Szefowa PCK o sytuacji na granicy: Boli serce, jak się na to patrzy [ROZMOWA]

– Centralne władze Polskiego Czerwonego Krzyża stworzyły specjalne konto „Na ratunek uchodźcom” – mówi o możliwości pomocy migrantom i uchodźcom na polsko-białoruskiej granicy Grażyna Krzyśko, szefowa Oddziału Rejonowego PCK

Mateusz Pojnar: Czytelnicy pytają, jak mogą pomóc uchodźcom i migrantom na granicy polsko-białoruskiej.

Grażyna Krzyśko: Jeśli chodzi o PCK, dziś wytyczne są takie, że zbieramy dla tych ludzi przede wszystkim pieniądze.

Dystrybucją samych darów – koców, śpiworów i tak dalej – zajmuje się choćby nasz wschodni oddział w Lublinie. W Lubuskiem mamy dwa ośrodki dla cudzoziemców. Jeden jest od dawna w Krośnie Odrzańskim, a niedawno utworzyli drugi – w Wędrzynie w gminie Sulęcin. Prowadzi je Nadodrzański Oddział Straży Granicznej.

Góra PCK i straży granicznej dogadały się, dlatego możemy pomagać w tych ośrodkach, ale u nas ostateczną decyzję podejmuje szef NOSG. Napisaliśmy do naszego oddziału pograniczników. Na pierwsze pismo odpisali, że nie potrzebują pomocy, a na drugie do tej pory nie ma odpowiedzi.

Media pisały, że niektórzy ludzie z granicy trafili już do Lubuskiego.

Tak, ale być może nie ma ich aż tak wielu, dlatego strażnicy nie potrzebują pomocy. Tego nie wiemy.

Dla was to nie jest przykre, że nawet nie odpisali na drugie pismo?

Jest, bo wiele osób krzyczało, że PCK nic nie robi w związku z uchodźcami. A to nieprawda.

A sami mieszkańcy Nowej Soli pytali nasz oddział PCK, jak mogą pomóc?

Pytali. Zbiórkę ciepłej odzieży – używanej, ale w bardzo dobrym stanie – prowadzili uczniowie i nauczyciele „Nitek”. Odpowiadała za to opiekunka szkolnego koła PCK i wolontariatu Bogusława Kiziok. Ale koniec końców te ubrania zostały rozdysponowane wśród potrzebujących tutaj, w powiecie nowosolskim, bo wolontariusze na granicy już ich nie chcieli – sami w swoich zasobach mają mnóstwo odzieży dla uchodźców.

Później zbiórkę rzeczy zrobił nowosolski Klub Mam. Panie przyniosły nam sporo dziecięcej odzieży. Też ostatecznie niczego nie wysłaliśmy na granicę, bo to były głównie letnie ubrania. I gdzie je trzymać, skoro tam, na miejscu, wolontariusze mają rzeczy po sam sufit? Skorzystały z tej zbiórki m.in. dzieci z naszej świetlicy.

Centrala PCK stworzyła specjalne konto, by pomóc ludziom na granicy.

Tak, nazywa się „Na ratunek uchodźcom”. Ale jeżeli ktoś koniecznie będzie chciał przekazać jakieś nowe rzeczy, to najlepiej wysłać je bezpośrednio np. do PCK Lublin. Zasada jest taka, że to muszą być nowe rzeczy. Bo tych ludzi, którzy przechodzą na naszą stronę, wbrew pozorom nie ma wielu, a brakuje miejsca, by tę całą odzież gdzieś ulokować. Za granicą, na Białorusi, nie możemy im pomóc. Nikt nas tam nie wpuści. Białoruski Czerwony Krzyż też nie oczekuje od nas pomocy. Władze PCK są z nim w kontakcie.

Szefostwo PCK napisało list z apelem, by umożliwić im dostęp do uchodźców i migrantów w strefie stanu wyjątkowego.

Dziś nie możemy tam wejść. To jest ważne, żeby poznać bezpośrednio potrzeby tych ludzi. Pomoc tym, którzy przedostali się na polską stronę i poniewierają się po podlaskich lasach, byłaby łatwiejsza.

Pani przez lata współtworzy nasze PCK. Pamięta pani podobny kryzys humanitarny w Polsce albo na jej granicy?

Aż tak dużego zdecydowanie nie.

Tych sytuacji nie da się porównać, ale pamiętam dary, które przychodziły do nas w stanie wojennym. Było ich mnóstwo: odzież, środki higieny, jedzenie. Przeróżne rzeczy. Wtedy trzymaliśmy to wszystko w jednym z garaży nowosolskiego szpitala, który nam to umożliwił.

Podczas powodzi w 1997 r. też pomagały nam różne organizacje Czerwonego Krzyża: niemiecka czy francuska. Mieszkańcy Starej Wsi dostawali pieniądze na remonty starych domów, które zostały zalane. Ale jeszcze raz: nie da się tego porównać z tym, co dzieje się dzisiaj na granicy polsko-białoruskiej. Każdy miał wtedy jakiś dach nad głową, nawet pod namiotem – to było lato – czy u sąsiada.

Te chwile, kiedy nowosolanie, Polacy potrzebowali pomocy i ją otrzymali, jakoś szczególnie utkwiły pani w pamięci? Bo ważnych momentów przez lata pani pracy w PCK było pewnie więcej.

Stan wojenny nie mógł nie utkwić w pamięci. Ale to było tak dawno…

Mnie bardziej sponiewierała powódź. Woda przyszła na moje podwórko, miałam ją w domu. Wywieźliśmy cały dom: rodzinę, teściów, dzieci. Ale ja z mężem nie mogłam z nimi pojechać, bo mieliśmy punkt pomocy w szkole podstawowej nr 8.

Wróćmy na polsko-białoruską granicę. Reżim Łukaszenki zwabił tysiące ludzi w pułapkę, ale nie chcę rozmawiać o polityce. Tak po ludzku: co pani czuje, gdy widzi pani w telewizji tych ludzi w lasach?

Po prostu boli serce, jak się na to patrzy. Na pewno ci ludzie byli naiwni sądząc, że Białoruś umożliwi im wejście do lepszego świata. Ale Polacy też kiedyś jechali w nieznane – choćby do Anglii – bo chcieli, żeby im się lepiej żyło. Podobnie oni – chcieli mieć lepiej.

Nikt z nich ot tak sobie do nas nie przyjedzie. Ale gdyby się zdarzyło, że do nas trafi, do Nowej Soli, na pewno PCK jest otwarte, by pomóc. Najpierw pewnie byśmy takiego człowieka nakarmili i ubrali, a później musiałby trafić do ośrodka dla cudzoziemców, żeby przejść procedury – rejestrację, sprawdzenie.

Dla Polaków i w ogóle dla europejskich społeczeństw obojętność jest jakimś zagrożeniem? Bo ona się pojawia, gdy kryzysy się przedłużają.

Ona zawsze jest jakimś zagrożeniem. Chociaż wbrew pozorom może nie jest jej aż tak wiele? Z drugiej strony – już patrząc na sytuację u nas, w Nowej Soli – zdarza się często tak, że starsza osoba mieszka sama, ma rodzinę, ale nikt do niej nie zajrzy.

Wydaje się, że to spory problem. Korzystając jeszcze z okazji: w październiku rondo na zbiegu Przyszłości i Kaczkowskiego dostało imię PCK. To docenienie tego, co robiliście w mieście przez lata.

Tak na to patrzymy. Moment nazwania ronda nie jest przypadkowy. Minęło sto lat Czerwonego Krzyża w Polsce. Oczywiście w Lubuskiem PCK działa od momentu, gdy te ziemie stały się polskie po II wojnie światowej. W tym roku minęło też sto lat od naszych pierwszych kół szkolnych. Praca z dziećmi i młodzieżą jest bardzo ważna, bo jak mówi przysłowie – czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Już kilkadziesiąt lat temu pracowałam z dzieciakami na koloniach, dziś spotykam tych ludzi i ich nie poznaję – są ode mnie dwie głowy wyżsi [uśmiech]. Dorośli i zestarzeli się, zresztą ja też.

Ale pamiętają to, co wspólnie robiliśmy. To jest miłe.

***

PCK prowadzi zbiórkę darów rzeczowych i finansowych pod hasłem #NaRatunekUchodzcom. „Obecnie zbieramy tylko rzeczy nowe i te, które są najbardziej potrzebne, czyli: koce, śpiwory, karimaty, odzież termiczną” – czytamy w komunikacie centrali PCK.

Każdy, kto chciałby wesprzeć zbiórkę, może dokonać dowolnej wpłaty na konto: 16 1160 2202 0000 0002 7718 3060 z dopiskiem „Na ratunek uchodźcom”.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content