Rosja napadła na Ukrainę. „Putin ingeruje w niepodległe, suwerenne państwo” [#retroKrąg]

DZIŚ RANO ROSJA ZAATAKOWAŁA UKRAINĘ. PRZYPOMINAMY TEKST Z KWIETNIA 2014 R. „Putin powinien zwracać uwagę na to, co dzieje się w jego państwie, a nie ingerować w inne, niepodległe, suwerenne państwo sąsiednie, które ma swoją konstytucję. On próbuje stworzyć z władz Ukrainy swoją marionetkę”

Od dłuższego czasu przekazy medialne w stacjach informacyjnych zdominowane są tym, co dzieje się na Ukrainie. Żeby lepiej zrozumieć samych Ukraińców i ich spojrzenie na cały kontekst geopolityczny, spotkaliśmy się z Ukraińcami żyjącymi od lat w Nowej Soli. Zgodnie podkreślają – i trudno, żeby było inaczej – że biją w nich ukraińskie serca, a wydarzenia ukraińskie wzburzają w ich żyłach krew.

Zwierzyli się nam ze strachu o pozostawionych na Wschodzie bliskich oraz opowiedzieli o możliwych scenariuszach na najbliższe miesiące.

Ukraina się otrząśnie

Ivanna Sobierajewicz pochodzi z Łucka, miasta, które ma dłuższą historię niż Lwów. Mieszka tam ponad 200 tys. ludzi. Jej ojciec był z Tarnopola, mama jest z Wołynia. – U nas w rodzinie zawsze były kultywowane tradycje typowo ukraińskie. Dbałość o korzenie, narodowość, spójność. Nigdy nie było czegoś takiego, żeby ktoś dzielił Ukrainę na dwie części – zachodnią i wschodnią. Zawsze traktowano ją jako jedność. Mieliśmy wielu przyjaciół, nawet z Krymu. Sama tam nie byłam i nie wiem, czy tam jeszcze pojadę, skoro zaistniała taka sytuacja jak dziś – mówi Sobierajewicz, która na co dzień uczy języka angielskiego w ZSP nr 2 „Nitki”.

W Polsce mieszka od prawie 15 lat. W obwodzie wołyńskim ma rodzinę. Kiedy opowiada o tym, co wydarzyło się na Majdanie, a potem na Krymie, lecą jej łzy.

– Gdyby ktoś przyszedł do waszego domu, wszedł w waszą rodzinę i zaczął burzyć wewnętrzną harmonię, dobre relacje między domownikami, starał się ich zwaśnić wprowadzając swoje porządki, to nie byłoby fajne, prawda? Mówię to w kontekście polityki Putina oczywiście. On powinien zwracać uwagę na to, co dzieje się w jego państwie, a nie ingerować w inne, niepodległe, suwerenne państwo sąsiednie, które ma swoją konstytucję. On próbuje stworzyć z władz Ukrainy swoją marionetkę – denerwuje się Ukrainka.

Żeby zrozumieć to, co działo się na Ukrainie w ostatnich miesiącach, cofa się o dekadę wstecz, do pomarańczowej rewolucji. Jej najważniejszym skutkiem było objęcie władzy przez Wiktora Juszczenkę. – Co prawda nie brałam w niej udziału, byłam tylko obserwatorem, ale moim zdaniem Ukraina nie była wtedy jeszcze gotowa do prawidłowego rządzenia, nie było dobrych kandydatów, którzy mogliby rządzić krajem mądrze, rezolutnie. Cały czas byliśmy pod pantoflem Rosji, tego „starszego brata”, w cudzysłowie oczywiście, który zawsze ingerował w nasze sprawy. I będzie to robił dalej – mówi Ivanna.

Jej zdaniem kiedy w 2010 r., po Juszczence, nastała kadencja Wiktora Janukowycza, pewnym stało się, że prędzej czy później Rosja sobie o Ukrainie przypomni. Dodaje, że były już prezydent, który w konsekwencji wydarzeń na Majdanie najpierw uciekł do Rosji, a potem został odwołany przez nowe władze, faktycznie był wybrany w wolnych wyborach, ale dzięki przewadze liczebnej mieszkańców wschodniej Ukrainy. – Zachód naszego kraju podczas głosowania w starciu ze wschodem był na straconej pozycji, bo jest nas zwyczajnie mniej – zaznacza Ivanna Sobierajewicz.

O samym Janukowyczu mówi bardzo źle. – Była taka anegdota, że podczas jednego ze spotkań w trakcie kampanii do kobiety z komitetu wyborczego przy zgaszonych mikrofonach powiedział: „No i jak, ile bydła spędziłaś tym razem?”. Chodziło mu oczywiście o obywateli Ukrainy. Ja nie wiem, jak naród mógł wybrać kogoś takiego? – zastanawia się Ukrainka mieszkająca w Nowej Soli. I dodaje: – Prezydent Ukrainy musi kochać swój naród, być dumnym z tego, że jest Ukraińcem, dążyć do rozwoju, bo ten kraj ma co pokazać światu, ale cały czas podcina mu się skrzydła.

Z jej punktu widzenia wydarzenia na Majdanie były nieuniknione, bo obywatele Ukrainy musieli się zbuntować przed polityką prezydenta na usługach Rosji.

Ale to, że musieli tam ginąć ludzie, było dla niej traumatycznym przeżyciem.

– Dla mnie strzały na Majdanie to był szok. Nie myślałam, że to może być możliwe w XXI wieku. Sądziłam, że świat jest tak poukładany, że w środku Europy nie można strzelać do ludzi. Pomyliłam się – opowiada o swoich emocjach z tamtego okresu Ivanna Sobierajewicz.

Mimo że od tych wydarzeń minęło już trochę czasu, wciąż targają nią ogromne emocje. – To coś strasznego, kiedy naród musi stanąć przed wyborem: strzelać lub nie, życie lub śmierć. Czułam bezsilność widząc, jak giną moi rodacy, młode osoby, przed którymi było całe życie. I za co? Że chcieli być wolni – Ivanna płacze.

W trakcie najgorętszego okresu na Ukrainie miała cały czas kontakt z rodziną, z mamą, a przede wszystkim z bratem, który relacjonował jej, co dzieje się w tamtej części świata. Nawet nakierowywał ją, co ma czytać w internecie.

Kobieta podkreśla, że media rosyjskie manipulowały faktami. – Widziałam w telewizji te same obrazy, ale z innym komentarzem. Podam przykład. Widać kolejki na przejściach granicznych, zresztą choćby na jednym z tych, które ja zawsze przekraczam: Dorohusk – Jagodzin. Telewizje rosyjskie przekazywały, że ludzie szykują się do ucieczki z Ukrainy do Rosji, bo jest tak źle. Manipulowali opinią publiczną po to, żeby ich przekonać, że będzie im się działa krzywda pod przywództwem nowych władz ukraińskich, że to Rosja jest tym „wybawicielem”. Ludziom, którzy nie myślą, łatwo było zrobić wodę z mózgu. Taka była polityka Rosji, żeby zwaśnić regiony. Napuścić jednego na drugiego. Ukraina to jeden naród, w Polsce też są przecież Ślązacy, Kaszubi itd. I tak samo u nas – podkreśla Ivanna Sobierajewicz.

Dodaje, że Putin przygotowywał się do aneksji Ukrainy od dawna. – Gdyby nie Igrzyska Olimpijskie w Soczi, to już dawno by ruszył na Ukrainę. One związały mu ręce, nie mógł tego zrobić wcześniej, bo impreza sportowa o tak szerokim wydźwięku zostałaby zbojkotowana przez cały świat Zachodu. Czytałam nawet na jakimś portalu, że plany przejęcia Krymu i innych regionów były już dużo wcześniej – mówi Ukrainka.

Pani Ivanna nie może zrozumieć fenomenu Putina. Tłumaczy, że to człowiek, który ma zapędy imperialistyczne i że Rosjanie lubią takich przywódców o twardym charakterze. – Pamiętają Stalina, Lenina i chcą tego samego – stwierdza mieszkanka Nowej Soli.

W całej sytuacji, będąc wiele kilometrów od ojczyzny, szukała słów otuchy m.in. u swoich uczniów. – Chcę to mocno podkreślić, że najbardziej zaangażowanym państwem jest Polska. Jak to mówią, przyjaciół poznaje się w biedzie. Wy jesteście takim przyjacielem. Moi uczniowie mówili do mnie: niech pani się nie martwi, wszystko będzie dobrze. To dla mnie bardzo ważne – wzrusza się Ivanna.

Na koniec dodaje: – Wiem, że Ukraina się otrząśnie, przecierpimy to i będziemy razem. Nikt nas nie złamie. Będziemy jednym państwem. Proszę Boga, żeby tak było.

Żal Krymu

Jurij Łysenko: – To jeszcze długo potrwa, zanim zrobi się spokojnie, a sytuacja się unormuje.

Do Polski przyjechał 20 lat temu z okolic Iwano-Frankowska. To był przypadek. Wybór na nasze miasto padł, gdy jego żona dostała pracę w „Elektryku”. Sam, będąc lekarzem specjalistą rehabilitacji medycznej i medycyny manualnej, zaczął prowadzić gabinet leczenia bólu.

Przyjmuje pacjentów w Nowej Soli, pracuje w Jeleniej Górze, prowadzi wykłady. – Śledzę od początku wszystko, co dzieje się na Ukrainie. Nie spodziewałem się tego, co się wydarzyło. To bardzo źle, gdy giną ludzie, gdy leje się krew – uważa Łysenko.

Nie ukrywa, że z Ukrainą wciąż jest mocno związany emocjonalnie przez wzgląd na pamięć spędzonych tam lat, dzieciństwo, wspomnienia starych miejsc, które wciąż są w głowie.

Jurij Łysenko streszcza wydarzenia, które doprowadziły do powstania drugiego Majdanu. Pierwszy, październikowy, trwał krótko i znikł.

Kiedy prezydent Janukowycz nie podpisał w Wilnie paktu akcesyjnego, rozpoczął się drugi. – Wystraszyliśmy się, bo to zaczęło iść w bardzo niedobrym kierunku – mówi Jurij.

Według niego gdyby respektowane było porozumienie, do którego doprowadzili ministrowie spraw zagranicznych krajów europejskich, dalsze wydarzenia inaczej by się potoczyły. – W ciągu 24 godzin rozpoczęły się zamieszki zbrojne, jacyś ludzie w kominiarkach, strzelanina. Moim zdaniem Janukowycz od dawna był politycznym trupem. Należało rozmawiać i załatwić problemy na miejscu, w kraju, a doszło do sytuacji, w której Janukowycz ucieka, zaczyna się na niego polowanie, on daje głos z Rosji, a sytuacja rozwija się bez sensownego planu – stwierdza Jurij Łysenko.

Jego rodzina cały czas kontaktowała się z bliskimi i znajomymi mieszkającymi na Ukrainie. Choć życie na wschodzie toczy się z pozoru normalnie, z boku wielkich wydarzeń politycznych, to mieszkańcy są zaniepokojeni. Ukraina jest mocno podzielona na część zachodnią i wschodnią. – Nie można lekceważyć rosyjskojęzycznych mieszkańców wschodniej części. Tak naprawdę Polacy nie rozumieją ani rosyjskojęzycznych Ukraińców, tych z zachodu – uważa Łysenko.

Podkreśla, że nie można mieszać walki Polaków z systemem totalitarnym i tego, co dzieje się dziś na Ukrainie. Tam nastąpiła walka z wybranym rządem. Opowiada, że duże wpływy mają dziś nacjonalistyczni radykałowie, a to też nie wróży niczego dobrego.

Nie ukrywa, że żal mu Krymu. – Może gdyby była przestrzegana ugoda, byłoby inaczej, ale dziś to gdybanie – zastanawia się Ukrainiec. Ożywia się wspominając Krym, piękne tereny, widoki, morze. Służył w tamtejszej jednostce wojskowej. – Żołnierze, którzy przeszli na stronę rządu Krymu, zrobili to z przyczyn ekonomicznych. Część dostała tam przydział, a pochodzi z innych regionów i może wrócić do domu. Całe szczęście, że tam nie ma konfliktu zbrojnego – uważa Łysenko.

Mentalność swojego narodu porównuje do polskiej. Typowo słowiańskie zachowania sprawiają, że walczymy zbiorowo, narodowo. – Później jesteśmy bezradni, najlepiej, żeby ktoś przyszedł i za nas wszystko zrobił. Ukrainie potrzebni są nowi politycy, niezwiązani z wielkimi grupami biznesowymi, tacy, którzy będą podejmować samodzielne decyzje – zaznacza Jurij.

Mój brat był na Majdanie

Nasza ostatnia rozmówczyni, Natalia Baranik, w Polsce mieszka od 20 lat. Jej mama to rodowita Ukrainka, ojciec jest Białorusinem. Pani Natalia do Nowej Soli przyjechała za mężem.

Spotykamy się z nią w sklepie z używaną odzieżą przy ul. 1 Maja, gdzie pracuje. Zamyka laptopa, bo akurat rozmawiała z siostrą na Ukrainie. Cała jej rodzina mieszka w zachodniej części kraju.

Kiedy Natalia zaczyna opowiadać o wydarzeniach na Majdanie, w jej oczach pojawiają się łzy.

Codziennie dzwoniła do mamy i do siostry. – Za którymś razem mama mi mówi, że mój 28-letni brat pojechał na Majdan. Ja akurat oglądałam tę strzelaninę. Przeżyłam szok, nie mogłam uwierzyć, że on tam jest. Do wieczora ledwo wytrzymałam. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę w takiej rozpaczy. Kiedy usłyszałam, że wrócił, poczułam taką ulgę, że trudno to sobie wyobrazić – zwierza się pani Natalia.

Brat opowiedział jej, że na Majdanie pomagał rozdawać jedzenie i był przy barykadach. Wybrał się tam, a rodzinie powiedział, że jedzie do pracy na Białoruś. Wielu z miasteczka pani Natalii pojechało do Kijowa. Mama jej opowiadała, że przyjeżdżali ludzie i kazali iść na Majdan. Tak było w oddalonym o sto kilometrów od miasteczka pani Natalii Równie, a z czasem i w jej rodzinnej miejscowości. Mówili, żeby zamykać sklepy i wsiadać w autobusy.

Baranik przyznaje, że mieszkańcy zachodniej Ukrainy chcą żyć jak w Polsce. Przyjeżdżają tu, widzą, jak tutaj jest i pragną, żeby u nich było tak samo.

Natalia opowiada, że miała przez kilka dni gościa z Ukrainy, młodego chłopaka z rodziny. Pytała, co sądzi o powszechnej mobilizacji wojskowej, która jego też dotyczy. Oznajmił, że nie wyobraża sobie wojny, że nie chce nawet o tym myśleć. Mówił, że wśród Rosjan ma znajomych, wielu dobrze zna, przyjaźni się. – Miałbym do nich strzelać? – pytał.

Rodzina pani Natalii nie chce już oglądać telewizji, przeżywać każdego wydarzenia. Czują strach, ale starają się żyć normalnie. – Polska pokazuje wiele z tego, jak to wygląda. Jednak jak oglądam rosyjskie stacje, to wszystko jest przedstawiane kompletnie odwrotnie –zauważa Natalia Baranik. Jeśli chodzi o Krym, nie pokazują mieszkających tam Ukraińców. Pani Natalia czyta wiele komentarzy w internecie, interesuje ją zdanie mieszkańców tego półwyspu. Piszą, że są rozczarowani, bo rezerwacje w ośrodkach wypoczynkowych odwołane.

– Zawsze jeździliśmy tam nad morze. To piękne miejsce. Zostawialiśmy pieniądze, wtedy nie narzekali na Ukraińców. Dziś się boimy i nic dziwnego, że nie ma chętnych na wakacje na Krymie. Szkoda tego miejsca – wzdycha Natalia.

I przypomina, że od początku, gdy Rosja zaczęła ingerować w sprawy ukraińskie, jej rodzice mówili, że Krym się odłączy. Pani Natalia cieszy się, że teraz jest względnie spokojnie.

Tłumaczy, że nowy rząd ma mandat zaufania. Ludzie się przyglądają. Tylko prawy sektor narodowy trochę ją niepokoi. Docierają do niej informacje, że mogą tam być osoby związane z Janukowyczem, które tylko specjalnie mącą. Baranik podkreśla, że nazywanie uczestników Majdanu banderowcami jest skandaliczne. Jej brat nie jest banderowcem. To zwykli ludzie, często młodzi, którzy walczą o swoją przyszłość.

Natalia Baranik cieszy się, że żyje w Polsce. Za Ukrainą bardzo tęskni, w końcu ma ukraińskie serce. Mieszkać jednak by tam nie chciała. Lubi Polaków, nowosolan, ma tutaj przyjaciół. Lżej się u nas żyje.

Tęskni za dawnymi ścieżkami, widokami, ale wracać nie chce. Swoje życie na stałe związała z Polską, z Nową Solą. Od początku czuje się u nas akceptowana, lubiana. Nowosolanie uśmiechają się na jej wschodni akcent. Z kolei rodzina na Ukrainie mówi, że ma już mocno polski.

– Mama mówi, że ja im ten strach jeszcze bardziej napędzam. Dzwonię i stale pytam, czy wszystko okej i każę się im pakować, przyjeżdżać, jeśli tylko poczują się zagrożeni.

Monika Owczarek

Mariusz Pojnar

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content