiała przez pierwsze pięć lat Ipponu, to jest… Wiesz, dwójka małych dzieci, pracowałem od 8.00 do 16.00 w transporcie, na 16.30 miałem trening, potem kolejny, dochodzi powrót do domu i na miejscu byłem po 20.00. Weekendy też beze mnie… Ogromne brawa dla Uli za cierpliwość.

Nie chciałbym wymieniać więcej osób z imienia i nazwiska, bo na pewno o kimś bym jeszcze zapomniał; przede wszystkim dziękuję rodzicom za to, że przyprowadzają dzieci na nasze treningi.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *