Stanisław Dąbrowski. Żegnamy legendę

Jego pogrzeb odbył się w poniedziałek. Z nim i Zygfrydem Chreptowiczem, który zmarł kilka tygodni temu, przeminęła w nowosolskim kajakarstwie pewna epoka

W 1973 r. szczecinianin przyjeżdża do Nowej Soli. To Stanisław Dąbrowski. Wkrótce zostanie legendą nowosolskiego kajakarstwa. Po kilkudziesięciu latach dostanie Odrzanę, najważniejszą nagrodę w mieście.

Był wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski na 1000 i 10000 m w kanadyjce. Startował na mistrzostwach Europy, trenował juniorską reprezentację kraju, jego zawodnicy odnosili duże sukcesy. Był też świetnym sędzią.

Modelował człowieka

U Stanisława Dąbrowskiego do 18. roku życia trenował Grzegorz Krawców, legenda nowosolskich kajaków, olimpijczyk z Seulu i Barcelony, medalista mistrzostw świata i letniej uniwersjady, wielokrotny mistrz Polski. Krawców: – Myślę, że przez ręce Staszka przeszło kilkadziesiąt tysięcy zawodników. Tylko w czasie mojej kariery – z pięć tysięcy.

Andrzej Dela, radny powiatowy, były działacz KKS Nowa Sól i WOPR: – Rzeczywiście to może być kilkadziesiąt tysięcy, bo rotacja podczas naboru zawsze była duża. Niektórzy to byli tacy jednodniowi kajakarze, ale to pokazuje, jakie było zainteresowanie tym sportem.

Krawców: – Stasiu osobiście chodził po szkołach i zapraszał zawodników na treningi. Robił dwa nabory – wiosną i jesienią. W moim było 200 osób. Niektórzy zawodnicy, których wychował, są już pod siedemdziesiątkę. Powiem mocno: dzięki niemu to kajakarstwo jest jeszcze w Nowej Soli. Inaczej umarłoby po przełomie, bo wtedy już nie było takich dotacji na sport, gdy padał Dozamet. On miał wszystko na swojej głowie, chodził i prosił sponsorów o wsparcie, załatwiał sprzęt. Nawiązał m.in. fajny kontakt z dyrektorem Gedii Zbigniewem Paruszewskim, co zaowocowało strategiczną współpracą. Miasto zaczęło bardziej pomagać, jak prezydentem został Wadim Tyszkiewicz. Staszek poświęcił kajakarstwu całe swoje życie. Ono było jego życiem. Jak był problem – to do Staszka, pomagał. Klub kajakarski w Nowej Soli jest jego dzieckiem. Stasiu pozyskał pieniądze na remont przystani, w której kajakarze mają siedzibę do dziś. Bo kiedyś ten budynek należał do portu i 10-15 lat stał odłogiem. Warto też pamiętać, że pomagał w tworzeniu dwóch innych klubów – w Wolsztynie i Małomicach.

A jakim trenerem był Stanisław Dąbrowski? – Wymagającym – uśmiecha się Grzegorz Krawców. – Posiadał dużą wiedzę. Miał u nas posłuch, szacunek. Kiedyś na jakimś obozie poszliśmy z dwoma kolegami na dyskotekę. On to zauważył. Wtedy byłem najlepszym zawodnikiem w Polsce, ale to nie przeszkadzało Staszkowi odesłać mnie i kolegów do domu. Innym razem w Lubiatowie gadaliśmy w namiocie do późna, trener przyszedł i zobaczył, że nie śpimy. To kazał nam wziąć kajaki i płynąć do Sławy i z powrotem.

Dela: – Jemu nie chodziło, żeby zawodnicy go lubili, tylko szanowali. I on miał ten szacunek. Pamiętam, jak kiedyś przyjechała do niego na przystań starsza dziewczyna, auto na niemieckich blachach. Patrzyła z sentymentem na Odrę. W końcu mówi do Staszka: dzień dobry, panie trenerze. Stasiu odpowiada: cześć, a skąd ty się tu wzięłaś? On zapamiętywał swoich zawodników na lata. Kajakarstwo jest sportem indywidualnym i Stasiu uczył ich charakteru, który potem przydawał im się w życiu. Stasiu modelował człowieka.

Krawców: – Był pedagogiem. Drzwi do niego zawsze były otwarte, miał podejście do ludzi. Był po prostu dobrym człowiekiem. Był, kur…, jak ojciec. Po prostu.

Andrzej Dela podkreśla poczucie humoru Stanisława Dąbrowskiego: – Kiedyś były jego imieniny i mówię mu: Staszek, ciebie wszyscy tutaj znają. A on: wiesz co, Andrzej, niedługo będą mówić, że Mazurek Dąbrowskiego to też moja robota.

Zawsze będzie ważną postacią”

– Poznaliśmy się ze Stasiem w 1997 r., po powodzi – mówi Andrzej Dela. – Koło LOK-u kajakarze mieli swoją siedzibę. Był strapiony, to spytałem go, „co tam potrzeba, trenerku mój kochany”. Tak się do niego zwracałem. A on mi mówi, że potrzebuje 200-300 zł na paliwo, żeby pojechać z kajakarzami na zawody. Byłem górnikiem, nie zarabiałem źle, więc wyciągnąłem te pieniądze i mu dałem. Tak zaczęliśmy współpracować. W pewnym momencie trafiłem do zarządu KKS.

Waldemar Wrześniak, wicestarosta powiatu nowosolskiego, były podopieczny Stanisława Dąbrowskiego: – Poznałem Stacha w 1973, kiedy przyszedł do klubu. Z nim zaczęliśmy trenować bardziej wyczynowo, była duża intensywność tych treningów. Dzięki jego konsekwencji i profesjonalizmowi zaczęliśmy osiągać sukcesy na wszystkich poziomach: od dzieci po seniorów, byliśmy członkami kadry narodowej. Jakim był trenerem? Surowym, konkretnym, wymagającym, ale odbierałem też Stanisława jako obiektywnego szkoleniowca. Uważam, że wymagał od wszystkich tak samo i tak samo wszystkich traktował. Ten reżim treningowy potem bardzo mi się przydał w życiu. Sześć lat z trenerem Dąbrowskim w jakiś sposób mnie ukształtowało. Każdy trener wpływa na młodych ludzi, wyrabia dyscyplinę, konsekwencję w działaniu. Pokazuje cel. Zawsze będę go miło wspominał.

Marian Piec, kiedyś zawodnik Stanisława Dąbrowskiego, dziś prezes KKS Nowa Sól: – W Nowej Soli kajakarstwo tworzyli pasjonaci i robili to, jak umieli. A Staszek przyszedł tutaj z Czarnych Szczecin jako były reprezentant kraju. Był profesjonalnym trenerem, nie jakimś amatorem, który zrobił uprawnienia instruktorskie. Wiedział, na czym to polega na poziomie wyczynowym. W 1978 pukaliśmy już do pierwszej ligi kajakarskiej. Swoimi metodami trenerskimi z prowincjonalnego klubiku zrobił tutaj klub z naprawdę dobrymi wynikami. To jest jego i instruktorów zasługa. Będzie zawsze ważną postacią w nowosolskim kajakarstwie.

WOPR

Stanisław Dąbrowski razem z innymi działaczami, m.in. Andrzejem Delą, reaktywował działalność WOPR-u w Nowej Soli. Był zresztą jego wieloletnim prezesem. – Chciał to ratować i nas zmobilizował, żeby to zrobić – mówi Dela. – On był taki, że jak już powiedział A, to potem zamykał cały alfabet.

– Zawsze będę kojarzył Stasia z ratownictwem wodnym i kajakami – mówił nam tydzień temu Sławomir Rachudała z nowosolskiego WOPR. – Przez jakiś czas była przerwa w funkcjonowaniu WOPR w Nowej Soli i to właśnie m.in. Stanisław i Andrzej Dela – potwierdza Rachudała – reaktywowali to wszystko. Stasiu zawsze nas bardzo wspierał. Jeśli chodzi o ratownictwo wodne, zabrakło mu tylko najwyższego odznaczenia, pozostałe już otrzymał. Jego byli podopieczni z kajakarstwa bardzo go szanowali. Przyjeżdżał do nas rowerem w każdy czwartek. Po prostu zawsze był, skrupulatnie prowadził dokumentację, można było na niego liczyć. Zapamiętam go jako uśmiechniętego człowieka. W zasadzie do tej pory nie dociera do mnie, że nie żyje. Będzie nam go bardzo brakowało.

Do zobaczenia

Dela: – Jak dowiedziałem się, że Stasiu nie żyje, po prostu siedziałem ze łzami w oczach, bo trudno mi było w to uwierzyć.

Krawców, wzruszony: – Miesiąc wcześniej spotkaliśmy się ze Stasiem na pogrzebie Zygfryda Chreptowicza. Był w dobrej formie. Stanęliśmy na cmentarzu w tej naszej sportowej grupie i pan Jan Dąbrowski, legenda naszej siatkówki, powiedział: to teraz na mnie kolej. Stasiu odpowiedział mu: Janek, to tak nie działa. Nie wiadomo, kto będzie następny.

Później odwiozłem go z cmentarza do domu. Gdy wysiadał, powiedziałem: cześć, Stasiu, do zobaczenia.

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Skip to content