Prezes Arki: Zróbmy tu kiedyś spektakle [ROZMOWA]

– Jeśli ten zespół zacznie grać to, co trener od niego oczekuje, nie widzę możliwości, żeby nie awansował do IV ligi – mówi Jacek Kaźmierczak, prezes Arki Nowa Sól. I opowiada m.in. o planie czteroletnim na klub

Mateusz Pojnar: Pan wcześnie zaczął grać w piłkę w nowosolskim klubie.

Jacek Kaźmierczak: W czwartej klasie podstawówki. Naszym trenerem i wuefistą w „szóstce” był Edward Żurawski. Tak się zaczęło. Chodziłem też na judo do Andrzeja Bączykowskiego, ale narozrabiałem i tata zakazał mi judo (uśmiech).

I dobrze zrobił, bo później czekała pana fajna przygoda z Dozametem.

W tamtych czasach Dozamet grał w II lidze, nie było komputerów i innych takich pokus, dla nas gra w pierwszym zespole była marzeniem. Przecież tylu ludzi przychodziło na mecze, w tym ja z ojcem.

Nie byłem wirtuozem futbolu, ale grałem na dużej ambicji, z sercem. Przeszedłem wszystkie szczeble i pierwszy mecz w seniorach w III lidze zaliczyłem w wieku 16 lat. I grałem tutaj pięć sezonów.

Jedno najważniejsze wspomnienie z tamtego okresu?

Na pewno ten pierwszy mecz. Graliśmy u siebie, wygraliśmy 3:0, ja wszedłem w drugiej połowie. Trener Żurawski, który był asystentem pierwszego trenera Mazurkiewicza, mówił do niego cały czas: wpuść Jacka, wpuść Jacka! Męczył go i w końcu trener Mazurkiewicz mnie wpuścił (śmiech). Janusz Porębski grał w środku i powiedział do mnie po wejściu: młody, rozumiesz – przyjął, podał, nie? I tak zagrałem solidne 20 minut. Dzięki temu później dostałem kredyt zaufania jako młodzieżowiec.

Mija ponad 30 lat od tego debiutu, Arka spada do okręgówki. Mocno się pan wkurzył?

Wcześniej pomagałem młodym piłkarzom w Modrzewiu, załatwiałem nieraz jakieś dresy czy piłki. Na Arkę przyjeżdżałem czasami, widziałem, co tu się dzieje, słyszałem te narzekania. Było, jak było.

Tak, wkurzyło mnie, jak chłopaki spadli. Bo byłem pewien, że się jednak utrzymają. Gdybym ja spadł, gryzłbym trawę, żeby jak najszybciej wrócić do IV ligi. Złotówki bym nie brał za grę.

Sam spadek jeszcze mnie tak nie dobił. Mnie poruszyła chęć działania Rafała Galasa czy Mietka Sobczaka. Dzwonili i namawiali mnie, żebym się zaangażował, bo trzeba Arkę zmienić. Oni mnie znają i wiedzą, jak zachowywałem się na boisku, jakim jestem człowiekiem. Zaproponowali, żebym wszedł do zarządu. Mój dziadek Zbigniew Krzyżanowski był prezesem Cynkmetu Bytom Odrzański, może zadziałał los, że też zostałem działaczem, tyle że w Arce? Rozmawialiśmy zresztą o dziadku z panem Antkiem Bernatem, prezesem dzisiejszej Odry, kiedy przyjechali do nas na mecz.

Najbardziej mnie denerwuje to, że jesteśmy prawie 40-tysięcznym miastem i my nie mamy zespołu w III lidze – to minimum. Wszystkich bardzo szanuję w okręgówce, ale my kiedyś z Mieszkiem Konotop graliśmy co najwyżej sparingi czy puchar, a na ligę przyjeżdżała do nas przestraszona Lechia Zielona Góra. To pokazuje, gdzie się teraz znaleźliśmy. Dużo rzeczy się na to złożyło.

Co konkretnie?

Przykład: jakiś czas temu było 400-450 dzieci w Arce. Jak przyszedłem do klubu – niecała setka. To wszystko funkcjonowało słabo, było robione trochę na alibi. Do prezesa Rojka nie mam wielkich pretensji, bo on był bardzo zaangażowany, robił tu wszystko i może za dużo było na jego barkach. Uważam, że wcześniej trzeba było zrobić walne zebranie i pomyśleć, co dalej. Większość z transzy, która przyszła z miasta na drugie półrocze, poszła na pokrycie reszty długów z pierwszego okresu. Trzeba było opłacić transport, trenerów, zawodników.

Nie wahał się pan, czy wejść do klubu?

To nie była łatwa decyzja. Nie podjąłem jej z dnia na dzień, tylko zastanawiałem się nad tym jakieś dwa tygodnie. Pracuję w firmie Strabag ponad 20 lat, wywalczyłem sobie tam pozycję i mam naprawdę dużo roboty. A praca na rzecz Arki to dodatkowe obciążenie psychiczne. Żona narzeka na mnie, że nie mam na nic czasu (śmiech). U mnie zasada jest prosta: jak w coś wchodzę, to na sto procent.

Jakie były pierwsze wrażenia po wejściu do zarządu?

Samo wejście do pomieszczenia klubowego – super, że MOSiR je wyremontował i jest schludnie, ale klub o takich tradycjach mieści się w małym pokoiku z pralką itd. To było pierwsze wrażenie – tragedia. Mnóstwo niewypranych ciuchów, brzydki zapach, wokół papiery. Byłem w szoku.

W którą stronę pójdziecie z Arką? Ponoć istnieje czteroletni plan rozwoju klubu.

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE „TYGODNIKA KRĄG”

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *