Dżuma. Pamiętacie film o powodzi tysiąclecia w Nowej Soli?

Karol Dąbrowski, jeden z twórców filmu „Odra”: – Posłuchaj w Nowej Soli starszych ludzi: „Ten płot robiłem trzy lata po powodzi albo pięć lat przed powodzią”. U nas ta powódź stanowi cezurę, działa jak „przed wojną” i „po wojnie”. Dla osób z innych części kraju to jest niezrozumiałe. My wiemy, że trzy lata po powodzi to 2000 rok

Kamera zza baru kręci dwóch mężczyzn. Piją w Pretekście, nowosolskiej knajpie, której już nie ma. W radiu podają, że fala powodziowa zbliża się do miasta. – Według doniesień Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej sytuacja wygląda poważnie – ostrzega dziennikarz. I dodaje, że fala kulminacyjna już jutro lub pojutrze.

Jeden z kompanów mówi: – Zobaczysz, Bazyl, jeszcze trochę i nas zaleje.

– Ja już jestem zalany – odpowiada Bazyl, a głowa zjeżdża mu na bar.

Albo sceny z księdzem, który twierdzi, że miasto dostaje słuszną karę za grzechy mieszkańców. Pomstuje na nich z ambony. Ale później zakasa rękawy i pracuje na wałach. Przechodzi drogę dość podobną do tej ojca Paneloux z „Dżumy” Alberta Camusa.

Film dotyka też aktualnych wówczas problemów społecznych, jak choćby emigracja młodych ludzi za chlebem. Bo w kolejnej scenie dziewczyna oznajmia chłopakowi, że wyjeżdża za granicę do pracy. – W tym mieście nie ma dla mnie miejsca – stwierdza gorzko. – Harujesz na tych krasnalach za tysiąc złotych i na malucha nas nie stać – wyrzuca partnerowi. W końcu bierze torbę i trzaska drzwiami. Chłopak prosi, żeby wyrzuciła jeszcze śmieci.

To kilka fragmentów filmu „Odra”. Zdjęcia do niego trwały prawie rok. W projekt zaangażowało się około pięćdziesięciu osób, między innymi Karol Dąbrowski, Daniel Roguski i Łukasz Rut. Rozmawiamy w nowosolskim Interiorze, pierwszym tego typu parku technologicznym w Lubuskiem. Jeden z nich tu pracuje, ale do tego wrócimy. Kumplują się od dziecka, cała trójka wychowała się na Pleszówku.

Roguski: – W ’97 mieliśmy po piętnaście lat. Mnie rodzice wywieźli z miasta do babci. Gdy wyjeżdżałem, tuż przed falą kulminacyjną było czuć, że zbliża się coś katastroficznego. Na skrzyżowaniu Zielonogórskiej z Kamienną zapowiadali sto siedemdziesiąt centymetrów wody. Ostatecznie było suchutko. Starszy brat i ojciec zostali w Nowej Soli. W materiałach archiwalnych pokazujących walkę mieszkańców z powodzią są dwie czy trzy klatki, na których można ich dostrzec.

Dąbrowski: – Nie jestem kombatantem, rodzice przed powodzią wykupili mi wyjazd do Francji na kolonię. Pojechałem tam dwa dni przed kulminacją. Wcześniej trochę murowaliśmy okna domu. Sam wyjazd był stresujący, bo pojawiały się plotki, że może już nie wyjedziemy z miasta. Udało się. Na miejscu dzwoniliśmy do rodziców z budek telefonicznych. Chcieliśmy dowiedzieć się, co z nimi. To był wyjazd kościelny i pamiętam, że byliśmy we wspólnocie ekumenicznej w Taizé i tam modliliśmy się za Nową Sól.

Rut: – Też nie mam żadnej romantycznej historii związanej z powodzią. Nie ubrudziłem się piachem i nie patrolowałem wałów. Ojciec mieszka we wsi pod Gorzowem i w lipcu akurat byłem u niego. Chodziłem nad jezioro i żyłem codziennymi uciechami. Telewizji nie oglądałem, bo wakacje były ciekawsze. Przespałem tę powódź. Żeby zadzwonić do Nowej Soli, musiałem sołtysowi wrzucić do koszyczka dwa złote. Tak naprawdę zrozumiałem, co się wydarzyło, jak już wróciłem z wyjazdu. Doszło do mnie, że coś straciłem, bo w mieście działy się istotne rzeczy, w których nie brałem udziału. Miałem okazję zrobić coś dla Nowej Soli, ale tego nie zrobiłem. Tym filmem chciałem spłacić dług wobec ludzi, którzy w moim imieniu byli wtedy na wałach. Pomyślałem, że trzeba im podziękować.

Dąbrowski: – Coś w tym jest. Mieliśmy co prawda po piętnaście lat, ale wtedy nas tam zabrakło. Podczas powrotu z Francji mieliśmy przygody, bo w Niemczech Odra pozrywała mosty i do Polski musieliśmy wjechać od Czech, a Nowa Sól pokazała, że niekoniecznie trzeba być bezradnym wobec tej powodzi. Postawiliśmy się. Może to wynik determinacji?

Roguski: – Inne miasta też się stawiały, ale nie tak skutecznie.

Miami Vice” i Lew Rywin

– Bawiliśmy się w filmy już wcześniej – opowiada Rut. – Tata dał koledze kamerę i kręciliśmy etiudy, jakieś głupoty. Coś na zasadzie dzisiejszego TikToka.

– Później nakręciliśmy nowosolskie „Miami Vice” – śmieje się Roguski.

– Ale nie do końca to zmontowaliśmy – wspomina Rut. – Klimat hawajsko-gangsterski. Ganialiśmy się samochodami, takie rzeczy.

Później rozpoczynają studia i na uczelni słyszą, że jest program europejski finansujący różne pomysły młodych ludzi. Chcą zawalczyć o tę kasę. Idą oczywiście w film, bo dobrze się bawią przy kamerze. W 2005 roku zdobywają swoje pierwsze pieniądze z Unii – 3 tysiące euro. Spiąć budżet pomagają im też lokalni przedsiębiorcy. – Zaproponowaliśmy film o powodzi, bo baliśmy się, że na „Miami Vice” nie dadzą nam kasy – śmieje się Dąbrowski. – UE musiała przekazać te pieniądze konkretnemu podmiotowi prawnemu – tłumaczy Rut. – Dlatego nawiązaliśmy współpracę ze Stowarzyszeniem Młody Samorząd. Tworzyli go ludzie, którzy dzisiaj piastują ważne stanowiska. Z niego wywodzą się między innymi późniejsi przewodniczący rady miasta Piotr Szyszko czy Andrzej Petreczko – obaj zresztą wystąpili w naszym filmie. Również Ilona Wichman, szefowa Klubu Mam Nowej Soli.

– Zostałem producentem. Trzymałem pieniądze jak Lew Rywin – żartuje Rut. Dąbrowski jest reżyserem, a Roguskiemu przypada rola scenarzysty. – Chociaż tak naprawdę mieszaliśmy te funkcje, robiliśmy wspólną burzę mózgów – opowiada Dąbrowski. Cała trójka sama również występuje w filmie: Daniel Roguski zostaje księdzem, Łukasz Rut wciela się w postać młodego Niemca polskiego pochodzenia, który handluje krasnalami, a Karol Dąbrowski bierze rolę telewizyjnego reportera. Inspiruje się sytuacją rodzinną: wujek opowiadał mu, że w ’97 rozmawiał z dziennikarką, która była wkurzona, że zesłali ją do Nowej Soli. – W końcu laury dostaną reporterzy relacjonujący sytuację w zalanym Wrocławiu – komentuje Dąbrowski.

Na planie zdjęciowym jest zabawnie, bo żaden z nich nie ma poważnego doświadczenia w kinematografii. Ich prace relacjonuje „Tygodnik Krąg”, publikuje też ogłoszenia o tym, że potrzeba statystów czy archiwalnych materiałów filmowych. – Ludzie chętnie przychodzili nam pomóc. Bardzo się angażowali – podkreśla Dąbrowski. – Obojętnie czy młodzi, czy starsi – wspomina Rut.

Jak „przed wojną” i „po wojnie”

Premiera „Odry” ma miejsce w 2006 roku w… nowosolskim kinie Odra. Tak, w gruncie rzeczy w tym mieście wszystko kręci się wokół rzeki. Bilety kosztują dwa złote. – Wiedzieliśmy, gdzie są niedoróbki, bo sekunda po sekundzie znaliśmy każdą klatkę. Ale ludzie oglądając ten film nie zwracali na nie uwagi – mówi Roguski. – Mieszkańcy nie szli do kina po to, żeby sprawdzić, czy Daniel zagra z kunsztem aktorskim na poziomie Roberta De Niro – zwraca uwagę Dąbrowski. – Przychodzili na film, żeby zobaczyć ludzi, których mijają na co dzień na ulicach. Pooglądać swoje miasto na dużym ekranie. Albo trafiali do kina z ciekawości. Widzowie sporo nam wybaczali, bo nie oczekiwali obrazu, który za chwilę w Cannes zgarnie Złotą Palmę. My nawet nie mieliśmy takich ambicji. Była również grupa, która znowu chciała zobaczyć swoją walkę z powodzią. Posłuchaj w Nowej Soli starszych ludzi: „Ten płot robiłem trzy lata po powodzi albo pięć lat przed powodzią”. U nas ta powódź stanowi cezurę, działa jak „przed wojną” i „po wojnie”. Dla osób z innych części kraju to jest niezrozumiałe. My wiemy, że trzy lata po powodzi to 2000 rok.

Fabuła filmu opiera się na motywach „Dżumy” Camusa. Dąbrowski: – W moim pokoju na biurku akurat leżała ta lektura i się zainspirowaliśmy.

Roguski: – Skojarzyliśmy tę książkę z Nową Solą. U Camusa w Oranie szaleje dżuma i miasto jest odcięte od świata, a w naszym mieście szalała Odra i też byliśmy odcięci.

Rut: – Zresztą Odra to nie tylko rzeka, to również nazwa choroby zakaźnej. Noblista pokazywał różne postawy ludzi wobec dżumy. My chcieliśmy w filmie pokazać różne postawy ludzi wobec powodzi, bo jedni mocno angażowali się w pomoc, inni byli obojętni, a jeszcze inni chcieli na niej zarobić. Andrzej Petreczko gra przedsiębiorcę, który przekazuje ludziom na wałach wodę, ale równocześnie jest okradany przez swojego pracownika.

„Odra” lokalnie odbija się echem. Roguski: – Pewnego dnia mieliśmy kręcić zdjęcia na Kamiennej i szedłem na plan już ubrany w sutannę. Magda, koleżanka, jechała autem, zahamowała na środku ulicy z piskiem opon i spytała, jak to się stało, że poszedłem do seminarium. Wkręciłem ją, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Dąbrowski: – Kilka lat po premierze byłem na zakupach w supermarkecie i czasem jest tak, że idziesz i podskórnie czujesz, że ktoś cię obserwuje. Wtedy właśnie tak miałem, w dodatku to starsze małżeństwo coś do siebie szeptało. Nagle zachodzą mi drogę i pytają: „Czy pan to pan?”. Potwierdziłem. „Czyli pan Karol z filmu o powodzi?!” – dopytują. To było bardzo miłe. Odpowiedziałem, że tak, a oni powiedzieli, że w trakcie świąt wolą rodzinnie oglądać „Odrę” niż „Kevina samego w domu”. Poprosili mnie nawet o autograf. Zapytali, kiedy będzie dalsza część. Powiedziałem, że na szczęście nie ma powodzi i potrzeby, żebyśmy nakręcili remake.

Bakcyl dżumy nie umiera nigdy

W jednej z końcowych scen filmu postać Łukasza Ruta, czyli Niemiec polskiego pochodzenia, wyjeżdża już z miasta. Wcześniej sam uczestniczył w obronie Nowej Soli przed powodzią. Widzi człowieka, który specjalnie wlewa wodę do okienka swojej piwnicy, by dostać odszkodowanie. Jedzie dalej i wygłasza monolog. Raczej pyta, niż sobie odpowiada: „Sam nie wiem, co myśleć. Tyle widziałem. Co powiedzieć, gdy spytają w domu, jak było? Prawdę? Ale którą? Tę, którą widziałem, gdy wraz z sąsiadami walczyłem w obronie miasta? Wtedy czułem się jednym z was. A może tę, którą teraz widziałem: Polaka krętacza, Polaka oszusta, a może Polaka przedsiębiorczego? Sam nie wiem”. „Dokąd zmierzasz, Polsko, ojczyzno mojej matki? – pyta patetycznie. – Czy wy naprawdę potrzebujecie biedy, wojny i przemocy, żeby się zjednoczyć? Piękne chwile heroicznej walki, które razem z wami tu przeżyłem, zostawią we mnie niezatarty ślad. Ale czy wy o tym nie za szybko zapominacie?”. „Nie sądzę, że zapomnicie – kontynuuje. – To był egzamin, który zdaliście. Historia bowiem nauczyła mnie, że potraficie solidarnie walczyć z bardziej lub mniej słusznych pobudek. Wierzę, że lekcja, jaką dostaliście od życia, we mnie i w was zostawi ślad”. I puentuje nieco po camusowsku, bo przecież „bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika”: „Wiem to na pewno, że każdy nosi w sobie wodę siejącą zniszczenie. Nikt na świecie nie jest od niej wolny. (…) W końcu zagrożenie i zło nie wlewa się tylko do waszych ogródków i piwnic, ale i do waszych serc. Wiem, że jesteście w stanie się przed nimi obronić”.

Unijna kasa

Dlaczego spotykamy się w Interiorze? Bo dziś dyrektorem parku do spraw rozwoju jest właśnie Łukasz Rut. Szefuje też nowosolskiemu oddziałowi Organizacji Pracodawców Ziemi Lubuskiej.

Karol Dąbrowski wykłada na Uniwersytecie Zielonogórskim. Jest dyrektorem Centrum Przedsiębiorczości i Transferu Technologii UZ.

Daniel Roguski dwie kadencje był najmłodszym radnym w Nowej Soli. Teraz jest wiceszefem Departamentu Programów Regionalnych w urzędzie marszałkowskim. Nadzoruje wydatkowanie ponad miliarda złotych.

Wspólny mianownik: wszyscy mniej lub bardziej działają wokół unijnych pieniędzy. A zaczęło się u nich od pierwszych 3 tysięcy euro na film o powodzi stulecia.

*fragment książki „Rzeka ma zawsze rację” na 25-lecie powodzi stulecia z 1997 roku. Premiera planowana jest na koniec lipca. O szczegółach będziemy informować.

**Cały film Odra znajdziecie klikając TUTAJ.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content