Jak Dozamet przywitał marzenie. 35 lat od debiutu w drugiej lidze [REPORTAŻ, ZDJĘCIA]

4 sierpnia 1985 to kluczowa data, jeśli chce się zrozumieć mit legendarnego Dozametu Nowa Sól. 35 lat temu debiutowaliśmy u siebie w piłkarskiej drugiej lidze. Ta przygoda trwała dwa lata

Henryk Kaim wchodzi na murawę nowosolskiego stadionu. Słońce praży, założył czapkę z daszkiem. Gorąco było też 35 lat wcześniej, kiedy Kaim wchodził na to boisko jako napastnik Dozametu Nowa Sól. Był 4 sierpnia 1985 roku. Graliśmy pierwszy mecz w drugiej lidze. Przeciwnik: RKS Radomiak Radom.

Były piłkarz mieszka niedaleko stadionu i do dziś czasami tu przychodzi, gdy nikogo nie ma. Siada wtedy samotnie na trybunach i wspomina. Jest cicho, a on myśli sobie, na którą bramkę strzelił więcej goli.

Teraz stajemy na środku boiska. – Wychodzi, że na tę strzelałem częściej – wskazuje bramkę od strony szatni. – Z Radomiakiem były duże emocje, tym bardziej że na starcie jako beniaminek graliśmy z zespołem, który spadł z pierwszej ligi. To było duże wzruszenie i – można powiedzieć – podniecenie. Dla kibiców i dla nas ten awans to była duża frajda pod względem sportowym, ale też widowiskowym.

– Cała pana rodzina przyszła na ten mecz? – pytam go.

– Chyba tak, ale teraz już sam nie wiem – mówi. – Wtedy człowiek był jednak zainteresowany meczem. Odprawa, rozgrzewka, samo spotkanie. Moi bracia często chodzili na mecze. Chcieliśmy się wtedy pokazać publiczności. Ale nie trząsłem się, bo Radomiak przyjeżdża do Nowej Soli. Przyjąłem to spokojnie. Chciałem jak najlepiej wypaść i osiągnąć dobry wynik.

Henryk Kaim żałuje jednej rzeczy: – Że nie awansowaliśmy wcześniej, bo mieliśmy wtedy naprawdę dobrą ekipę złożoną z samych nowosolan. Niewiele nam zabrakło do awansu i to się opóźniło o pięć lat. To była drużyna z Józkiem Śnieżką, Czesiem Bieleckim, Wojtkiem Kakałą czy Kazimierzem Karpińskim. Byliśmy wtedy o wiele młodsi, a tak debiutowałem w drugiej lidze mając 33 lata. W 1986 r. skończyłem granie tutaj potyczką z Zawiszą.

Czy Henryk Kaim do tej pory chodzi na mecze? – Zdarza się, ale aż tak to mnie już nie kręci – przyznaje. – Dziś futbolówka lata w lewo, w prawo i nie ma już gry piłką, tylko łup, łup, łup – tak to odbieram. Teraz klubom jest też trudniej pod względem sponsorów. Kiedyś firmy jak Dozamet czy Odra dawały duże pieniądze na piłkę nożną.

Z Radomiakiem piłkarze Dozametu, podopieczni trenera Tadeusza Wanata, przegrywali po pierwszej połowie 0:1. W przerwie za Henryka Kaima wszedł Mirosław Morawski i strzelił na 1:1 – na tę bramkę od strony od szatni. Na trybunach euforia.

Tak ten mecz się zakończył – Dozamet na początku kampanii w drugiej lidze remisuje ze spadkowiczem z ekstraklasy. – Wynik był dla nas satysfakcjonujący – zapamiętał Kaim. – Chyba byłem wtedy kapitanem.

Dozamet zagrał w składzie: Fabiszewski – Hoły, Dorociak, Połoński, Matkowski, Łoszkowski (od 83. minuty Chudzik), Kołodziej, Liszka, Benke, Kaim (po przerwie Morawski), Krzyśków.

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE „TYGODNIKA KRĄG”

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media