Piłkarska podróż Mirka Liszki. Część IV

60 lat – tyle w tym roku stuknie Mirosławowi Liszce. Z tej okazji warto przypomnieć boiskową historię tego zawodnika

W 1993 r. piłka nożna w Nowej Soli zmieniła szyld, nowy zespół nazywał się Polonia, a w 1995 mieliśmy już Arkę.

– Po Nowej Soli poszedłem grać do Świebodzina – wspomina tamten czas Mirek Liszka. Tamten czas był dla Liszki o tyle istotny, że jego boiskowe poczynania obejrzał ktoś z niemieckiego klubu SV 19 Straelen. – To była wtedy chyba Kreisliga. Szefem klubu był tam Tecklenburg, który miał swoją firmę budowlaną i to wszystko sponsorował. Pojechałem tam grać z Kubą Kakałą i Jackiem Kaźmierczakiem, dali nam dom, gdzie mieszkaliśmy we trzech. To było pod holenderską granicą, mieliśmy 10 km do Venlo, tam właśnie trenowaliśmy, bo opłata za korzystanie z boisk była niższa niż w Niemczech. Do domu jeździło się rzadko, bo było daleko. Mieliśmy naprawdę fajne warunki finansowe, dodatkowo można było pracować, jeśli ktoś chciał – wspomina Liszka.

Był tam zawodnikiem charakterystycznym, wszak ułańską fantazję z polskich boisk trudno z siebie zrzucić. – Pamiętam taki mecz, grałem na lewej pomocy. I tam jest tak, że jak masz już piłkę przy linii końcowej, to wrzucasz, bo tak jest w książce napisane. A ja raz zamach, rywal pofrunął, podniósł się, ja znów zamach, druga nogą, znów poleciał, trzeci raz to samo. I już się drą z ławy, co ja wyprawiam. „Scheise Mirek, scheise”, a ja za czwartym razem dorzuciłem, trafiłem kolegę w głowę, pyk i gol. I wtedy z boku słyszę „schön Mirek” – opowiada Liszka.

W Niemczech Mirek Liszka spędził dwa sezony, potem wrócił do Polski. Grał w Żaganiu, potem w Iłowej, gdzie zrobił awans z IV do III ligi. Zdarzało się, że przyjeżdżał grać do Nowej Soli jako zawodnik innego zespołu. Jak na to reagowali kibice? – Nikt nigdy nie miał do mnie pretensji, jakiegoś żalu. Zawsze patrzono na mnie przychylnie, bo w sumie ładnych parę lat tu grałem i trochę zdrowia dla tego klubu zostawiłem – odpowiada Mirek Liszka.

W III lidze w Iłowej doznał kontuzji, złamał rękę. Poszedł do gipsu, ale dalej trenował, choć meczów grać nie mógł. Tak się powoli przygoda z ligową piłką kończyła. Zresztą Mirek przekroczył pułap 35 lat i wiedział, że teraz w piłkę można się zacząć bawić. Tak wrócił na lokalne podwórko.

Modrzew i Amator

W związku z awansem Modrzewia Modrzyca do okręgówki w roku 2001, Liszkę na grze w tym klubie namówił Darek Stankiewicz. Modrzew wtedy był bardzo solidnym zespołem z niezłą kadrą, wiceprezesem był Józef Fuchs, jak na klub z niewielkiej wsi warunki były rewelacyjne. – To było czasem tak, że ja przyjeżdżałem na boisko rowerem, zsiadałem, przebierałem się i strzelałem dwie bramki. A tu przyjeżdżały naprawdę solidne zespoły i się dziwili, jak to wpadł gość, wyjechał z lasu na rowerze, zsiadł i nam bramki strzela. To jest niemożliwe – śmieje się Liszka. Modrzew wtedy skończył sezon na trzecim miejscu w tabeli.

W Modrzycy Liszka był przez dwa lub trzy sezony. Potem trafił do Amatora Bobrowniki.

– Jako oldboje graliśmy te swoje mecze przyjaźni ze Skoczowem. I po meczu w Nowej Soli Robert Bączek mnie zapytał, czy nie chciałbym jeszcze pograć. A ja już byłem przecież dobrze po czterdziestce. Powiedziałem: czemu nie, można spróbować. I tak zacząłem grać w Bobrownikach – wspomina Liszka. Trenerem był tam Stanisław Kryca, zespół składał się z kompletnych amatorów. – Fakt, oni nie byli wybitnymi piłkarzami, ale zawsze sobie mówiłem, że też kiedyś takim piłkarzem byłem. Też zaczynałem od małego klubu, marzyłem, by grać wyżej, by się jakoś dostać do III ligi, bo tam to już będzie wielka piłka. I mi się to udało, dlaczego im nie miałoby się udać? – mówi o Amatorze Mirek Liszka.

