Były wicenaczelny „Kręgu”: Za moich czasów nie korzystaliśmy z internetu [30-LECIE GAZETY]

– Z początku miałem nieodparte wrażenie, że ludzie myśleli, iż przychodzę po tanią sensację. A chodziło tylko i wyłącznie o uzyskanie informacji w jakimś istotnym temacie. Nie było szerszego pojęcia, że gazety to czwarta władza – podkreśla w rozmowie z okazji 30. urodzin „Tygodnika Krąg” Jarosław Suski, dziś dyrektor Zespołu Szkół w Otyniu i przewodniczący rady powiatu nowosolskiego, a w przeszłości dziennikarz i wicenaczelny „Kręgu”

Mariusz Pojnar: Cofnijmy się o trzy dekady. Kiedy trafił pan do „Kręgu”, był pan młodym polonistą – pełnym energii i entuzjazmu, który dodatkowo popołudniami biegał po mieście za tematami.

Jarosław Suski: Z tego, co kojarzę, do redakcji przyszedłem w 1993 r. Była wiosna – tak bym zaczął, bo nie pamiętam dokładnie miesiąca.

Pracowałem wtedy w LO jako nauczyciel łaciny i polonista. Robert Sas, ówczesny pełnomocnik wydawcy, poprosił dyrektora szkoły, pana Bartoszewskiego, żeby namówił jakiegoś polonistę do robienia korekty w „Kręgu”. Dyrektor zapytał mnie i chętnie się zgodziłem.

Tak się zaczęło.

Wtedy redakcja była przy ul. Moniuszki.

Tak, tam, gdzie dzisiaj jest wydział geodezji starostwa. Śmialiśmy się, że siedzimy na strychu. Wejście było trochę obskurne, schody drewniane i trzeszczące. Ale to miało swój urok.

Pamięta pan ludzi z ówczesnego składu redakcyjnego?

Krzysztof Kokosiński, który był też redaktorem naczelnym i robił skład komputerowy gazety. Komputery wtedy to było coś, na czym nie wszyscy się znali.

Był też Robert Mangold, który zajmował się kolportażem. Rozwoził „Krąg” po kioskach, układał program telewizyjny. Później pojawiły się Małgorzata Grotowska, Małgorzata Szczycińska. Te osoby bardzo dobrze pamiętam.
Pan nie zajmował się tylko korektą.

Moim zadaniem poza korektą i pisaniem było, tak to nazwijmy, werbowanie młodych ludzi do pisania. Ściągnąłem do „Kręgu” np. obecną rzeczniczkę urzędu miasta Ewę Batko czy Katarzynę Kwiatkowską, dziś rzeczniczkę praw konsumentów – pisały teksty jako współpracowniczki.

Syn dyrektora LO Rafał Bartoszewski też miał swój epizod w gazecie i pisał fajne teksty. Z młodszych roczników pamiętam też m.in. Annę Szulik i Maćka Polachowskiego.

Oprócz tego, że pan werbował do pisania, przede wszystkim był pan dziennikarzem. O czym pan pisał?

Generalnie o wszystkim. Pamiętam taki artykuł, w którym pisałem o wilkach we Wrociszowie. Tam w polach była, jak dobrze pamiętam, jakaś firma krasnali. Właściciel sprowadził psy – jak mu się wydawało – do stróżowania. Okazało się, że to były wilki, które uciekły i zadomowiły się w pobliżu w zaroślach i napadły na zwierzęta gospodarskie we Wrociszowie. Pojechałem tam, ale jakoś tych wilków nie spotkałem [śmiech]. Wtedy to był artykuł na pierwszą stronę.

Czyli zdjęcia pan nie zrobił.

Nie, umieściliśmy zdjęcie poglądowe wilka [uśmiech].

Jakie jeszcze tematy pan szczególnie pamięta?

Choćby taką tragiczną sprawę, w której mała dziewczynka w domu ugryzła liście difenbachii, rośliny trującej, i udusiła się jej mleczkiem. To był temat, którym nigdy nie chciałbym się zajmować ze względu na tragizm tej całej sytuacji.

Miał pan jakieś stałe działki tematyczne?

Była takowa, to się nazywało „Echa miasta”. Chodziłem raz w tygodniu do prezydenta Krzysztofa Goneta albo Waldemara Jechecia, który był wtedy sekretarzem, i rozmawiałem z nimi, co dzieje się w samorządzie. I później to opisywałem.

Chodziłem też do prokuratora Jana Wojtasika, który opowiadał mi o tych już rozliczonych przestępstwach. Na tej podstawie pisałem takie nowosolskie pitawale. Opisywałem to innym językiem, niż robił to później Marek Grzelka w cyklu „Kobra z myszką”, fantastycznym zresztą. Ja to robiłem językiem opisującym to, co ustalili śledczy.

To były moje stałe fuchy.

Pan cały czas łączył gazetę z pracą w szkole?

Tak, wtedy mogłem sobie na to pozwolić. Jedynym dniem, w którym siedzieliśmy bardzo długo, był dzień składu. Ale to nie był poniedziałek, tak jak dziś. W ten jeden dzień w tygodniu siedzieliśmy do wieczora. Niekiedy teksty spływały jeszcze do końca składu. Robiło się korektę i wtedy dopiero strony szły do drukarni. Chyba wtedy nas drukował Rolpex.

Niekiedy z redakcji „Kręgu” wychodziło się po ciemku.

To się nie zmieniło.

Domyślam się.

Pamięta pan, jak wyglądało przygotowanie poszczególnych numerów?

Generalnie wyglądało to tak, że w tygodniu ludzie dostawali tematy, które realizowali i przynosili teksty. One były wklepywane do komputera i w ostatni dzień składane przez Krzysztofa Kokosińskiego. Uczyliśmy się na własnych błędach – i fachu, i edycji, i wszystkiego związanego z obsługą techniczną.

Z czasem nakład cały czas rósł. Nieźle się to kręciło. Nie było jeszcze wtedy internetu, a więc był to moment, w którym gazeta rozwijała się dynamicznie. Nakład był cały czas zwiększany. Pamiętam, że jak odchodziłem, był chyba na poziomie 4,5 tys. egzemplarzy tygodniowo.

Niestety internet odbił na sprzedaży papierowej prasy swoje piętno. Papier wypierany jest mniej więcej od dekady. W sytuacji, kiedy mamy Facebooka i włodarze wszystkich praktycznie gmin publikują informacje na swoich profilach, podobnie radni – i to w czasie rzeczywistym, kiedy dzieje się coś ważnego – zdaję sobie sprawę, że tygodnikom coraz trudniej funkcjonować.

A gdzie pan szukał informacji?

Wszystko było wychodzone. Za moich czasów nie korzystaliśmy z internetu. Ważne było to, żeby mieć dobre relacje z ludźmi. Ale to się na pewno nie zmieniło. To też była duża zaleta pracy dziennikarza, że można było poznawać nowych ludzi i dostrzegać ich wartość w tym, jak cię potraktują.

Miałem to szczęście, że moi rozmówcy do tego niezorientowanego wtedy w wielu kwestiach młodego człowieka, czyli mnie, podchodzili w wielką klasą.

Ktoś przed panem zatrzasnął kiedyś drzwi?

Trudne pytanie, nie kojarzę takiego momentu. Częściej bywało tak, że podczas rozmowy telefonicznej ktoś odmawiał spotkania albo nawet najkrótszej rozmowy. W latach 90. ludzie dopiero uczyli się tego, czym są gazety. Z początku miałem nieodparte wrażenie, że myśleli, iż przychodzę po tanią sensację, ciekawostki z ich życia. I że szukam dziury w całym.

A chodziło tylko i wyłącznie o uzyskanie informacji w jakimś istotnym temacie. Nie było szerszego pojęcia, że gazety to czwarta noga demokracji albo czwarta władza, jak mówią inni.

Do kiedy pan pracował w „Kręgu”?

Trudno mi wskazać moment. Jednym z ostatnich tekstów był ten o pluskwie milenijnej [śmiech].

Czego pana ta praca nauczyła?

Przede wszystkim wciągnęła mnie w Nową Sól. Jak się było w liceum, człowiek żył swoimi sprawami. Potem studia we Wrocławiu, z dala od rodzinnego miasta. Praca w gazecie nauczyła mnie patrzenia na Nową Sól. Dzięki niej stałem się nowosolaninem zanurzonym w tym mieście po uszy.

Dziś „Krąg”, który pan współtworzył, kończy 30 lat.

Dużo czasopism to były takie meteory, które gdzieś tam powstawały, np. przy okazji akcji wyborczych albo pierwszej kadencji samorządu. W niektórych miastach to były ambicje nowych włodarzy, ale później z różnych powodów te tytuły ginęły, często bardzo szybko.

Z „Kręgiem” jest inaczej. Stał się znakiem, rozpoznawalną marka i nadal trwa. W jakiej formie będzie wydawany w najbliższej przyszłości, czas pokaże. Nie wydaje mi się, że nadejdzie taki czas, kiedy „Krąg” będzie gonił za tanią sensacją. Forma i tematy świadczą o jego dojrzałości. Tę dojrzałość „Krąg” w tej chwili ma.

Pamiętajmy, że czasy nie są łatwe. W kraju mamy taką plemienną wojnę. Ale też tu, na rynku lokalnym, mamy zderzenie różnych koncepcji samorządu. Zwłaszcza jeśli chodzi o powiat.

Powiem najprościej, jak potrafię: jest budowany taki przekaz, że wszelkie sukcesy to zasługa włodarzy gmin, a wszelkie problemy to wina powiatu – począwszy od budowy ścieżki rowerowej, poprzez nieszczęsne wysypiska śmieci i rekultywacje, na funkcjonowaniu szkół skończywszy. W mojej ocenie tak nie jest, ale ktoś może mieć inne zdanie i oczywiście ma prawo je wyrażać.

„Krąg” przez lata ewoluował. Jak pan te zmiany widzi oczami redaktora z lat 90.?

Porównałbym do dziecka, które na początku jest małe, trochę nieporadne. Później raczkuje, wyrasta z pieluch. Idzie do szkoły itd.

„Krąg” wydoroślał, stał się gazetą, nie lokalnym biuletynem, jak to miało miejsce na samym początku. Patrząc na treści, sposób ich redagowania, wygląd gazety. Widać, że „Krąg” wydoroślał, a może lepszym słowem będzie dojrzał.

To żwawy facet, który wie, czego chce.

Czego życzy pan jubilatowi?

Jeśli „Krąg” to 30-letni facet, powiem tak: między trzydziestką a czterdziestką nie jest łatwo. Dużo obowiązków, duża odpowiedzialność, duże oczekiwania wszystkich wokół, a nie zapominajmy, że gazetom jest dziś trudno, o czym już wspomniałem.

Dlatego życzę zachowania dojrzałego charakteru, powagi i rozsądku. No i żeby druga młodość się nie odezwała, bo młodość to szaleństwo [śmiech]. Życzę „Kręgowi” przede wszystkim bycia sobą i dystansu do tej rzeczywistości samorządowej i społecznej, która czasami jest mocno skomplikowana.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content