Main Tour, czyli gra o kupę kasy. Adam Stefanów w lidze mistrzów [ROZMOWA]

– Byliśmy jedną z najmłodszych ekip. Sam fakt, że tam jesteśmy, był dla nas mega, bo to i doświadczenie, i nobilitacja, i profit – mówi Adam Stefanów, rewelacyjny snookerzysta z Kożuchowa, po drużynowym Pucharze Świata. W duecie z Kacprem Filipiakiem osiągnęli w Chinach najlepszy wynik dla Polski w historii imprezy. Stefanów cały czas walczy o utrzymanie w Main Tourze – to liga mistrzów snookera

Mateusz Pojnar: Wróciłeś niedawno z drużynowego Pucharu Świata. To prestiżowy turniej, absolutny top. Reprezentowałeś Polskę.

Adam Stefanów: Odbywa się co dwa lata. Nominowane są 24 najlepsze kraje na świecie. Pierwszym kryterium są zawodnicy w Main Tourze – ja gram w tej lidze, dodatkowo jako Mistrz Europy amatorów wszedł do MT Kacper Filipiak, z którym grałem podczas pucharu.

Rozgrywki trwały ponad tydzień. Ich forma jest taka, że gramy po jednej partii. Wbrew pozorom najlepsze teamy i tak wygrywają, ale to daje szanse nieco słabszym duetom. Ktoś może mieć superdzień i pokonać teoretycznie lepszą drużynę.

Wygrali John Higgins i Stephen Maguire. Ale np. Ronnie O’Sullivan odmówił udziału, bo stwierdził, że 200 tys. za wygraną to dla niego za mało i nie chce mu się lecieć do Chin (uśmiech). Tak samo Mark Selby.

A jak wam szło podczas tego turnieju?

Straszna przeplatanka, ale finalnie skończyło się bardzo dobrze, osiągnęliśmy maksa.

Pierwszy mecz graliśmy z Austrią, to był na papierze najsłabszy zespół. Każda wygrana partia dawała punkt, więc na każdej była presja. I przegraliśmy z nimi 2:3. Był niedosyt, bo przecież chcieliśmy wyjść z grupy, która okazała się bardzo wyrównana.

Później wygraliśmy z Niemcami 3:2, potem z Tajlandią, jednym z faworytów turnieju, przegraliśmy 2:3. Następnie mieliśmy Chińczyków, obrońców tytułu, teoretycznie najlepszy zespół. Na pierwszej zmianie wygrywałem z 20. zawodnikiem na świecie 50:10 i przegrałem na ostatniej czarnej, wyczyściłem wszystkie bile. Jeden z Chińczyków grał tego dnia fenomenalnie: czego mu nie wystawiłem, wszystko czyścił.

Wiedzieliśmy, że nie mamy już szans wyjść z grupy. Z drugiej strony mieliśmy świadomość nagród pieniężnych, tego, że za szóste miejsce jest tyle, a za trzecie trzy razy tyle. Musieliśmy wygrać z Norwegią 4:1 albo 5:0, a oni w takim stosunku powinni wygrać, jeśli chcieli wyjść z grupy. I dla nich, i dla nas to był ważny mecz. Pokonaliśmy ich 4:1, oficjalnie zajęliśmy dziewiąte miejsce.

Niesamowite skoki nastrojów dają takie turnieje. Trzy dni dochodziłem do siebie po powrocie. Graliśmy o dużą nagrodę i udało się ją wygrać. Wróciliśmy szczęśliwi, bo to było najlepsze miejsce Polski w tym Pucharze Świata w historii.

Jest niedosyt, że nie weszliście do ćwierćfinału, czy podchodzisz do tego na chłodno?

Na luzie. Byliśmy jedną z najmłodszych ekip. Sam fakt, że tam jesteśmy, był dla nas mega, bo to i doświadczenie, i nobilitacja, i profit. Liczyliśmy na początku, że z Chinami może wygramy po jednej partii i w ostatnim meczu powalczymy o wyjście z grupy. A później nie myśli się już tak o miejscu, ale o nagrodzie finansowej. Po to się też gra, bądźmy szczerzy. Dla nas to jest dobry wynik.

Mówisz, że byłeś wyczerpany po turnieju. Ten sport rzeczywiście jest tak obciążający fizycznie i psychicznie?

Strasznie. Grałem jeden, drugi turniej na rozpoczęcie sezonu, potem wylot do Chin, musisz się szybko zaaklimatyzować, źle śpisz – po cztery godziny, gorzej się czujesz, inaczej bila gra na stole. To się nakłada. I po turnieju czułem – a rzadko tak jest – że jestem wycieńczony mentalnie, bo wszystko toczyło się do ostatniej bili, a stawka była ogromna. W normalnym meczu możesz sobie – powiedzmy – pozwolić na to, że przegrywasz 0:2 i gonisz; tutaj była jedna partia.

Inaczej też jest wtedy, kiedy grasz w drużynie i twój partner ogląda mecz. Decyzje podejmujesz wtedy nie tylko za siebie, ale też za osobę, która siedzi obok.

A jak to się stało, że stworzyłeś team akurat z Kacprem Filipiakiem?

Na dziś jest tylko dwóch Polaków w Main Tourze. Cofając się wstecz, on był od paru lat najlepszym młodym amatorskim zawodnikiem, który miał szansę zostać zawodowcem – i tak się stało. Świetnie się z nim rozumiem. Kiedyś rywalizowaliśmy, teraz uzupełnialiśmy się. Tak nas powiązał promotor, powołał najlepszych Polaków.

Zmieniłeś ostatnio podejście do sportu.

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE „TYGODNIKA KRĄG”

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content