To był na pewno barwny czas. W Amatorze Liszka był chodzącą legendą, co więcej, nadal nieźle grał i był przez długi czas podstawą defensywy. Był też swojego rodzaju wyrocznią, z jego zdaniem się liczono, bo to jest jednak Mirek Liszka, gość, którego wszyscy oglądali w drugoligowym Dozamecie i zapamiętali jako grajka pierwszej wody.

I tu właśnie doczekał piłkarskiej emerytury grając do samego końca bytności Amatora w okręgówce. Po fuzji Amatora i Arki nie wskoczył w szeregi nowosolskiego klubu.

W sumie, gdyby policzyć wszystko, Mirek Liszka grał w swojej karierze dla 11 klubów.

Takiego czegoś już nie będzie

– Te przyjaźnie z boiska trwają, nawet pomimo upływu ponad 30 lat od czasów II ligi. Mam tych kolegów z różnych zespołów i różnych lig sporo, czasem do siebie dzwonimy, czasem się uda spotkać, czasem nawet pograć w piłkę. Ale ta grupa się zmniejsza. Porozjeżdżali się po świecie, część już nie żyje, część się pochorowała, różnie się te losy potoczyły – mówi Liszka.

Nie da się ukryć, że w ciągu 40 lat kariery Liszce naprawdę udało się solidnie pograć w piłkę. – No musiałem – śmieje się Mirek. – Od samego początku nie było możliwości nie iść na trening, bo jak nie, to ojciec to szybko wyjaśniał (śmiech). Nie było taryfy ulgowej, grał w piłkę ojciec, bracia, trzeba było.

Ale Mirek to tego typu piłkarz, który nigdy za bardzo nie lubił się męczyć, biegać, okrążenia robić. – Od biegania to są konie. Nie lubiłem biegać kółek, to prawda – odpowiada.

Nigdy nie grał we wkręcanych butach, całe życie tylko w lankach. Kiedy w czasach Dozametu zespół był na obozie w Łodzi, trener Woziński zrobił piłkarzom klasówkę – szerokość linii na boisku, wysokość chorągiewek itp. Liszka nie napisał nic, ale zadał trenerowi pytanie, czy wie, ile oczek ma siatka w bramce. Mirek, jak każdy chyba piłkarz, przyznaje sam, że przepisów gry w piłkę nożną nigdy nie czytał, mówi, że on ma grać i wygrywać, a nie o piłce czytać.

W szatniach po zwycięstwie nie było żadnego śpiewu, świętowania. – Podjeżdżał taryfiarz Białogórski ze skrzynką piwa w bagażniku, wsiadaliśmy we trzech-czterech, podjeżdżaliśmy pod dom i tak po cichu świętowaliśmy – wspomina dozametowskie czasy.

Zaznacza, że dane mu było pograć z kilkoma solidnymi piłkarzami. – Krzyśków był świetnym piłkarzem, graliśmy razem w pomocy, rozumieliśmy się na boisku. Waldek Kołodziej, sprytny, świetne uderzenie. Gienek Matkowski robił ogromną robotę na ostatnim, on z Dorociakiem, Biczykiem, Połońskim robili świetne rzeczy z tyłu. Bulzacki był solidnym ligowcem, ale mało tu grał. Ale też było paru fajnych, młodych chłopków stąd, Kuba Kakała z fajną techniką, Tomek Malinowski – wymienia.

Podsumowując naszą długą rozmowę Mirek stwierdza krótko: takiego czegoś już nigdy nie będzie w życiu.

Plan jest, piłkarze

W związku z sześćdziesiątką Mirka pojawił się pomysł, żeby zorganizować mu pożegnalny mecz, w którym mogliby zagrać ci, którzy z „Lichą” kiedykolwiek grali. Żeby się spotkać na stadionie w Nowej Soli w jakąś czerwcową niedzielę, zrobić dwa składy i wspólnie pograć raz jeszcze w piłeczkę. Stąd mój apel, by zacząć zbierać kadrę, by chętni zgłaszali się do gry pod tel. 508 100 132. Pogra się, poświętuje, odpali grilla, powspomina. Wstępnie byłaby to może ostatnia niedziela czerwca – po sezonie, ale jeszcze przed wakacjami. Pomyślcie i dajcie znać.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *