Spadek Arki. O przyczynach, nadziei i nienawiści [KOMENTARZ]

To był 2 czerwca 2012 r. Pojechaliśmy wtedy z Arką do Kątów Wrocławskich, z Motobi przegraliśmy 4:0 i pożegnaliśmy się z III ligą. Spadek był pewny już wcześniej, ale jego gorzka świadomość w pełni dotarła chyba dopiero wtedy. Pamiętam widok smutnych chłopaków. Piszę o tym dlatego, bo chcę podkreślić, że wiem, jak smakuje spadek. I rozumiem obecnych zawodników

Siedem lat później, środa 19 czerwca, wybory w Arce po spadku do okręgówki. Marek Stańko mówi: – Chłopaki zdają sobie sprawę z tego, co się stało. I chcą się zrehabilitować.

Ta deklaracja jest ważna, ale nie zwalnia z rozmowy o przyczynach obecnej sytuacji. Bo nie ma jednej przyczyny – jest jak zawsze zespół przyczyn.

Dlaczego spadliśmy

Po rundzie jesiennej byliśmy na 10. miejscu w tabeli IV ligi. Uzbieraliśmy wtedy 16 punktów. Mało, bo już wtedy wiedzieliśmy, że układ jest taki a nie inny i spadnie dużo drużyn. Wtedy jeszcze trenerem był Grzegorz Kopernicki. Czasem nie rozumiałem jego decyzji personalnych. Przykład? Tomasz Rozynek na prawej obronie.

Kopernicki poprowadził Arkę jeszcze w czterech wiosennych meczach, wszystkie przegraliśmy. Wtedy zespół objął jego asystent Bogumił Potażnik – w 11 spotkaniach do końca zdobył 17 oczek. Czy można było więcej? Na pewno tak, ale wziął zespół w arcytrudnej sytuacji i umówmy się – spadku w całości nie można zrzucić na karb Potażnika.

Po drugie, nie jest wiedzą tajemną, że Arka była w tym sezonie podzielona: na stary Amator i Arkę w sensie ścisłym albo – jak kto woli – na „ludzi Roberta Bączka” i „ludzi Krzysztofa Rojka”. I jednemu, i drugiemu należy się szacunek za to, że są piłkarskimi społecznikami – oni nie zarabiali i nie zarabiają na piłce, tylko ją kochają i dotują. Dalej uważam, że połączenie zawodników Amatora i Arki było dobre. Ale jakoś tak się stało, że zaczęły się między piłkarzami niesnaski, a podzielona szatnia to gotowa recepta na katastrofę. Jak krzywo patrzysz na kolegę poza boiskiem, to nie popatrzysz przychylniej na nim. Jaskrawą emanacją podziału była kłótnia w Ośnie Lubuskim – tuż po meczu, który zdecydował o spadku. Nie będę wchodził w szczegóły, kto brał w niej udział. To nie ma sensu. Nikt jednak nie zaprzeczy, że takiej sytuacji nie było. Teraz Arkę może uratować tylko prawdziwe zjednoczenie. I jeden budżet, z którego płaci się zawodnikom, nie dwa budżety. Wtedy nie będą rodzić się kolejne wzajemne pretensje. Panowie, pójdźcie na piwo i powyjaśniajcie sobie pewne rzeczy.

Po trzecie, kiedy rozmawiałem z zawodnikami kuluarowo, wszyscy podkreślali zgodnie: pierwszy zespół nie przepracował zimą solidnie okresu przygotowawczego. Niektórzy zawodnicy mieli braki treningowe, a kiedy je zniwelować, jak nie w zimowej przerwie?

Kolejna przyczyna to organizacja. Nie było widać w tym klubie menedżerskiego zmysłu, który można dostrzec – nie wytężając specjalnie wzroku – w Odrze Bytom Odrzański. – Panie prezesie – zwrócił się na wyborach do Krzysztofa Rojka Daniel Sienkiewicz – pan się dwoił i troił, zostawiał serce dla klubu, ale może zabrakło trochę menedżerskiego spojrzenia na całość. Pan wie, że jak pan nie włączył pralki, to był problem, żeby zawodnicy mieli czyste stroje.

Wypłynęła też na wyborach rzecz obyczajowa. Jeden z kibiców zauważył: – Jak to możliwe, że z piątku na sobotę jest u nich [zawodników] takie pijaństwo? Mogę nawet wymienić jednego brylującego piłkarza. Jak to jest, że on chce w sobotę grać w piłkę, a wcześniej do 3.00 w nocy jest balet? Zresztą jak mecz przegra, to potem i tak idzie w ten balet dalej.

Nie wiem, czy to prawda, ale – by tak rzec – można to sobie wyobrazić. Wiadomo: to są chłopaki grający za grosze, nikt nie odmawia im prawa do zabawy. Ale kiedy klub jest nad przepaścią i widmo grania w najniższej rangą klasie rozgrywkowej od ponad 50 lat zagląda w oczy coraz śmielej, to bankiet można przełożyć z piątkowego na sobotni wieczór. Trener Potażnik zresztą mówił na wyborach, że rozmawiał już na ten temat z zespołem i dosadnie mu to wyartykułował.

Wybory budzą nadzieję

Przejdźmy do tego, co zdarzyło się w ub. środę. Wybór akurat tych trzech ludzi – Jacka Kaźmierczaka na prezesa, Daniela Sienkiewicza na wiceprezesa i Marka Grzelki na członka zarządu – budzi nadzieję. Kaźmierczak pokazał już na zebraniu, że ma charyzmę i dużą chęć do wyczyszczenia sytuacji. Sienkiewicz zna się na rzeczy, od lat jest w środowisku sędziowskim, teraz działa w PZPN. A Grzelka to piłkarski fachowiec. Sam grał, do tego przez lata opisywał nowosolską piłkę w „Tygodniku Krąg” i ma repertuar umiejętności i kontaktów, które na pewno przydadzą się klubowi.

Jeżeli teraz uda się zatrzymać zdecydowaną większość kadry zespołu, a jednocześnie wzmocnić go chłopakami stąd, u których na słowo „Arka” mimo wszystko mocniej bije serce, to nie powinno być źle.

Hejterzy

Było pokrótce o przyczynach i nadziei. Teraz o nienawiści. Kiedy wpisywałem na naszą stronę internetową tekst o tym, że Arka przegrała w Ośnie i spada, byłem pewien: ruszy lawina hejtu. Ale szczerze mówiąc nie spodziewałem się aż takiej skali ludzkiej irracjonalnej nienawiści w stosunku do zawodników – nie tylko w internecie, też w realu.

Szymborska pisała: „Spójrzcie, jak wciąż sprawna,/Jak dobrze się trzyma/w naszym stuleciu nienawiść./Jak lekko bierze wysokie przeszkody./Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść”. No i skoczyli, dopadli Arkę hejterzy tuż po tym, jak tekst o spadku opublikowałem. Tam nie było szukania przyczyn ani chęci pomocy. O empatii już nawet nie wspomnę. Czysta, dzika satysfakcja z faktu, że komuś powinęła się noga. Zresztą kopanie leżącego to nasz sport narodowy.

Z drugiej strony, panowie z Arki, nie moglibyście sobie wymarzyć większej motywacji do działania, żeby teraz robić hejterom na złość – regularnie wygrywając, a może awansując?

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *