Sadyba i Manhattan [RZEKA MA ZAWSZE RACJĘ]

W tym odcinku naszego cyklu o powodzi tysiąclecia dwa kolejne spojrzenia na wydarzenia z lipca 1997 roku: odrzańskiego społecznika ze Starej Wsi Andrzeja Balinowskiego i pracowników nowosolskiego Manhattanu, który przeżywał wtedy złote lata i był symbolem rodzącego się kapitalizmu

Zginął w wypadku samochodowym w marcu 2019 roku. Miał sześćdziesiąt jeden lat. Wiadomość o jego śmierci była szokiem dla lokalnej społeczności. Na pogrzebie żegnało go kilkaset osób. Nigdy nie miałem okazji porozmawiać z nim o powodzi.
W wywiadzie w dwudziestą rocznicę wielkiej wody Andrzej Balinowski, społecznik, miłośnik Odry, organizator rzecznych wypraw, nauczyciel i właściciel gospodarstwa agroturystycznego Sadyba w Starej Wsi, starał skupiać się tylko na tym, co było pozytywne w lipcu ‘97. – Niedługo przed kulminacją poziom wody kończył się jakieś pół metra przed szczytem wałów. Czuliśmy się bezpiecznie – wspominał. – Na przemian pełniliśmy dyżury, obserwując sytuację na całej długości wsi. W pewnym momencie zobaczyłem, że zbliża się do nas gromada nastolatków. Rozpoznałem ich, byli głównie ze Starego Żabna, a tutaj przychodzili czasem pograć na boisku. Sami, bez żadnego polecenia dorosłych, skrzyknęli się, bo doszli do wniosku, że powinni nam pomóc. Nie spodziewałbym się tego nigdy. Przez kilka godzin razem napełnialiśmy worki i układaliśmy zapory.

Dalej Balinowski opowiadał: – W końcu mówię do nich „dość, ani wy, ani my nie możemy zrobić już niczego więcej”. Przez głowę przeleciała mi taka myśl, że jak oni tu będą, a wał jednak puści, to ktoś może zginąć. Podziękowałem im, bo zrobili kawał dobrej roboty i zasugerowałem, że rodzice mogą się o nich niepokoić. Niechętnie, ale odeszli. Jakoś kilka godzin później wał faktycznie pękł. Wyrwa zrobiła się zaraz za wioską, jadąc w stronę Kiełcza. W miejscu, które nie było zagrożone przez nurt i podmywanie, przy lesie. To było bardzo dziwne.
Dziennikarz Artur Lawrenc pisze w tym tekście o dramatycznych sytuacjach, w których mieszkańcy Starej Wsi wyciągali z wody swoje psy. Przez siłę naporu wody były bezradne. „Parter domu Balinowskich zaczyna się dość wysoko nad ziemią, dlatego w kuchni i salonie było tylko dziesięć centymetrów wody – czytam. – Szczelnie mętną wodą wypełniły się jego piwnice”.
Andrzej Balinowski przypominał, że punkt pomocy zlokalizowany był na Starym Żabnie. Mężczyźni ze Starej Wsi przeprawiali się łódkami. – Pływaliśmy tam po prowiant i wodę – mówił w 2017 roku. – Jedna z łódek to była omega bez żagla. A że to był lipiec, mocno świeciło słońce, to na jej pokładzie mimo tego, co się działo wokół, można się było poczuć jak w czasie urlopu nad jeziorem. Kobiety, które nocowały w bezpiecznych miejscach, raz po raz przypływały do wsi łodziami. Cała miejscowość stała w wodzie, więc nawiedzały nas wszystkie telewizje świata. Jeden z sąsiadów, stojąc na tarasie, przy kamerach zażartował, kierując swoje słowa do rodziny, że nie powinni się denerwować, wszystko jest pod kontrolą, a oni tylko solidnie podlewają pomidory…
Andrzej Balinowski opowiedział Lawrencowi historię o kobiecie pracującej w jednym z dolnośląskich samorządów. Przyjechała do Starej Wsi i przywiozła ze sobą 4 tysiące złotych, które zebrała z innymi uczestnikami festynu charytatywnego dla powodzian. Przyznawał, że to było zaskakujące, ale i kłopotliwe. Bo jak to sprawiedliwie podzielić? – Nie pamiętam już, jak to rozwiązaliśmy – wspominał – ale chyba kupiliśmy dla wszystkich sadzonki ozdobnych krzaków, żeby posadzić koło domów na miejsce popowodziowego bałaganu.
– Nikt nie wraca do tego tematu i dzisiejszej daty nie wiąże z historią, która ma dwadzieścia lat – Balinowski w 2017 roku nie miał żadnych złudzeń. – Myślę, że naprawdę, gdyby nie ten artykuł, większość by nie zauważyła, iż właśnie wypada kolejna okrągła rocznica. I w sumie dobrze, bo nie ma co wspominać. No chyba że dowody wielkiej ludzkiej solidarności, co do której szkoda, że najczęściej występuje w takich skrajnych sytuacjach.
Mieszkańcy Starej Wsi w czasie powodzi byli jednością. Nie dziwi więc ich reakcja na pewną propozycję. Władze centralne i województwa miały pomysł, by całą wieś przenieść za Kożuchów. – Zaskoczyli nas – wspominał Andrzej Balinowski. – Spojrzeliśmy jeden na drugiego i za moment wiedzieliśmy, że nie chcemy przeprowadzki. Powiedzieliśmy, że to jest nasze miejsce, że jakoś sobie poradzimy, a wioska będzie jeszcze błyszczała. Dziś dokładnie tak jest.
Balinowski urodził się w Nowej Soli, mieszkał przy Odrzańskiej. – Dlatego kontakt z rzeką miałem bez przerwy – tłumaczył. – Na pytanie, kiedy się nią zauroczyłem, odpowiadam, że jestem w niej zakochany od zawsze. Nadodrzańskie krajobrazy były zawsze miejscem, gdzie najchętniej spędzałem czas w młodości. Wędkowanie, pływanie na kajakach, budowanie szałasów czy zwyczajne wagary odbywały się w jednym miejscu.
Pracę w spółdzielni rolniczej w Starej Wsi zaczął w 1979 roku. Spojrzał na krajobraz i już wiedział, że to jego miejsce. Cztery lata później zamieszkał tam z rodziną. – Realizuję ideę współpracy z naturą – mówił o życiu nad rzeką. – Człowiek powinien stać się jej częścią. Obserwować ją i uczyć się.

Starsza siostra

Patrzę na jego zdjęcie, które jest dołączone do tekstu z 2017 roku. W czerwonym podkoszulku stoi w miejscu, gdzie podczas powodzi 1997 pękł wał. Nie wie, że zostały mu niespełna dwa lata życia. Delikatnie się uśmiecha. W tle ma Odrę. Patrzę i żałuję, że nie zdążyłem z Andrzejem Balinowskim porozmawiać. Zamienić kilka słów choćby o jego Sadybie czy o tej groźnej rzece, która wyrządziła przecież Starej Wsi tyle krzywdy, ale on i tak mówił, że kocha ją jak starszą siostrę.

***

MANHATTAN

– Zaklejaliśmy wtedy drzwi i okna silikonem, żeby woda nie zniszczyła wnętrza sklepu. Zobacz, nadal widać ślady – mówi w maju 2022 roku Edyta Dąbrowska. Przez lata była wysoko w regionalnym PZU, dziś jest wiceprezeską jednej z największych grup brokerskich w Polsce. Chodzimy po miasteczku handlowym w Nowej Soli, w którym kiedyś pracowała. – Tam na rogu był sklep z kasetami – oprowadza mnie. – W tamtym miejscu kurczak, a tutaj Tomek miał sklep z butami. W prima aprilis zmieniał mi ceny na rzeczach, a ja się rewanżowałam. Ale jeszcze bardziej rodzinna atmosfera panowała nieco wcześniej, kiedy pracowaliśmy na terenie dawnych Nowosolskich Zakładów Obuwia Junior przy Głowackiego.
– A lipiec ‘97? Co jeszcze pamiętasz? – pytam.
– Szyłyśmy wspólnie worki – wspomina Edyta. – A gdy Odra już wylała, słuchaliśmy non stop piosenki Nosowskiej o nadziei.
Pracowała wtedy u Agnieszki Czaplińskiej. – Wynajmowałam mieszkanie na ówczesnym osiedlu XXX-lecia i wyprowadziłam się na czwarte piętro. Zawieźliśmy tam wszystkie ciuchy ze sklepu – tak z kolei wspomina lipiec Czaplińska. – Edyta i jej mąż Sławek bardzo dobrze zabezpieczyli sklep. Później długo jeszcze zdzierałyśmy ten silikon. Siedziałyśmy na parapecie, paliłyśmy papierosy i skubałyśmy.
Gdy przyszła na Manhattan po powodzi, był straszny ruch. – Ludzie mówili: co będziemy sobie żałować, skoro za chwilę znowu może być jakaś powódź – opowiada Agnieszka Czaplińska. – Ciągle musiałam jeździć po nowy towar i byłam tym trochę zmęczona. Może ludzie stęsknili się za normalnością? Albo zaczęli bardziej żyć chwilą, nie spoglądając raczej w przyszłość? Zresztą zawsze tak powinniśmy żyć. Bałam się o sklep, bo to był wtedy cały dorobek mojego życia. Musiałam zacisnąć pasa, żeby wybudować swój lokal, a tutaj przychodzi powódź. Wszyscy byliśmy na dorobku i tak nagle to wszystko stracić? Nie dopuszczałam do siebie takiej myśli. Wierzyłam, że wszystko będzie dobrze.

Symbol kapitalizmu

Miasteczko Handlowe Manhattan jest miastem w mieście, symbolem budowy kapitalizmu w Nowej Soli. Leży przy ulicy z idealną dla siebie nazwą – Kupiecka. Złoty czas przeżywało w latach dziewięćdziesiątych i na początku XXI wieku. Nowosolanki i nowosolanie chodzili tutaj na zakupy, ale i na pogaduszki. Można tu kupić szwarc, mydło i powidło. Z kolegami w 2001 roku i później polowaliśmy w Manhattanie na koszulki piłkarskie. Wisiały na wieszakach w jednym ze sklepów: Zidane, Ronaldo, Totti. Ja kupowałem Michaela Owena z Liverpoolu, a potem Realu.

fot FB – Miasteczko Handlowe Manhattan

– Woda doszła na Wojska Polskiego, mamie wlała się do piwnicy. Czyli do nas wcale nie miała tak daleko – podkreśla Krystyna Pietras, która swój biznes założyła dwa lata po transformacji. – Tuż przed powodzią było coraz mniej klientów. Kręcili się, ale każdy był jednak psychicznie rozbity. Ludzie nie mieli głowy do zakupów. U nas stowarzyszenie nie zamknęło sklepów.
– Przeprowadziłam się tutaj w maju ‘97 – mówi pani Krystyna. – Wówczas zbudowaliśmy ten sklep od nowa, od podstaw, z naszych pieniędzy. Baliśmy się, że powódź nam to wszystko zabierze. Tym bardziej że tutaj od zawsze był problem z odprowadzaniem wody – wystarczył większy deszcz i wlewała mi się do sklepu. Minął nieco ponad miesiąc po tym, jak się wprowadziliśmy, i już wszystko musiałam stąd wynieść. W połowie lipca wiedzieliśmy, że fala może nadejść w każdej chwili, również w nocy. Drzwi zabezpieczyliśmy workami z piaskiem. Towar przeniosłam do sąsiadów na górę, a było go dużo więcej niż dzisiaj. Handlowałam chemią – i później rozpakuj to wszystko na nowo… Dobrze, że sąsiad udostępnił nam miejsce. Ludzie sobie pomagali.
– Wtedy Manhattan był takim centrum miasta – zwraca uwagę Edyta.
– Tak, ale najlepszy handel to był jeszcze na Juniorze – wspomina Krystyna Pietras. – Całkiem inny zbyt wtedy był. Zupełnie inny utarg. Do tego stopnia, że na Dzień Kobiet zostawał mi jeden dezodorant. Handlowcy na wyścigi jechali do hurtowni, żeby rano być przed konkurencją. Najlepiej o szóstej, by wszystko wykupić. Od kiedy pootwierały się sieciówki i weszła sprzedaż internetowa, coraz trudniej jest nam na Manhattanie.

Na trzy kasy

– Spałam tutaj, tylko na górze. Nieciekawy czas – w kolejnym sklepie zamyśla się Teresa Tołwińska. – Jak Odra wylała, do Nowej Soli zaczęliśmy pływać łódką, ale głównie siedzieliśmy tutaj. Później jeździliśmy do miasta nadrabiając wiele kilometrów przez Sulechów albo Głogów. Mieszkamy na początku Przyborowa, przy wale, jak się jedzie na Siedlisko. Taki duży dom. Nasza wieś też ucierpiała. Dobrze pan wie, że przerwało nam drogę do miasta. W domu miałam dookoła zalane. Piwnica pływała. Do środka wchodziliśmy po workach. Po chleb chłopaki jeździli do Siedliska.
W sklepie pani Teresy gra radio. Starszy mężczyzna gorączkuje się, opowiada, co myśli o obecnym rządzie. „Pan premier to, pan premier tamto”. „Dziękuję bardzo…” – niecierpliwi się już dziennikarz.
A pani Teresa przyznaje, że wielu dawnych właścicieli sklepów już nie żyje. Dzisiaj sporo lokali stoi pustych albo jest w dzierżawie. Wspomina dawną potęgę Manhattanu: – Kiedyś ludzie walili do nas drzwiami i oknami. Sprzedawaliśmy na trzy kasy. I gdzie to się podziało?

Pani Tosia

Ala Kozioł, dziś właścicielka sklepu z ubraniami: – Baliśmy się i szwagier w ostatnim momencie zawiózł nas z dziećmi do rodziny w Warszawie. Mąż został na posterunku, też bronił miasta. W sklepach barykady, wory z piaskiem. My mieliśmy je mniej więcej do połowy wejścia – pani Ala pokazuje palcem. – W stolicy czekaliśmy na wiadomości. Tutaj trwała ewakuacja sklepów. Człowiek dopiero co zainwestował wszystko, co miał… Handlowaliśmy wtedy warzywami i oddawaliśmy je sąsiadom po kosztach, bo po co zabierać tyle do domu? Nie chcieliśmy, żeby się zmarnowały. Dziewczyny z Manhattanu wspólnie szyły worki…
– … Też je szyłam! – włącza się Edyta.
– A Bogusia puszczała „Moją i twoją nadzieję” Nosowskiej – przypomina Ala Kozioł.
– No, nareszcie jest ktoś, kto to zapamiętał! Codziennie rano tego słuchałyśmy.
– To był taki hymn. Worki szyła też pani Tosia, starsza kobieta, która przeżyła wojnę. Z jaką werwą to robiła! Długo miała sklep z tytoniem, ale dawno już umarła. Broniliśmy wtedy swoich interesów, ale i miasta. Przecież miasto to my. Po 16 lipca przyszła satysfakcja, jakbyśmy wojnę wygrali.

Na wysokim obcasie

Chodzimy dalej po Manhattanie i szukamy ludzi, którzy pamiętają przygotowania do walki z powodzią. W jednym ze sklepów klient, Kamil Figaszewski, dzieli się swoją historią: – Pomagałem wtedy koło poczty przy Zjednoczenia. Codziennie rosła nasza piramida z worków, w pewnym momencie zaczęła wystawać ponad pierwsze piętro. Miałem siedemnaście lat. Nie wracaliśmy do domów, bo rozstawili nam namioty niedaleko Harcerskiej Górki, gdzie była kuchnia polowa: grochówka, bigos, można było się napić kawy. Pilnowaliśmy wałów. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
– A ja wyjechałam wtedy do Międzyzdrojów – kwituje pani Joanna, właścicielka sklepu. – Moja siostra miała chłopaka, który mieszkał nad samą Odrą. Musieliśmy zwolnić nasze mieszkanie na XXX-lecia, bo jego mogło być doszczętnie zalane. Przeprowadzili się do nas z wielkim psem.
– Te buty są na niskim czy wysokim obcasie? – pyta niepewnie mężczyzna.
– Wysokim – właścicielka uśmiecha się z pobłażaniem.
– To zapytam jeszcze siostry, ale chyba mogą być.

*fragmenty książki „Rzeka ma zawsze rację” o powodzi tysiąclecia w regionie. Można ją kupić w sklepie Rol-Pexu przy ul. Moniuszki

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content